Głosowanie nad nią może się odbyć jeszcze w tym tygodniu. Jeśli Izba Reprezentantów przyjmie rezolucję, to Donald Trump zostanie pierwszym prezydentem w historii, który został postawiony w stan impeachmentu dwukrotnie.
Sytuacja nie jest jednak prosta. Z jednej strony w partii jest bardzo silne dążenie do tego, żeby w jakiś sposób ukarać prezydenta za wydarzenia sprzed kilku dni, kiedy to poparcie dla niego zamieniło się w szturm na siedzibę amerykańskiego parlamentu. Podsumowuje to projekt rezolucji, w którym czytamy, że Trump „rozmyślnie formułował sądy, które zachęcały do aktów bezprawia. Podburzony przez prezydenta tłum wbrew prawu wdarł się na Kapitol i (…) dopuścił się pełnych przemocy działań, które zaowocowały utratą życia oraz licznymi zniszczeniami”.
Już w weekend podpisało się pod nim ponad 180 demokratów, czyli większość z ponad 220-osobowej reprezentacji ugrupowania w Izbie Reprezentantów.
Z drugiej strony szefostwo partii ma świadomość, że taki ruch na niecałe dwa tygodnie przed końcem kadencji może być odebrany jako polityczne awanturnictwo. W normalnych warunkach do izby najpierw byliby wzywani świadkowie i eksperci, a dopiero potem odbyłoby się głosowanie nad impeachmentem (ostatnim razem trwało to ok. trzech miesięcy). Teraz wszystko musiałoby pójść ekspresowo, o ile demokraci chcieliby zdążyć przed końcem kadencji prezydenta.
Wątpliwe jest także, że proces uda się doprowadzić do końca – po postawieniu prezydenta w stan impeachmentu (tak naprawdę jest to stan oskarżenia) przez Izbę Reprezentantów musi się jeszcze odbyć proces w Senacie. Izba wyższa uznaje prezydenta za winnego większością dwóch trzecich głosów, co oznacza, że do 50 demokratów musiałoby dołączyć jeszcze kilkunastu republikanów. A pomimo gradu krytyki, jaki spadł na Trumpa w ostatnich dniach ze strony członków jego partii zasiadających w Senacie, nie zapowiada się, żeby znalazło się aż tylu chętnych. Dla przykładu w ubiegłym roku tylko jeden republikanin przyłączył się do demokratów i uznał prezydenta za winnego stawianych mu zarzutów – był to senator Mitt Romney z Utah, sam były kandydat partii na prezydenta USA (przegrał z Barackiem Obamą w 2012 r.).
Jest jeszcze inny problem – impeachment zbiegnie się w czasie z początkiem kadencji nowego prezydenta. To okres szczególnie wzmożonej aktywności także na Kapitolu, chociażby z tego względu, że senatorowie prowadzą publiczne przesłuchania kandydatów na najwyższe stanowiska w nadchodzącej administracji. Tymczasem Joe Biden nie może sobie pozwolić na opóźnienia w tej materii, jeśli chce jak najszybciej zacząć sprawnie rządzić – chociażby przez wzgląd na szalejącą w kraju pandemię.
Jeden z możliwych scenariuszy zakłada więc, że Izba Reprezentantów postawi prezydenta w stan impeachmentu jeszcze w tym tygodniu, ale przewodnicząca Nancy Pelosi przez pewien czas wstrzyma się z nadaniem mu dalszego biegu – czyli skierowaniem do Senatu. Pozwoliłoby to senatorom skupić się chwilowo na bardziej palących problemach, a do problemu Trumpa wrócić, gdy w Białym Domu będzie już mieszkał Biden.
Jaki sens ma impeachment byłego prezydenta? W procesie nie chodzi tylko o to, żeby usunąć kogoś z urzędu, choć po to właśnie ta procedura została wymyślona, ale też żeby uniemożliwić mu objęcie publicznych stanowisk w przyszłości. Mówi o tym projekt samej rezolucji: „w związku z tym (Trump – red.) zasługuje na to, aby postawić go w stan impeachmentu, osądzić, usunąć z urzędu, a także zakazać sprawowania jakichkolwiek funkcji publicznych w przyszłości”. Uniemożliwiłoby to Trumpowi start w wyborach w 2024 r.
Odchodzący prezydent wciąż jest popularny nie tylko wśród republikańskiego elektoratu, lecz także w samej partii – dość wspomnieć, że zastrzeżenia co do wyników głosowania w Kolegium Elektorskim zgłosiło w ubiegłym tygodniu ponad 100 przedstawicieli ugrupowania w Izbie Reprezentantów.
Z tym związany jest jeszcze jeden argument – drugi impeachment może tylko ugruntować popularność Trumpa wśród wyborców przekonanych, że na prezydenta uwziął się demokratyczny establishment. W ten sposób demokraci, chcąc ukarać prezydenta, mogą mu pomóc – podobny proces miał zresztą miejsce podczas pierwszego impeachmentu, który niewiele zrobił dla osłabienia popularności lokatora Białego Domu. – Wolałbym, żebyśmy tego nie robili. Za chwilę rządy obejmie nowy prezydent i nie mogę się już doczekać. Ale nie możemy po prostu poczekać, aż minie tych kilka dni, odpuścić i stwierdzić, że przecież nic wielkiego się nie stało – mówił w sobotę na antenie CNN David Cicilline, demokratyczny kongresmen z Rhode Island.

Ziobro chce uregulować społecznościówki

Na fali krytyki po decyzjach Facebooka i Twittera o blokadzie kont urzędującego prezydenta USA, polskie Ministerstwo Sprawiedliwości przypomniało o swoich pracach. – Nadszedł czas, żeby Polska miała regulacje chroniące wolności słowa w internecie, chroniące przed nadużyciami wielkich korporacji internetowych – mówił przed miesiącem wiceminister Sebastian Kaleta. MS chciałby, by serwisy miały 48 godzin na rozpatrzenie skargi na blokadę konta. W razie odmowy sprawę można by kierować do specjalnego Sądu Ochrony Wolności Słowa, który miałby ją rozpoznać w ciągu 7 dni. Finalna wersja projektu nie została jeszcze przedstawiona.
BK