Obóz rządzący konsekwentnie sprzeciwia się powrotowi do dyskusji z lat 2015–2016 o relokacji pomiędzy europejskimi państwami i wyznaczaniem tzw. kwot uchodźców, które poszczególne kraje powinny przyjąć. Zresztą nawet w Komisji Europejskiej słychać głosy, że ten temat nie jest dziś nawet dyskutowany.
Ale PiS zastanawia się, w jaki sposób „odkorkować” zwłaszcza największe polskie miasta, którym nagle przybyło mieszkańców. Władze Warszawy niedawno szacowały, że w mieście jest ponad 300 tys. ukraińskich uchodźców, z czego ok. 100 tys. to dzieci i młodzież w wieku szkolnym i przedszkolnym. Z kolei we Wrocławiu doliczono się 100 tys. osób. Samorządy coraz mocniej sygnalizują, że dłużej tak nie dadzą rady funkcjonować i proszą rząd o wsparcie, także finansowe.
Na razie obowiązują regulacje z tzw. specustawy ukraińskiej, która zakłada m.in. wypłatę świadczeń dla Ukraińców przez 60 dni od przekroczenia przez nich granicy. Pytanie tylko, co dalej. – Dwa miesiące wydaje się wystarczającym czasem na wyrobienie numeru PESEL i znalezienie jakiejś pracy – ocenia rozmówca z rządu i sugeruje, że być może konieczne będzie ustawowe uregulowanie kwestii relokacji wewnętrznej uchodźców. To samo słyszymy od innego, ważnego polityka PiS. – Nie wykluczam projektu ustawy, pod uwagę bierzemy m.in. zasobność gmin i na tej podstawie określimy, ilu uchodźców taka gmina byłaby w stanie przyjąć – mówi.
Reklama
Nasi rozmówcy zgodnie jednak zastrzegają, że po pierwsze, ostateczne decyzje nie zapadły, a po drugie, nie ma mowy o jakiejkolwiek formie przymuszania Ukraińców do zmiany miejsca pobytu, np. w formie decyzji administracyjnych. – Ale jak ktoś nie będzie chciał się przenieść, to my rozłożymy ręce i powiemy „radźcie sobie sami” – dodaje. Chodzi o takie kwestie, jak np. znalezienie miejsca dla dziecka w przedszkolu, zakwaterowania czy pracy. Ustawa mogłaby więc regulować sytuacje, gdy np. pomimo obowiązku szkolnego państwo nie jest w stanie zapewnić miejsca w szkole dla obywatela Ukrainy w miejscowości X, ale możliwe to jest w miejscowości Y. Chodzi też o to, by takie przeprowadzki odbywały się w możliwie skoordynowany sposób i by uchodźcy nie byli całkowicie zdani na siebie. Stąd pomysł na przygotowanie projektu.
Jeden z naszych rozmówców z rządu twierdzi, że są co najmniej trzy kluczowe kwestie w przypadku podjęcia prac nad nowymi przepisami. Pierwsza to prawo dotyczące pustostanów i ich udostępnienia uchodźcom. Aby to było możliwe, trzeba by choćby czasowo obniżyć standardy dla celów mieszkalnych. To pozwoliłoby zagospodarować budynki, które nie powstawały w tym celu. – Mamy kilkaset tysięcy takich pustostanów w kraju. Pracujemy nad jakimś przepisem generalnym, początkowo chcielibyśmy przeznaczyć 60 tys. z nich dla 200 tys. osób – mówi rozmówca DGP.

Reklama
Druga kwestia to często spotykany wśród uchodźców (i nie tylko) pogląd, że w tzw. Polsce lokalnej nie ma pracy i perspektyw. – To absolutna bzdura. Wystarczy spojrzeć np. na sadownicze zagłębie grójeckie i ilu tam obcokrajowców pracuje. W wielu powiatach jest zapotrzebowanie np. na usługi sprzątające – przekonuje osoba z rządu. Trzecia sprawa to dostępność szkół. – Na wsi jest ich bez liku, część z nich świeci pustkami i można byłoby je wreszcie zapełnić dziećmi. Ponadto rozważamy opcję, by szkoły, które PO zlikwidowała, przywracać i tworzyć tam miejsca dla Ukraińców. Przy czym na pewno nie chodzi nam o jakieś szkoły enklawy – dodaje rozmówca DGP. Co ciekawe, podobne opinie pojawiają się po stronie opozycji. – Nie potrzebujemy dodatkowych nauczycieli ani dodatkowych lokali, jeżeli w szkołach na wsiach i w mniejszych miejscowościach będziemy lokować dzieci z Ukrainy – powiedział w zeszłym tygodniu w Programie 1 Polskiego Radia Marek Sawicki, poseł PSL.
Co eksperci o tym sądzą? Czy taka relokacja jest potrzebna i jak powinna wyglądać?
Zdaniem szefa Centrum Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Pawła Kaczmarczyka w wypracowywaniu koncepcji powinni uczestniczyć samorządowcy. – To fundamentalna kwestia, trzeba ocenić, gdzie jest chęć przyjmowania i jakie narzędzia mają samorządy. Dziś trochę utknęliśmy na podstawowych kwestiach mieszkań i edukacji – zauważa Kaczmarczyk.
Na pewno istotnym elementem powinno być przenoszenie uchodźców tam, gdzie są miejsca w szkołach. – Raczej nie chodzi o wsie, ale małe miasta i miasteczka. Tam placówki, odmiennie niż w dużych ośrodkach, nie są przepełnione, ale jednocześnie nauczyciele w mniejszym stopniu są przygotowani do pracy z cudzoziemskimi dziećmi – podkreśla demograf. W tym kontekście drugorzędne wydaje się, by miejsca pracy były w otoczeniu szkół, gdyż można rozważyć zorganizowanie dojazdów do nich. Ale to oznacza, że miejsca relokacji powinny być dobrze skomunikowane.
Można także rozważyć, by przy okazji oferowania uchodźcom przesiedlania wziąć pod uwagę wielkość skupisk Ukraińców w Polsce przed wybuchem wojny. Tam ich aklimatyzacja powinna być znacznie łatwiejsza.
Na razie cały czas trwa proces włączania uchodźców do polskiego systemu administracyjnego przez wydawanie numerów PESEL. W końcówce zeszłego tygodnia liczba wydanych numerów PESEL zbliżała się do miliona. W przeliczeniu na tysiąc mieszkańców najwięcej ich wydano w województwach graniczących z Ukrainą, ale także na Mazowszu, w Małopolsce i wzdłuż granicy zachodniej. Powiaty o najwyższej liczbie rejestracji na tysiąc mieszkańców to brzeziński, nowodworski (pomorski) i tatrzański. Wśród miast wojewódzkich to Warszawa, Poznań i Wrocław.