Utraciliśmy zdolność budowania koalicji, co przekłada się na niewielką sprawczość w Europie – mówi Anna Wojciuk, dr hab. prof. Uniwersytetu Warszawskiego, Wydział Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych.

W kampanii wyborczej często padają zapewnienia, że Polska pod rządami tej lub innej partii będzie silnym państwem, ale co to właściwie znaczy – silne, sprawcze państwo na arenie międzynarodowej?
Anna Wojciuk, dr hab. prof. Uniwersytetu Warszawskiego, Wydział Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych / Materiały prasowe / fot. mat. prasowe

Silne państwo ma zasoby takie jak: wielkość terytorium, liczba ludności, armia, silna gospodarka, edukacja i nauka, które w dłuższej perspektywie przekładają się np. na potencjał rozwoju ekonomicznego. Ale to, że państwo ma zasoby, to nie znaczy jeszcze, że potrafi je wykorzystać i przełożyć na konkretne efekty. Są państwa, które grają na miarę swojego potencjału, są takie, które grają poniżej, a są takie, które osiągają efekty znacznie powyżej posiadanych zasobów.

Które państwo na arenie międzynarodowej gra pani zdaniem powyżej swojego potencjału?

Zazwyczaj jako takie państwo wskazywano Izrael – jest położony w trudnych warunkach, ma niewielką liczbę ludności, ale znakomicie rozwiniętą edukację i ogromny potencjał technologiczny. Sytuacja, z którą mamy do czynienia od paru dni, czyli niespodziewany atak Hamasu, pokazuje, jak wewnętrzny konflikt jest w stanie nadszarpnąć ten potencjał i sprawczość państwa. Czynnikiem, który wpływa na tę sprawczość, są konsensus i współpraca elit w polityce zagranicznej i polityce bezpieczeństwa w państwach demokratycznych. Tradycją było, że te obszary były wyjęte poza sferę walk o władzę różnych sił politycznych, ale polaryzacja, która dotyka wiele państw, odciska swoje piętno. Konflikt między elitami dotyczący fundamentów funkcjonowania państwa, obecny zarówno w Izraelu, jak i w wielu państwach europejskich, osłabia państwo na arenie międzynarodowej.

Jak wyglądała ta sprawczość Polski pod rządami PiS minionych dwóch kadencji?

PiS miało różne momenty. Jeśli chodzi o relacje z UE, to Polska gra zdecydowanie poniżej swojego potencjału. Rzadko jesteśmy w wygrywających koalicjach, utraciliśmy zdolność ich budowania w ramach UE, co przekłada się na niewielką sprawczość w Europie. Zaważył na tym konflikt w sprawie praworządności, co przekłada się też na zasoby – Polska wciąż nie otrzymała pieniędzy z KPO, zagrożone są środki z Funduszu Spójności, realnie kraj ma mniejsze wpływy do budżetu, a to przejaw słabości. W relacjach z USA PiS fluktuował – Polska była krytykowana za nieprzestrzeganie zasad praworządności przez administrację Obamy, potem mieliśmy stosunkowo wysoką pozycję za prezydentury Trumpa ze względu na synergię ideologiczną obu obozów, ale początek kadencji Bidena to wręcz katastrofa. Zmieniła to wojna w Ukrainie, kiedy staliśmy się ważnym sojusznikiem i dano rządzącym kredyt zaufania, ale nie wzmocniło to realnie pozycji Polski na arenie międzynarodowej, co obserwujemy obecnie. Wystarczył zwrot PiS w polityce ukraińskiej, żeby to Niemcy i Francja zostały w Europie i na świecie uznane za kluczowe siły wspierające Ukrainę, a Polska kończy de facto w izolacji przez skłócenie z wieloma państwami UE. Uważam, że chociaż PiS miał lepsze i gorsze momenty w swojej polityce zagranicznej i polityce bezpieczeństwa, a w wielu momentach rządowi pomagał kontekst międzynarodowy, to koniec końców mamy do czynienia z osłabieniem państwa.

Czy nie jest tak, że od 1989 r. największe sukcesy polskiej dyplomacji, nawet takie jak członkostwo w UE i w NATO, były głównie efektem kontekstu międzynarodowego, a nie sprawczości kolejnych rządów?

Od 1989 r. istniał w Polsce bardzo silny konsensus elit w polityce zagranicznej i polityce bezpieczeństwa – było jasne, że chcemy iść z Zachodem, a nie z Rosją. Wątpliwości, jeśli chodzi o rozszerzenie NATO, miały wtedy nawet Stany Zjednoczone. Ostatecznie Polska była największym krajem w obu rozszerzeniach, zarówno NATO, jak i UE, i bez sprawczości polskich elit i ich konsensusu nie znaleźlibyśmy się w tych organizacjach. Zadecydowała o tym nasza wola i aktywność. Jestem zdecydowaną przeciwniczką determinizmu geograficznego, a także odbierania małym i średnim państwom sprawczości i ograniczania jej do wielkich mocarstw.

Jakie zadania i cele w budowaniu silnego, sprawczego państwa widzi pani przed kolejnym rządem, niezależnie od tego, kto go utworzy po niedzielnych wyborach?

Polska nie będzie mogła realizować swojego potencjału bez uporządkowania kwestii praworządności. Bardzo ważne, by doprowadzić choćby do minimalnego konsensu elit co do fundamentów ustrojowych Polski i rządów prawa. W moim przekonaniu nie da się tego zrobić bez włączenia przynajmniej części Zjednoczonej Prawicy. Musi być nowa umowa społeczna, zgoda na fundamentalne reguły gry. Dziś nie ma zgody co do funkcjonowania sądownictwa, Trybunału Konstytucyjnego, a to jest źródłem ogromnego osłabienia naszej pozycji na arenie międzynarodowej. To pojednanie polsko-polskie nie powinno wykluczać żadnych środowisk, w tym prawicy, bo wyborcy prawicy to ogromna część polskiego społeczeństwa. Polska była niechlubnie jednym z pierwszych państw, w których polaryzacja zarysowała się tak silnie, ale teraz czas na to, żeby zrealizować taki plan zakończenia tego sporu na miarę historycznych wydarzeń, które mają teraz miejsce i zażądać od polityków realnego zmierzenia się z kwestiami fundamentalnymi dla przyszłości kraju. ©℗

Rozmawiał Mateusz Roszak