Zanim powrócę do wolności słowa, pozwolę sobie postawić tezę, że zamieszek na Kapitolu pewnie by nie było, gdyby nie internet, a zwłaszcza media społecznościowe. I nie chodzi mi o skrzykiwanie się na wiec, tylko o rozpowszechniane w sieci, a następnie powielane na masową skalę fałszywe informacje, które zbudowały tę wspólnotę. To, że wybory prezydenckie w USA zostały sfałszowane, jest dla niej oczywistą oczywistością. Różne są pomysły, jak do tego doszło (bo i wśród wyznawców teorii spiskowych jest wiele odłamów), ale ostatnio największą popularność zdobyła chyba wersja, którą roboczo nazwę „Leonardo”. Zgodnie z nią wyniki wyborów mieli sfałszować Włosi, a konkretnie włoski koncern kosmiczno-zbrojeniowy Leonardo.
To poprzez należącego do niego satelitę miano się włamać do systemu wyborczego. W spisku uczestniczyli Obama, Soros i włoscy politycy. Hasztagi #italygate i #italydidit błyskawicznie zdobyły popularność na Twitterze, zwłaszcza że były podawane także przez znane w USA osobistości. Dla wyznawców tej teorii ludzie, którzy nie widzą siatki powiązań, są po prostu ślepi. A internet jest narzędziem do głoszenia prawdy.