PSL idzie do wyborów bez PO – deklaracje lidera są jednoznaczne. To może być jeden z punktów zwrotnych kampanii. Samodzielny start ludowców pozostawia opozycji dwa warianty. Mniej prawdopodobny, czyli koalicja PO z lewicą, oraz najbardziej realny podział anty-PiS na trzy bloki: PSL, PO i lewicę. Jak się skończy pojedynek ze zwartą armią PiS? „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele i – jakoś to będzie!” – odpowiada cytatem z „Pana Tadeusza” jeden z ludowców.
Komitet PSL ma być zarejestrowany jako lista partyjna „Komitet wyborczy PSL Koalicja Polska”. To gra va banque Kosiniaka-Kamysza.
Ludowcy będą musieli przekroczyć próg wyborczy, by znaleźć się w Sejmie. Wyborcza matematyka stawia PSL poprzeczkę bardzo wysoko. 5-procentowy próg przy frekwencji 55–60 proc., jakiej spodziewają się eksperci i politycy, to 800–900 tys. głosów. Ale samo przeczołganie się przez próg może przynieść najwyżej kilka mandatów. Dlatego Władysław Kosiniak-Kamysz mierzy w 8–10 proc. – to w praktyce 1,2–1,4 mln głosów. W wyborach w 2015 r. ludowcy otrzymali 780 tys. głosów.
Cel postawiony przez Kosiniaka oznaczałby powrót do najlepszych wyników PSL z lat 2007 i 2011. Ludowcy chcą rozmawiać z przedstawicielami środowisk konserwatywnych, żeby startowali z list tej partii. Już w klubie PSL są byli konserwatywni posłowie PO, np. Marek Biernacki, który wystartuje na Pomorzu. W Warszawie o mandat poselski będzie się ubiegał Władysław Teofil Bartoszewski, który był kandydatem tej partii na listach Koalicji Europejskiej w wyborach do Parlamentu Europejskiego. PSL liczy także na innych polityków rozczarowanych PO, jak Bogdan Zdrojewski. Ale czy są to politycy, którzy przyniosą dziesiątki czy setki tysięcy głosów? Kosiniak-Kamysz wierzy, że uruchomi mechanizm, który działał w czasach potęgi PSL, czyli armię 70–80 tys. lokalnych działaczy i liderów – nie tyle mających partyjną legitymację, ile zbierających głosy tych, którzy wybierają konkretne osoby, a nie partyjną listę. Tyle że dwie ostatnie elekcje pokazały, że na prowincję i tereny do tej pory zajęte przez PSL wszedł PiS. Dla ludowców będzie to więc naprawdę śmiertelny i samotny bój.
Reklama
Przez pewien czas najbardziej prawdopodobny scenariusz zakładał, że PO pójdzie pod rękę z PSL, a lewica zbuduje własny blok. Ale w toku negocjacji okazało się, że ten scenariusz jest niestrawny zarówno dla Grzegorza Schetyny, jak i Władysława Kosiniaka-Kamysza. Dla lidera PO było to równoznaczne z pożegnaniem się z wizją wielkiej koalicji anty-PiS. I dziś decyzja PSL niejako wpycha go w ramiona lewicy, do czego Schetyna – były działacz Solidarności Walczącej – specjalnie się nie pali. Z kolei szef ludowców bał się skrętu w lewo samej Platformy, a to jego zdaniem powodowałoby, że blok PO-PSL mógłby niebezpiecznie zbliżyć się do bloku lewicowego. – W trakcie majowej kampanii przylgnęła do nas etykieta tęczowej koniczynki. Strasznie nas za to przeczołgano w maju – przyznaje jeden z polityków PSL. Kosiniak-Kamysz był pod ogromną presją ze strony działaczy. Najbardziej przeciwne aliansowi z Platformą były partyjne doły. Im wyżej w tej hierarchii, tym opór ponoć był mniejszy.