Przemówienie poprzedziło skierowanie do Rady Najwyższej projektu ustawy, która zgodnie z obietnicami władz ma stać się początkiem końca systemu oligarchicznego. Wiele jednak wskazuje na to, że zapowiedziane zmiany nie doprowadzą do faktycznego uzdrowienia rzeczywistości polityczno-gospodarczej, lecz staną się odzwierciedleniem życiowej prawdy, że czasem wiele musi się zmienić, aby wszystko zostało po staremu.
Sztuka przetrwania
Od ponad dwóch dekad wielki biznes stanowi nieodłączną część politycznego krajobrazu Ukrainy. Niezależnie od tego, kto aktualnie rządzi, oligarchowie stanowią kluczowy element sceny politycznej, wykazując zadziwiającą żywotność oraz zdolność do przetrwania i dostosowywania się do aktualnych realiów. Tego stanu nie zmieniła nawet rewolucja godności lat 2013–2014, która poza pewnymi roszadami w układzie grup polityczno-biznesowych nie doprowadziła do podważenia istniejącego systemu. Tak przed, jak i po rewolucji nazwiska Rinata Achmetowa, Ihora Kołomojskiego czy Wiktora Pinczuka niezmiennie figurują na liście najbogatszych obywateli Ukrainy utrzymujących przemożny wpływ na gospodarkę i politykę.
W odróżnieniu od Rosji, gdzie oligarchowie zostali wyeliminowani albo wchłonięci do systemu władzy, rywalizacja najbardziej wpływowych biznesmenów w Ukrainie paradoksalnie stała się gwarantem pluralizmu w polityce. 10 najpopularniejszych kanałów telewizyjnych, których udział w oglądalności wynosi ponad 70 proc., pozostaje we władaniu kilku najbogatszych: Rinata Achmetowa, Dmytra Firtasza, Ihora Kołomojskiego, Serhija Lowoczkina i Wiktora Pinczuka. Sprawując ścisłą kontrolę nad polityką informacyjną własnych stacji, wspierają lub zwalczają określonych liderów i siły polityczne w zależności od aktualnego stanu wzajemnych relacji. Dzięki temu widz, w odróżnieniu od tego w Rosji, może za sprawą przycisku w pilocie przebierać w ofercie, uzyskując możliwość spojrzenia na dany temat z różnych punktów widzenia.
Jednocześnie oligarchat jest fundamentem dysfunkcjonalnego systemu, opartego na korupcji i pasożytowaniu na państwie oraz stanowiącego jedną z największych przeszkód w modernizacji. Niezmiennie cechuje go dążenie do osłabiania władz centralnych i niezależnych instytucji przy równoczesnym wspieraniu istnienia samego organizmu państwowego. Dawcę należy podtrzymywać przy życiu wszelkimi środkami, a jednocześnie utrzymywać go w stanie niewydolności i uzależnienia od beneficjenta. Wymownym przykładem tej strategii była postawa Kołomojskiego, który nie tylko wsparł finansowo bataliony ochotnicze na wschodzie Ukrainy w gorącej fazie wojny z Rosją, lecz także został gubernatorem obwodu dniepropetrowskiego, przyczyniając się do ustabilizowania sytuacji. Po oddaleniu groźby zmienił front, wzywając do jak najszybszego zakończenia wojny i wznowienia relacji gospodarczych z Rosją. Osobliwy moment jedności partykularnego interesu i patriotycznego uniesienia trwał tak długo, na ile było to konieczne.
System do zmiany
Codziennością obserwatorów ukraińskiej polityki jest szacowanie liczby parlamentarzystów związanych z daną grupą biznesową i otrzymujących drugą pensję za głosowanie zgodnie z oczekiwaniami patronów. Barwy partyjne często nie mają znaczenia, bo kierujący się biznesową logiką oligarchowie wkładają jajka do różnych koszyków, zwiększając tym samym szanse rozgrywania korzystnych dla siebie rozwiązań legislacyjnych. Według dziennikarzy śledczych serwisu Bihus.info tylko Achmetow i Kołomojski kontrolują obecnie 170 z 450 parlamentarzystów należących do różnych frakcji, w tym proprezydenckiego ugrupowania Sługa Narodu. W tych warunkach ideologia partyjna służy jedynie jako imitacja rywalizacji polityków.
Imitacja ta jest zresztą dość czytelna. Zgodnie z sondażami aż 92 proc. Ukraińców uważa, że przedstawiciele wielkiego biznesu mają duży wpływ na społeczeństwo, który jest realizowany głównie za pośrednictwem skorumpowanych parlamentarzystów (tak uważa 38 proc. ankietowanych) i mediów (27 proc.). Z kolei jedna trzecia obywateli uznaje dominującą rolę oligarchów w gospodarce za jedną z trzech głównych przeszkód dla rozwoju państwa (obok korupcji i wojny na Donbasie), zaś 87 proc. uważa, że korupcja polityczna jest poważnym problemem. Dla prezydenta borykającego się od końca zeszłego roku ze spadkiem poparcia te nastroje nie mogły pozostać niezauważone. Jeśli dodamy do tego presję administracji Joego Bidena i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, uzależniających dalszą współpracę z Kijowem od walki z korupcją i oligarchami, to ta przesłanka przeobraziła się w imperatyw: dezoligarchizacja potrzebna od zaraz!
Kto oligarchą, a kto inwestorem?
Bliższe zapoznanie się z prezydencką ustawą dezoligarchizacyjną każe jednak powątpiewać w spełnienie hucznych zapowiedzi. Już sam tytuł dokumentu – „O zapobieganiu zagrożeniom bezpieczeństwa narodowego związanym z nadmiernym wpływem osób posiadających istotne znaczenie gospodarcze lub polityczne dla życia społecznego” – sugeruje, że forma ma tu równie duże, o ile nie większe znaczenie, co treść. Według nowego prawa wpisanie do rejestru oligarchów będzie uwarunkowane spełnieniem trzech z czterech kryteriów: aktywny udział w życiu politycznym, znaczny wpływ na media, kontrolowanie spółek posiadających monopol w danej sferze gospodarki oraz posiadanie wartości aktywów przekraczających milionkrotność minimum egzystencji (2,4 mld hrywien, czyli 330 mln zł). Wpisanie do rejestru ma skutkować zakazem udziału w prywatyzacji dużych przedsiębiorstw, finansowania partii, a także zobowiązaniem do składania oświadczeń majątkowych. Ponadto wysocy urzędnicy, którzy będą kontaktować się z zarejestrowanym oligarchą, zostaną zobligowani do składania sprawozdań ze spotkań.
Oczywiście diabeł, czyli oligarcha, tkwi w szczegółach. Bo też co znaczy udział w życiu politycznym? Zaledwie kilku wpływowych biznesmenów posiada mandat deputowanego, a pozostali swojego wpływu na polityków nie realizują przecież osobiście, lecz za pośrednictwem zaufanych osób. Wpływ na media brzmi jak zaproszenie do przepisywania aktów własności spółek medialnych na podstawione osoby lub podmioty gospodarcze. Kwestia monopolu gospodarczego niemal w ogóle nie została zdefiniowana, co daje szerokie pole do interpretacji. Decyzję o tym, kto kwalifikuje się do wpisania do rejestru, ma podejmować podporządkowana prezydentowi Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony. Uzasadniony wydaje się zarzut, że Zełenski zamierza uznaniowo decydować o tym, kogo obdarzyć tytułem oligarchy. I może o to właśnie chodzi?
Sami zainteresowani w osobliwy sposób zareagowali na zapowiedź ukrócenia ich działalności. I trudno odmówić im poczucia humoru. Za ustawą w jej pierwszym czytaniu głosowało w pełnym składzie ugrupowanie powiązane z Kołomojskim. On sam stwierdził, że przywykł do nazywania go oligarchą i że jeśli będzie to konieczne, naszyje na garniturze gwiazdę z napisem „Oligarcha”. Żarty trzymają się także Achmetowa, który tuż po zaanonsowaniu projektu ustawy wydał oświadczenie, w którym w pełni poparł ideę dezoligachizacji państwa, samemu określając się mianem inwestora. Co więcej, w jego telewizji uruchomiono program „Wielka dezoligarchizacja”, gdzie co tydzień są relacjonowane postępy w pracach nad ustawą.
Wielki dekorator
Zapowiedź dezoligarchizacji była nieoczekiwanym ruchem ze strony Zełenskiego. Tym bardziej że nie doszedł on do władzy, obiecując rozprawienie się z oligarchami. Nie musiał. Wystarczyło, że był postrzegany jako człowiek spoza układu, niewplątany w sieć brudnych powiązań na styku polityki i biznesu. Co więcej, pierwsze dwa lata prezydentury nie zapowiadały próby spełnienia przez niego tych społecznych oczekiwań. Ba, prezydent oficjalnie zaprosił przedstawicieli wielkiego biznesu do współodpowiedzialności za losy kraju. Tuż po inauguracji na specjalnie zwołanym spotkaniu zaproponował prominentnym biznesmenom pomoc w odbudowie Donbasu: inwestycje w drogi, budowę szpitali i pomoc weteranom. Niespełna rok później spotkał się z nimi po raz drugi, tym razem oczekując wsparcia w walce z pandemią, z którą państwo nie potrafiło sobie dać rady.
Czy to jednak rozczarowanie postawą oligarchów, którzy nie spełnili oczekiwań, kierując się rachunkiem ekonomicznym, a nie poczuciem obowiązku obywatelskiego, czy to presja Białego Domu, coraz bardziej zniecierpliwionego brakiem postępów w walce z korupcją, czy w końcu chęć poprawy notowań – a najpewniej wszystkie te czynniki naraz – sprawiły, że na początku trzeciego roku prezydentury obserwujemy Zełenskiego w szatach Wielkiego Dezoligarchizatora. Cóż, nie należy zbytnio się przyzwyczajać. Warto pamiętać, że w pierwszej odsłonie był Wielkim Negocjatorem, który do końca 2020 r. miał rozwiązać konflikt na Donbasie. Jeśli prawdą okażą się coraz częstsze plotki o planach ubiegania się o drugą kadencję, można się spodziewać, że będziemy oglądać go jeszcze w niejednej politycznej kreacji.
Krzysztof Nieczypor, Ośrodek Studiów Wschodnich