Sprawiedliwość społeczną wpisaliśmy sobie w konstytucję jako zasadę fundamentalną dla ustroju, ale system, w którym żyjemy, jest jej zaprzeczeniem. Czas to zmienić.
Reklama
Magazyn / Dziennik Gazeta Prawna
My się nie boimy zwrotu „sprawiedliwość społeczna” – odważnie oświadczył Jarosław Kaczyński na spotkaniu z mieszkańcami Gorlic jesienią zeszłego roku. Wkrótce, jak przystało na człowieka czynu, w ślad za deklaracjami poszły kolejne deklaracje. Sprawiedliwość społeczną ma wzmocnić piątka Kaczyńskiego – pakiet pięciu głównych obietnic wyborczych prezesa PiS. Ale właściwie każda partia w Polsce ma swój pomysł na to, jak ją osiągnąć. W ostatnich 30 latach nie było ugrupowania, które wygrałoby wybory bez – przynajmniej symbolicznego – odwołania się do tego pojęcia. W końcu państwo polskie zgodnie z postanowieniem konstytucji ma sprawiedliwość społeczną urzeczywistniać. Ale właśnie – czy urzeczywistnia?
Cóż, jeśli konstytucja rozgrzewa debatę publiczną, to w kwestii ustrojowych technikaliów. Są one o tyle istotne, o ile związane z personaliami (kto kogo powołuje i kiedy). Stanowią więc w naturalny sposób paliwo politycznej nawalanki. Mieliśmy tego próbkę, gdy opozycja z rządem wykłócali się np. o skład Trybunału Konstytucyjnego czy Krajowej Rady Sądownictwa. Tyle że konstytucja opiera się nie na technikaliach, lecz na pojęciach ogólnych (wolności, równości i sprawiedliwości itd.), a te wymagają myślenia w kategoriach abstrakcji i nie detonują automatycznie sporów personalnych. Nie są więc politycznie sexy. Gorzej! Traktowanie ich ze zbytnią powagą oznaczałoby polityczne ograniczenia, a ludzie u władzy ograniczać się nie chcą.
Ideologiczne fundamenty naszego ustroju są w efekcie nie tylko zaniedbane, ale też wypaczone. Od 30 lat powstaje w Polsce system będący zaprzeczeniem jego nominalnych wartości. Wolność i równość stają się w nim nie prawem, lecz przywilejem, w wyniku czego rośnie społeczna niesprawiedliwość i poczucie powszechnej krzywdy.

Wykluczeni pracownicy

Gdzie się nie rozejrzeć, przykłady tych niesprawiedliwości się znajdą. Zacznijmy od ludzi pracy. Ale nie tych, którzy mają pracę, lecz tych, którzy jej nie mają, a chcieliby mieć. Część z nich nie ma wysokich kwalifikacji i zapewne znalazłoby legalne zatrudnienie, gdyby nie troskliwy rząd utrzymujący bezwzględne przepisy o płacy minimalnej. Czy to sprawiedliwe społecznie, że ktoś, kto chce pracować, i ktoś, kto chce dać mu pracę, nie mogą osiągnąć swoich celów, bo prawodawca w wyniku corocznej presji związków zawodowych podnosi minimalne wynagrodzenie? Mowa o znacznej części z ponad miliona ludzi bez zatrudnienia. Nie mają oni związkowej reprezentacji, nie mogą walczyć o swoje, stają się sfrustrowani i w końcu... sami pogłębiają społeczną niesprawiedliwość. Jak? Idąc do pracy w szarej strefie, czyli nie płacąc podatków. Szara strefa, jak wylicza Instytut Prognoz i Analiz Gospodarczych, stanowi 18 proc. polskiego PKB. Na społecznie niesprawiedliwych przepisach budżet traci więc ok. 60–80 mld zł rocznie niezapłaconych podatków dochodowych. Tę lukę uzupełnią pracujący legalnie.
I – nie, liberalizacja przepisów o pensji minimalnej nie sprawi, że zawali się świat, a płace przestaną rosnąć. Tak samo jak świat się nie zawalił, a jakość usług nie spadła po deregulacji dostępu do 240 zawodów z lat 2013–2014 r., jedynej prawdziwe egalitarnej reformie ostatniej dekady. A tym właśnie straszyli wówczas lobbyści z zainteresowanych grup zawodowych (i na co dziś narzekają). Jeśli ktoś nie rozumie, jak naprawdę działają przepisy o płacy minimalnej, radzę zapoznać się z sytuacją polskich firm transportowych. Ich kierowcy w wyniku przyjęcia nowej dyrektywy unijnej będą musieli podlegać przepisom płacowym z krajów, w których jest ona znacznie wyższa niż w Polsce. Nasze firmy stracą konkurencyjność, część kierowców pójdzie na bruk.
Niesprawiedliwość społeczna w świecie pracy powiększa się z każdą kolejną rządową inicjatywą. Weźmy słynny zakaz handlu w niedzielę. Każdy ma tu swoje zdanie, ale logika nie podlega dyskusji: w wyniku zakazu jedne grupy pracowników mogą w niedzielę pomnażać swoje bogactwo (bo tym jest praca), a inne nie. Okazuje się, że osoby zatrudnione w dużych marketach to gorszy sort człowieka, który – w przeciwieństwe np. do dziennikarzy albo spawaczy – potrzebuje państwowego nakazu „A teraz odpoczywaj!”. Jedynym sposobem na ucieczkę od tej nadgorliwej troski wydaje się przekwalifikowanie się. Tylko czy zawsze jest to możliwe? Czy każda studentka studiów dziennych na kierunku matematyka, która, chcąc – jak Pan Bóg przykazał – poważnie traktować uczelnię, dorabia w weekendy, a nie w tygodniu i kosztem zajęć, znajdzie zatrudnienie na sobotę i niedzielę w budownictwie albo czas na szkolenie z masażu tajskiego?
Zakaz handlu w niedzielę na pewno nie pomaga w zmniejszaniu bezrobocia wśród młodych ludzi. Malało ono do początku 2018 r., gdy ograniczenie wprowadzono. Od tamtej pory utrzymuje się na poziomie ok. 11 proc. Te fakty – jeśli w prawach ekonomii jest choć trochę prawdy – pewnikiem się łączą. Empiryczne poszlaki już są: duża część z 300 tys. zlikwidowanych w 2018 r. miejsc pracy to właśnie te w handlu. Nawet jeśli jednocześnie powstawały nowe (jak zwracają uwagę zwolennicy ustawowych ograniczeń), to mimo zakazu, a nie dzięki niemu.
To wszystko nie oznacza, że nie istnieją ludzie, którzy zyskują na wyższej pensji minimalnej, zakazie handlu i innych regulacjach rynku pracy. Istnieją. Na tym polega właśnie systemowa społeczna niesprawiedliwość, że dzięki takim przepisom powstają grupy osób o sprzecznych interesach i jedni zyskują kosztem drugich. Przez to zaczynają się nienawidzić. Zauważyliście, że narzekanie na to, jak jesteśmy głęboko podzielonym społeczeństwem, na kwitnące coraz to nowe antagonizmy, to smętna i nieprzerwana melodia ostatniej dekady? Żyjemy w systemie budzącym wzajemną zawiść, a nie podziw.

Stłamszeni pracodawcy

Uczucia pracowniczego resentymentu koncentrują się często na przedsiębiorcach. Lista głównych zarzutów: sobie płacą za dużo, innym za mało, a do tego traktują ludzi narzędziowo, zapominając, że pracownik też człowiek. Nie będziemy tu bronić skąpych dorobkiewiczów, dla których szczytem marzeń jest ferrari i wakacje na Kanarach. Zresztą skala biznesu ludzi o takiej mentalności zapewne nie przekroczy granic ich własnego województwa.
Zwróćmy jednak uwagę, że słabości polskich przedsiębiorstw wynikają poniekąd z tego, że oni też traktowani są niesprawiedliwie. Od 1989 r. wszyscy wykazujący się inicjatywą byli postrzegani jak potencjalni przestępcy. Wychodząc z takiego założenia, mnożono pozwolenia i regulacje obejmujące biznes, a przede wszystkim zapobiegawczo go kontrolowano. Przedsiębiorcy musieli nieustannie obawiać się wizyt urzędu skarbowego i innych gorliwych instytucji. Materiały z tych kontroli trafiały potem na biurka ambitnych młodych prokuratorów umiejących interpretować je zawsze w ten sam sposób: jako świadczące o przestępczej działalności. Przekonały się o tym takie firmy jak JTT Computer, Optimus, Krakowskie Zakłady Mięsne, Centrum Handlowe Nexa, biuro podróży Big Blue Travel, sieć kantorów Conti i wiele innych. Przedsiębiorstwa niszczone przez administrację państwową można by wymieniać bardzo długo. Chociaż system trochę się zliberalizował i np. w 2018 r. spadła liczba kontroli skarbowych wraz z kwotą nakładanych kar, to mleko zdążyło się już rozlać. Traktowani przez lata jak ludzie gorszego sortu przedsiębiorcy cierpią dzisiaj na syndrom oblężonej twierdzy, zamykają się na dialog, a zwykli ludzie tym bardziej im nie ufają, przyklaskując wprowadzaniu ustaw ograniczających swobodę gospodarczą.
Niesprawiedliwość społeczna w systemie rośnie na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Weźmy ustawę apteka dla aptekarza z 2017 r., która wprowadziła szczegółowe regulacje dotyczące zakładania nowych aptek. Kto może to zrobić? Wyłącznie farmaceuci. Gdzie? W odległości co najmniej 500 m od kolejnej placówki (a na jedną musi przypadać minimum 3 tys. mieszkańców.) W wyniku uznania, że zwykli przedsiębiorcy bez dyplomu farmaceuty są zbyt głupi, by prowadzić biznes aptekarski, liczba punktów w Polsce od czasu obowiązywania ustawy zaczęła po latach wzrostów spadać. W 2018 r. zmalała o 500 i szacuje się, że w 2019 r. ubędzie ich kolejne 600. Politycy, idąc na rękę relatywnie niewielkiej grupie, stworzyli przepis szkodzący całej reszcie. Nie tylko przedsiębiorcom niefarmaceutom, którzy nie zarobią na lekach, ale też pacjentom, którzy muszą za nie więcej płacić.
Np. w okresie styczeń 2017 r. – styczeń 2018 r. leki nierefundowane na receptę podrożały o 6,2 proc., gdy tym czasie średni wzrost cen konsumenckich gospodarce wyniósł 1,5–2 proc. Nawet biorąc pod uwagę specyficzne uwarunkowania rynku leków, spadek konkurencyjności musiał mieć w tej drożyźnie swój udział.
Oba te przypadki – zakaz handlu w niedziele oraz apteka dla aptekarza – są tylko przykładami licznych regulacji, które tworzą asymetrię w uprawnieniach obywateli. Jednych faworyzują, innych dyskryminują. Ręka do góry, kto uważa np., że Poczta Polska jest monopolistą na rynku przesyłek listowych nie ze względu na lepsze usługi, lecz przychylność administracji państwowej? Konstytucja gwarantuje nam równe traktowanie, ale, jak widać, równość jest w praktyce towarem deficytowym i dostępnym nie dla każdego.

Hojny jak podatnik

Istnieje też miejsce, w którym niesprawiedliwie traktowani są zarówno pracownicy, jak i przedsiębiorcy – zwłaszcza słabo zarabiający pracownicy i mali przedsiębiorcy. To opieszałe sądy, które z roku na rok kończą coraz mniej postępowań. W 2018 r. załatwiły o milion spraw mniej niż w 2017 r. Opieszałość rodzi dla stron dodatkowe koszty. Im mniej zamożna jest strona, tym mniejsze ma szanse na wygranie swojej sprawy, nawet jeśli ma rację. A czy to sprawiedliwe społecznie, że zamożni radzą sobie w sądzie lepiej tylko ze względu na zasobność portfela? Nie. Sądownictwo to temat rzeka. Zresztą podobnie jak podatki, czyli kolejna dziedzina potężnej niesprawiedliwości społecznej. Skomplikowany system podatkowy – z całym jego bogactwem ulg, odpisów i przywilejów, a jednocześnie z jego progresją oraz urzędniczą arbitralnością – dzieli Polaków na liczne, nierówno traktowane grupy, i to bez żadnego uzasadnienia. Z punktu widzenia pracownika etatowego wygląda to tak, że jego dochód brutto obciążony jest daninami nieproporcjonalnymi do jakości i liczby usług publicznych, które otrzymuje w zamian. Ponieważ zmuszony jest on utrzymać emerytów, obciążenia rosną.
Niektórzy pracownicy nieetatowi mogą dodatkowo narzekać, że są traktowani gorzej niż inni. Załóżmy, że jako murarz podpisujesz umowę o dzieło, a twoim dziełem jest ścianka działowa. W przeciwieństwie do twórców twoje koszty uzyskania przychodu nie będą podlegać z automatu 50-proc. odliczeniu. W efekcie od wzniesienia ścianki zapłacisz wyższy podatek niż ja od napisania tego artykułu, owocu pracy nazwanej szumnie twórczą. To nie jest sprawiedliwe. Sprawiedliwość podatkowa zapanuje wtedy, gdy zlikwidowane zostaną ulgi przy jednoczesnym proporcjonalnym obniżeniu podatków dla wszystkich pracowników.
W przypadku firm niesprawiedliwość społeczna w dziedzinie podatków przejawia się m.in. w zasadach płacenia VAT. Tu funkcjonują obecnie cztery stawki (23 proc., 8 proc., 5 proc., 0 proc.), które zmieniają się w zależności od widzimisię ustawodawcy. Różne bywają oficjalne przyczyny zróżnicowania stawki VAT, ale w praktyce znów często stoi za nimi konkretne lobby. Dzięki jego wysiłkom z dwóch producentów towarów o zbliżonych cechach jeden będzie uprzywilejowany. Przykładowa sytuacja, do jakiej dojdzie wskutek planowanej na drugą połowę bieżącego roku zmiany w VAT: jeśli Mateusz produkuje soki owocowe z zawartością 17 proc. wkładu owocowego, to będą one obłożone VAT-em na poziomie 23 proc.; jeśli zaś wkład owocowy to np. 30 proc., wówczas stawka podatku spadnie do 5 proc. Gdzie tu jest jakaś logika? Nie ma.
Nie tylko konstrukcja poboru podatków jest społecznie niesprawiedliwa. O pomstę do nieba woła także to, jak są potem rozdzielane. Do rangi symbolu urastają tu programy socjalne z plusem w nazwie. Pomagają jednym kosztem innych – choć nie biednym kosztem bogatych. Wyobraźmy sobie rodzinę Nowaka z czworgiem dzieci, które w 2016 r. miały odpowiednio 19, 20, 21 i 22 lata, oraz rodzinę jego sąsiada Kowalskiego, także z czwórką dzieci, ale w wieku 1, 2, 3 i 4 lata. Załóżmy też, że obaj dostają pensję w takiej samej wysokości – 3 tys. zł netto. W 2016 r. uruchomiono program 500+ na drugie i kolejne dzieci, które nie ukończyły 18. roku życia. W efekcie Nowak z podatków odprowadzanych ze swojej skromnej pensji musi utrzymywać czwórkę pociech Kowalskiego! Mimo że ma od niego większe wydatki: dzieci Nowaka studiują dziennie i zostały właśnie pozbawione możliwości zarobkowania w weekendy, a brzdącami Kowalskiego opiekują się mieszkający z nim dziadkowie. Czy obłożenie tego pierwszego kosztami 500+ jest sprawiedliwe? Nie.
Społeczna niesprawiedliwość w Polsce wybiega znacznie poza rynek pracy, producentów i podatki. Obejmuje właściwie każdą dziedzinę naszego życia, w którą zaingerował rząd. Dlatego dotyka nawet gospodyń domowych. Nie mogą one – choćby chciały – założyć więcej niż jednego koła gospodyń w jednej wsi! Dotyka rodziców, których udział w wyborze dyrektora szkoły ich dzieci jest coraz mniejszy. Dotyka nierolników, których obejmują ograniczenia w handlu ziemią rolną. Różne oblicza niesprawiedliwości społecznej polegającej na arbitralnym rozdziale praw i przywilejów między różne grupy to temat na całą książkę.

Wyzysk w głowie

Wielu czyta ten tekst z niedowierzaniem. Brzmi jak negatyw tradycyjnych opowieści o niesprawiedliwości społecznej, prawda? Taka jest intencja.
Niedowierzanie to wynika z przyzwyczajenia, które wyrobiliśmy w sobie w socjalizmie.Chociaż filozofowie używali pojęcia sprawiedliwość społeczna już od XIX w., i mieliśmy jego czempionów na własnym podwórku, to w polskim myśleniu ustrojowym po 1918 r. było ono całkowicie nieobecne. To, że wielu polskich polityków międzywojnia miało ciągoty lewicowe, a nie zdecydowało się wpisać sprawiedliwości społecznej do konstytucji II RP, odzwierciedla jasno ówczesny konserwatyzm Polaków. W obieg prawny sprawiedliwość społeczną wprowadziła dopiero konstytucja PRL z 1952 r. Tam, obok stwierdzenia, że państwo „urzeczywistnia zasadę sprawiedliwości społecznej”, stoi jeszcze, że „likwiduje wyzysk człowieka przez człowieka”. Ów wyzysk – rzekomo występujący wyłącznie w społeczeństwach imperialistycznego kapitalizmu – należał do podstawowego wokabularza peerelowskiej propagandy. W konstytucji obecnie obowiązującej – tej z 1997 r. – artykuł o urzeczywistnianiu sprawiedliwości społecznej zachowano. Chociaż usunięto zapis o wyzysku, to w naszych głowach często jedno wciąż stoi obok drugiego.
Nie dziwi więc, że sprawiedliwość społeczna to jedno z ulubionych pojęć lewicy, wykorzystywanych w walce o obronę i ustanowienie kolejnych praw socjalnych. Znany socjalistyczny aktywista Piotr Ikonowicz prowadzi Kancelarię Sprawiedliwości Społecznej, stowarzyszenie pomocy osobom, które przegrywają z systemem, bo są biedne, nie znają prawa, nie radzą sobie w życiu. Tyle że to leczenie objawów, a nie przyczyn choroby. O ile pojęcie sprawiedliwości społecznej na lewicy traktowane jest z namaszczeniem, o tyle w niektórych prawicowych kręgach wywołuje kpiny. – Albo „sprawiedliwość społeczna” jest tym samym, co normalna „sprawiedliwość”, albo nie. Jeśli nie jest tym samym, to „co innego niż sprawiedliwość” nazywa się po polsku „niesprawiedliwość” – powtarza od lat znany z zamiłowania do prostych odpowiedzi Janusz Korwin-Mikke, szef partii Korwin.
Ikonowicz albo Korwin? Na szczęście nie musimy ograniczać się do takiej alternatywy.
Polskie prawo nie definiuje ściśle pojęcia sprawiedliwości społecznej. Jego rozumienie niejako wykluwa się w praktyce orzecznictwa konstytucyjnego. Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego – w ujęciu tradycyjnym, w którym prawo powinno być wyrazem realnie obowiązujących reguł społecznych – próbują za każdym razem zinterpretować to, jak naprawdę ludzie w swojej zbiorowości rozumieją pojęcie sprawiedliwości.
Jasne jest teraz, że sprawiedliwość można nazwać społeczną, bo bierze się nie z katechizmu, nie z kodeksu, lecz wprost ze społeczeństwa. Jest tożsama z tym, co naprawdę ono premiuje, a co zwalcza. Sprawiedliwość społeczna to zatem sprawiedliwość wynikająca z rzeczywistych działań jednostek, a nie z ich deklaracji. Jak jednak te działania zrozumieć?
Wystarczy spojrzeć na społeczeństwo jako na wspólnotę nie tylko obywateli, ale też konsumentów. Bo o ile obywatele zaledwie głosują, czyli deklarują, o tyle konsumenci kupują, a więc działają i wybierają. Wybory konsumenckie to lustro nie tylko naszych potrzeb, ale też naszych przekonań, to decyzje, które podejmujemy mimo wątpliwości, po rozważeniu znanych nam pro i contra.
Jak te wybory zebrać, usystematyzować, a potem – jak wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski? To zadanie wydaje się ponad siły najpotężniejszego nawet komputera. Ale to nic. Istnieje rynek – agregat konsumenckich decyzji.

Konsument sędzią sprawiedliwości?

Rynek nie jest co do zasady moralny. Nie to chcę powiedzieć. Rynek stanowi raczej – jak zauważał austriacki filozof i ekonomista Friedrich August von Hayek – rezultat spontanicznej gry sił, których działaniem nie sposób sterować, a której wyniku nie sposób zaplanować. A jednak wybory uczestnika rynku, konsumenta, jako faktycznego kapitana gospodarki (tego wyrażenia używał ziomek Hayeka ze szkoły austriackiej Ludwig von Mises), mają moralne znaczenie. Informują o rzeczywistej moralności społeczeństwa.
Trudno np. wyobrazić sobie sytuację, by vis-a-vis przedszkola stanął dom publiczny (nawet gdyby było to legalne). Większość potencjalnych klientów – poza skrajnie zdegenerowanymi jednostkami – unikałaby takiego punktu i po jakimś czasie by upadł. Zakaz otwierania agencji towarzyskich w pobliżu przedszkoli nie budzi protestów, a raczej poparcie społeczne, bo jest on po prostu wtórny wobec tego, co ludzie sami z siebie uważają za stosowne. Lobby właścicieli domów publicznych słusznie odsyła się z kwitkiem – pójście mu na rękę oznaczałoby szkodę dla całej reszty.
Siła uznania konsumentów za grupę centralną dla sprawiedliwości społecznej tkwi także w tym, że jest to najszersza z możliwych zbiorowości. Nie wszyscy mają prawa wyborcze. Nie wszyscy płacą podatki. Nie wszyscy są przedsiębiorcami. Nie wszyscy pracują na etacie. Ale konsumują – a więc kupują – właściwie wszyscy. Nawet żebrak jest konsumentem. Ba! Nawet miesięczne niemowlę. Jeśli nie zasmakuje mu słoiczek z przecierem z brokułów, mama będzie musiała kupić co innego. Kiedy politycy ustanawiają prawo, mając na względzie nie ogół konsumentów, lecz którąś z mniejszych grup, niemal zawsze tworzą sytuację, w której wszyscy pozostali tracą. I wtedy słusznie mogą zarzucać rządzącym niesprawiedliwość.
Coś szkodliwego dla pracowników może być korzystne dla pracodawców. Coś korzystnego dla niepłacących podatków może być niekorzystne dla podatników. Jeśli zaś coś szkodzi konsumentom w takim sensie, że np. ogranicza ich wolność wyboru albo nakłada na nich niepotrzebnie dodatkowe koszty, to szkodzi (potencjalnie) wszystkim. Przez takie okulary spójrzmy raz jeszcze na przykłady z pierwszej części artykułu. Każdy z nich szkodzi konsumentom. Płaca minimalna i nadmierne opodatkowanie pracy ogranicza ich siłę nabywczą. Zakaz handlu ogranicza swobodę planowania wydatków i zwyczajów zakupowych. Apteka dla aptekarza każe im pokonywać dłuższe dystanse i płacić więcej za leki.
Można w ciemno założyć, że zawsze istnieje jakaś grupa, która zyskuje na każdym działaniu wymierzonym w konsumentów. Państwo podejmujące się takich działań to, cytując francuskiego ekonomistę Frederica Bastiata, „wielka fikcja, dzięki której każdy usiłuje żyć kosztem innych”. Ze sprawiedliwością nie ma ono zbyt wiele wspólnego. I w takim państwie, niestety, żyjemy. A można posunąć się jeszcze dalej i zapytać w ślad za św. Augustynem: „Czymże są więc wyzute ze sprawiedliwości państwa, jeśli nie bandami rozbójników?”.