Prezydent Stanów Zjednoczonych uważa, że dolar jest zbyt drogi i powinien być tańszy.
Według nieoficjalnych informacji, o których donosi między innymi Bloomberg, Donald Trump w rozmowach ze swoimi doradcami coraz częściej wskazuje, że zbyt mocna waluta stanowi przeszkodę w utrzymywaniu szybkiego wzrostu gospodarczego w USA. W swoich tweetach prezydent ostatnio dość często oskarża Chiny i strefę euro o celowe manipulacje walutowe, które jego zdaniem mają poprawiać konkurencyjność Europy i Chin względem przedsiębiorstw amerykańskich. W jednej z takich wypowiedzi dodał, że Stany Zjednoczone powinny robić to samo, co część banków i analityków rynkowych odczytała jako sugestię możliwej interwencji walutowej ze strony Waszyngtonu.
W rzeczywistości Europejski Bank Centralny w ogóle nie interweniuje na rynku walutowym, natomiast Chiny nie robiły tego od paru lat. Amerykańska administracja rozważała wpisanie Chin na listę krajów, które w sposób nieuczciwy manipulują swoją walutą, ale w ostateczności tego nie zrobiła.
Reklama
Rządowe interwencje na rynku walutowym zdarzają się na świecie, ale głównie wykonują je kraje, które znalazły się w gospodarczych tarapatach i muszą ratować swoją walutę przed upadkiem. Są to więc zwykle interwencje mające na celu umocnienie waluty. Bardzo rzadko wykonują je największe i najbogatsze kraje świata. Pomysł Donalda Trumpa jest zaskakujący nie tylko dlatego, że chodzi o gospodarkę największą na świecie, ale także dlatego, że w jego wersji interwencja miałaby na celu nie umocnienie, ale osłabienie dolara. Słabsza waluta może bowiem oznaczać, że towary z państwa, które dokonało takiej interwencji, są na rynkach globalnych relatywnie tańsze. To zwiększa konkurencyjność gospodarki ze słabszą walutą.

Reklama
Pomysł jest jednak bardzo kontrowersyjny i budzi konsternację na rynku finansowym. Po pierwsze globalna elita polityczno-finansowa od lat uważa interwencje walutowe wykonywane w celu poprawy konkurencyjności eksportu za coś nieuczciwego. Komunikaty po kolejnych szczytach państw G-20 zwykle zawierają zobowiązanie do powstrzymywania się od takich kroków. Amerykanie nigdy tego nie kwestionowali, wręcz przeciwnie – to oni byli w grupie państw, które zawsze podkreślały, że walutami nie powinno się manipulować. Amerykanie nie interweniowali na rynku dolara po to, aby go osłabić, od czasów prezydentury Billa Clintona. Ostatni raz zrobili to we wrześniu 2000 r., czyli prawie 20 lat temu. Potem, w 2011 r., brali udział w interwencji mającej na celu osłabienie japońskiego jena, ale wtedy była to skoordynowana akcja kilku najważniejszych banków centralnych świata i nie chodziło w niej o konkurencyjność amerykańskiej gospodarki.
Po drugie, na co zwraca uwagę m.in. bank Goldman Sachs, ryzyko towarzyszące takiej interwencji, o jakiej myśli Trump, polega na tym, że może się nie udać. Interwencje mniejszych państw pogrążonych w kłopotach zwykle dotyczą ich lokalnych, niewielkich rynków. Donald Trump sugeruje interwencję na absolutnie największym rynku świata, na którym obroty są szacowane na ok. 5 bln dolarów dziennie. Według analityków Goldmana pierwszy efekt z pewnością byłby piorunujący i po myśli Trumpa, chociażby ze względu na swoją symbolikę, ale wcale nie ma pewności, że utrzymałby się na dłuższą metę. Nie można wykluczyć, że Amerykanie musieliby w tym celu interweniować dłużej i częściej, co wymagałoby od nich nieustannego sprzedawania dolarów na rynku. Tymczasem Departament Skarbu ma ich w swoich rezerwach dużo, ale nie aż tyle, aby interweniować bez końca. Mógłby oczywiście pomóc bank centralny, drukując dolary i natychmiast sprzedając je na rynku, ale pomimo nacisków Trumpa Fed wciąż jest niezależny i prawdopodobnie by się na to nie zgodził.
Po trzecie, kursy walutowe składają się zawsze z wzajemnej relacji dwóch walut, tak więc zwykle zależą od oceny perspektyw dwóch gospodarek, a nie tylko jednej. Stany Zjednoczone, przeprowadzając w sposób jawny, wbrew swoim wcześniejszym deklaracjom, interwencję walutową, z pewnością zachęciłyby do tego samego inne kraje. Wtedy to, co dziś Trumpowi się tylko wydaje, mogłoby się stać faktem. Wtedy ruch Amerykanów na rynku mógłby osłabić dolara, ale podobny ruch np. Europejskiego Banku Centralnego na tym samym rynku mógł z kolei osłabiać euro i zniwelować wcześniejsze osłabienie waluty amerykańskiej. Tak naprawdę wykorzystywanie interwencji walutowych jako broni w relacjach z innymi gospodarkami jest proste, przez to każdy może z tego skorzystać, ale to z kolei oznacza, że efekt końcowy może być znikomy. Dlatego też kraje rozwinięte od lat tej broni nie stosują. Na rynku finansowym rośnie jednak przekonanie, że jeśli Donald Trump się uprze, to i tak to zrobi.
Co ciekawe, Trump, dostrzegając, że dolar jest ostatnio bardzo mocny, ma rację. Faktycznie amerykańska waluta w ostatnich miesiącach zyskiwała na wartości. Ale nie stało za tym celowe osłabianie innych walut przez inne państwa, ale raczej lepsza niż gdzie indziej na świecie koniunktura gospodarcza i podwyżki stóp procentowych przeprowadzane przez Fed. Najskuteczniej dolar osłabiłby się więc, gdyby amerykańska gospodarka wpadła w jakieś tarapaty. Najlepiej jeszcze większe niż gospodarka europejska czy chińska. Tyle że to by zapewne oznaczało zmniejszenie szans Trumpa na reelekcję w 2020 r. Dlatego chciałby on mieć słabszego dolara już dziś, bez tarapatów, właśnie po to, aby ich uniknąć – i tych gospodarczych, i tych politycznych.