Zamiast obwieszczać światu, jacy to jesteśmy skrzywdzeni, zdradzeni, poszkodowani, a jednocześnie waleczni, heroiczni i moralnie nieskazitelni, dajmy szansę, by sam nas ocenił na podstawie obiektywnych faktów historycznych.
okładka TGP 20 września 2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Instytut Pileckiego w Berlinie, który zainaugurował działalność w tym tygodniu, może być znaczącym zwrotem w kreowaniu polskiej polityki historycznej. I to nie tylko dlatego, że biografia patrona placówki, a zarazem bohatera głównej wystawy, ma ogromny potencjał, by zaistnieć w zbiorowej świadomości zachodniej opinii publicznej. Placówka jest dla nas szansą również dlatego, że odkrywa światu nieznane mu karty z naszej historii; daje nam możliwość wpływania na kształt międzynarodowej pamięci historycznej i zbudowania wokół Polski uniwersalnego przekazu, jakim jest sprzeciw wobec totalitaryzmu. Niezależnie od jego barw.
Reklama
Jest coś symbolicznego w tym, że otwarcie pierwszego zagranicznego oddziału Instytutu Pileckiego nieomal zbiegło się w czasie z informacjami Onetu na temat owoców współpracy Polskiej Fundacji Narodowej z amerykańską agencją piarowską White House Writers Group. Obie instytucje w gruncie rzeczy działają w podobnych celach – mają za zadanie kształtować pozytywny wizerunek Polski za granicą. Trudno więc uwierzyć, że możemy przygotować spektakularne wydarzenie i stworzyć nowoczesny ośrodek refleksji nad totalitaryzmami, jak ten w Berlinie, a inny ambitny projekt w równie spektakularny sposób zawalić (choć wydanie lekką ręką 5,5 mln dol. na działania bandy dyletantów chciałoby się określić bardziej dosadnie).
Sposobu, w jaki PR-owcy „promowali” Polskę, nie ma już co komentować. Na bieżąco robią to internauci, którzy w ostatnich dniach zalali sieć prześmiewczymi memami oznaczonymi hasztagiem Heart of Poland. Inaczej jest z berlińską wystawą „Ochotnik. Witold Pilecki i jego misja w Auschwitz”, którą od minionego poniedziałku można oglądać w siedzibie instytutu, w samym sercu niemieckiej stolicy.

Reklama
Kiedy na kilka godzin przed inauguracją, tuż za plecami opowiadającej o ekspozycji szefowej placówki Hanny Radziejowskiej, nagle przewróciła się jedna ze ścianek, natychmiast pojawiły się najgorsze skojarzenia z państwem (nomen omen) z dykty. Na szczęście nieuzasadnione. Wystawa pokazująca tragiczny los rotmistrza Pileckiego jest przemyślana i choć wstrząsająca, to nie epatująca okrucieństwem. Jego historia w pewnym sensie uosabia losy Polski: żołnierz, który dobrowolnie daje się ująć w łapance, by poznać funkcjonowanie obozu koncentracyjnego w Auschwitz-Birkenau, wysyła na Zachód dramatyczne raporty, a po ucieczce z miejsca zagłady walczy z Niemcami w powstaniu warszawskim, ostatecznie ginąc już po wojnie z rąk stalinowców.
Nawet jeśli zagraniczny adresat tej opowieści – czy to mieszkaniec Niemiec, czy to odwiedzający ten kraj turysta – nie wychwyci wszystkich niuansów, to jest szansa, że przynajmniej dowie się o istnieniu niezwykłego człowieka, którego biografia jest gotowym scenariuszem hollywoodzkiej superprodukcji. – Jest to wydarzenie historyczne. Fakt, że w stolicy Niemiec będzie można tak otwartym tekstem mówić o ich zbrodniach, o człowieku, który się im przeciwstawiał, który przekazał światu świadectwo zbrodni, przeszło moje najśmielsze oczekiwania – nie krył wzruszenia Andrzej Ostrowski, siostrzeniec rotmistrza Pileckiego. Zwracał uwagę na uniwersalne przesłanie wystawy. – Ona wyraźnie pokazuje, że totalitarne systemy, niezależnie od tego, czy czarne czy czerwone, prowadzą do niewyobrażalnych zbrodni. Trzeba przed totalitaryzmami się bronić, mając w pamięci, że historia lubi się powtarzać.
Co ważne, wystawa nie narzuca naszej narodowej narracji – jest efektem współpracy polskich i niemieckich historyków (m.in. prof. Jochena Böhlera z Uniwersytetu w Jenie i dr. Piotra Setkiewicza z Muzeum Auschwitz-Birkenau). Dlatego rację miała wiceminister kultury Małgorzata Gawin, kiedy podczas wernisażu podkreślała, że o wspólnej polsko-niemieckiej historii trzeba też opowiadać wspólnie. A nie da się prowadzić dialogu bez zgody co do faktów.
Kuratorem wystawy, obok Hanny Radziejowskiej, jest Jack Fairweather, autor wydanej niedawno za granicą książki „The Volunteer: One Man, an Underground Army, and the Secret Mission to Destroy Auschwitz” („Ochotnik: Jeden człowiek, armia podziemna i tajna misja zniszczenia Auschwitz”; jej polskie tłumaczenie ukaże się na początku przyszłego roku). I tu dochodzimy do drugiego, znacznie mniej widocznego, choć chyba dużo ważniejszego filaru działalności Instytutu Pileckiego, który wydaje się próbą rozwiązania przyczyn nie zawsze pozytywnego wizerunku Polski na świecie i wyobrażeń na temat roli Polaków w Holokauście.
Alergiczne reakcje na każdą wzmiankę o „polskich obozach zagłady”, wytaczanie pozwów o zniesławienie (o osławionej ustawie o IPN nie wspominając) czy interwencje ambasadorów są o tyle nieskuteczne, że trudno w ten sposób walczyć z ignorancją polityków czy dziennikarzy. Można jednak temu zawczasu przeciwdziałać lub przynajmniej próbować osiągnąć odpowiedni efekt mrówczą pracą u podstaw. Ona nie przynosi rezultatów w tydzień czy nawet rok, ale jej sens powinien być oczywisty dla każdego, kto nie myśli o poważnych projektach w horyzoncie jednej lub dwóch kadencji. Nie jesteśmy w stanie zmienić programów nauczania historii w Ameryce, nie mamy wpływu na treść podręczników we Francji ani na to, jakie przedmioty wykłada się na niemieckich czy brytyjskich uczelniach. Możemy natomiast stworzyć komfortowe warunki do pracy dla zagranicznych historyków. I tym w dużej mierze zajmuje się Instytut Pileckiego. Po pierwsze – ściąga archiwa na temat II wojny światowej z Niemiec, Anglii, USA czy Izraela (współpraca z samym tylko Bundesarchiv zaowocowała zdigitalizowaniem 150 tys. dokumentów obejmujących m.in. akta gestapo i niemieckiej policji działającej na terenie okupowanej Polski). Po drugie – co chyba jeszcze bardziej kluczowe– zajmuje się tłumaczeniem polskich archiwów na angielski.
Ma to fundamentalne znaczenie, bo dobrzy historycy pracują na materiałach źródłowych. Zwykle badacze zajmujący się polską tematyką nie mieli innego wyjścia niż… nauczyć się polskiego. Ewentualnie zatrudnić tłumacza. Efektem zmiany tego podejścia jest choćby wspomniana książka Jacka Fairweathera, byłego korespondenta wojennego w Iraku i Afganistanie, który publikował m.in. w „Washington Post” i „Daily Telegraph”. – Miałem fantastyczny zespół reaserch-erów. Dwie osoby przez dwa lata przeszukiwały archiwa w Auschwitz, kolejne robiły to samo w Warszawie, Waszyngtonie czy Genewie. Pracując zespołowo, mogliśmy pokonać każdą przeszkodę – przyznaje Fairweather, opowiadając o tym, jak wyglądała jego praca nad książką. Zamiast zmagać się z prozaicznymi trudnościami, które dla nawet zainteresowanych naszą historią osób, bywały dotąd barierą nie do przeskoczenia, mógł się skupić na rozwiązaniu prawdziwych problemów – np. na odnalezieniu zapisów pierwotnych raportów z obozu, które Pilecki przekazywał ustnie, a jego posłańcy uczyli się ich na pamięć. W trakcie researchu do książki raport został zresztą odnaleziony w jednym z londyńskich archiwów.
Innymi słowy, kiedy Fairweather zainteresował się historią Pileckiego, stworzono mu cieplarniane warunki do pracy. I to się opłaciło. Książka, która ukazała się już w USA i Wielkiej Brytanii (przygotowywane są tłumaczenia na inne języki, nie tylko polski) zbiera dobre recenzje. Można mieć nadzieję, że w miarę upływu lat dzięki takim projektom grono zachodnich historyków, którzy staną się swoistymi rzecznikami polskiego interesu na świecie, będzie się poszerzać. I nie chodzi tylko o autorów bestsellerów, lecz także np. specjalistycznych monografii dotyczących ważnych wycinków II wojny światowej.
Zamiast więc obwieszczać światu, jacy to jesteśmy skrzywdzeni, zdradzeni, poszkodowani, a jednocześnie waleczni, heroiczni i moralnie nieskazitelni, dajmy szansę, by sam to ocenił. Obiektywnie, na podstawie historycznych faktów. Owszem, nie da się opowiadać o bestialskim rozstrzelaniu za ukrywanie Żydów całej rodziny Ulmów (łącznie z szóstką dzieci, z których najstarsze miało osiem lat) bez wspomnienia o tym, że gestapowcom wydał ich Włodzimierz Leś, który chciał zagarnąć majątek ofiar. Nie da się też pominąć faktu, że Leś został za donos zastrzelony przez Armię Krajową. Tak samo jak nie da się opisywać działalności Ireny Sendlerowej, przemilczając przy tym zjawisko szmalcownictwa. Albo nakreślić stosunku Polaków do Żydów podczas okupacji, nie zwracając uwagi na represje, jakie groziły mieszkańcom Generalnej Guberni za pomoc Żydom. O tym wszystkim możemy uczciwie opowiadać albo dać opowiedzieć innym.
Zbieranie dokumentów z rozsianych po świecie archiwów ułatwi też pracę polskim historykom, którzy uzyskają do nich dostęp na miejscu. Wystaranie się o grant, który pozwoli badaczowi wyjechać na kilka miesięcy do Waszyngtonu czy Berlina, aby przeczesywać tamtejsze archiwa, a do tego koszty i trudności logistyczne związane z całym pobytem, są także znaczącą przeszkodą w rozwoju krajowej nauki.
Instytut Pileckiego daje szansę na to, by zamiast polityki histerycznej uprawiać w końcu prawdziwą politykę historyczną. Szkoda, że na galę inaugurującą działalność placówki w Berlinie – pomimo silnej reprezentacji polskiego rządu – nie pofatygował się żaden wysoki rangą polityk niemiecki. Ten afront boli tym bardziej, że zdarzył się przy otwarciu wystawy, której przekaz nie jest ani konfrontacyjny, ani kontrowersyjny. Wystawa może co najwyżej zmącić niezachwiany od lat spokój aliantów z czasów II wojny światowej, bo przypomina o tym, że na rozpaczliwe prośby Pileckiego o zbombardowanie obozu zachodnie rządy pozostały głuche.