Kwiecień 2004 r. zapowiadał zimę w relacjach polsko-białoruskich. Na krótko przed długim weekendem z Mińska, pod zarzutem szpiegostwa, wydalono attaché wojskowego pułkownika Kazimierza Witaszczyka. Kilka dni później z Warszawy wyjechał jego odpowiednik. Rozpoczęła się regularna wymiana ciosów.
Dziennik Gazeta Prawna
Do Polski za aktywne działania „nakierowane na destabilizację białoruskiego społeczeństwa” wracają I sekretarz ambasady Marek Bućko, konsul Andrzej Buczak i radca polityczny Andrzej Olborski. Taka sama liczba białoruskich dyplomatów opuszcza Warszawę. Jeszcze wtedy białoruskie KGB i – ściśle współpracujące z tą służbą – rosyjskie FSB nie wiedzą na pewno, którzy z polskich dyplomatów pracują w wywiadzie. W takich sytuacjach na Wschodzie zakłada się, że biorą w nim udział wszyscy. Dzieli się ich jednak na kategorie – potwierdzonych i niepotwierdzonych.
W rozwikłaniu części tej zagadki Białorusinom i Rosjanom przyszło z pomocą polskie państwo, które zdecydowało się na odtajnienie w 2017 r. zbioru zastrzeżonego Instytutu Pamięci Narodowej. Jawne stały się wówczas „Akta osobowe funkcjonariusza: Andrzej Olborski, nazwisko legalizacyjne: Zientarski, imię ojca: Michał, ur. 03-10-1960” oraz jego „Książka świadczeń lekarskich”. W styczniu 2017 r. wschodni sąsiedzi, za darmo, dostali dokumentację – byłego już wówczas – podpułkownika Agencji Wywiadu. Oficera, który przez wiele lat, już po upadku komunizmu, brał udział lub nadzorował polskie operacje na Wschodzie. Państwo podało na tacy nie tylko informację o tym, że dyplomata Olborski pod koniec lat 80. wstąpił do wywiadu. Ujawniło również jego nazwisko legalizacyjne, czyli to, pod którym m.in. werbował zagraniczną agenturę. Dla kogoś, kto potrafi dodawać dwa do dwóch, to wystarczy. Dla kontrwywiadu białoruskiego i rosyjskiego, które potrafią znacznie więcej – to aż nadto.
Reklama
W rozmowie opublikowanej w środę przez Onet.pl Olborski przekonuje, że państwo polskie go „zdekonspirowało”. „Kontrwywiady różnych państw mogą połączyć dyplomatę Andrzeja Olborskiego z tym czy innym nazwiskiem i jak trafią na jakiś ślad działania takiej osoby, to może to być brakujący element w którymś z puzzli, które usiłują ułożyć” – mówił.

Reklama
Podobnie było w wydanej jesienią ubiegłego roku książce Radosława Sikorskiego „Polska może być lepsza”, w której – w ramach prywatnych rozliczeń z dawnymi podwładnymi – były minister pozwolił sobie na spekulacje dotyczące podwójnych etatów dyplomatów. Polityk, który poważną część swojego wizerunku zbudował na krytyce Antoniego Macierewicza za ujawnianie sekretów państwa, sam wikła się w – jak to określił jeden z komentatorów – „galopującą transparentność”. Wśród wielu rewelacji, jakby niczego nieświadomy, potwierdził również, że w Polsce istniały centra przesłuchań CIA. I nie przyjmując do wiadomości, że zabrnął za daleko, próbował udowadniać, że przecież ten fakt jest oczywisty, bo państwo zostało pozwane i przegrało w tej sprawie przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu.
Były szef MSZ nie pamięta niestety słów urzędnika, którego sam awansował na swojego zastępcę, Artura Nowaka-Fara. Ten – prawnik z wykształcenia – po ogłoszeniu orzeczenia ETPC w 2014 r. stwierdził, że „rząd ani nie potwierdza, ani nie zaprzecza okolicznościom opisanym w skargach (Palestyńczyka Abu Zubajdy i Saudyjczyka al-Nasziriego, którzy pozwali państwo przed ETPC za tortury i przetrzymywanie w Starych Kiejkutach – red.), bo powinny być one ocenione przez krajowy wymiar sprawiedliwości”. Na stronach MSZ do dziś jest jego oświadczenie, w którym przekonuje, że trybunał, wydając orzeczenie, nie opierał się na dowodach, lecz na informacjach prasowych. Przypomnijmy również, że polskie śledztwo w tej sprawie wciąż trwa i najpewniej potrwa jeszcze kilka dekad. Chyba że jakiś inteligentny prawnik podpowie Zubajdzie i Nasziriemu, że pojawiły się nowe okoliczności i dowody w sprawie. Czyli jednoznaczne potwierdzenie w postaci słów oraz książki ministra Sikorskiego, które rodzą nowe możliwości w sprawie przeciw Polsce.
W tym kontekście problemem ministra nie jest prześmiewcze wrzucenie na Twittera linka do lokalizacji szkoły wywiadu na Mazurach. Były już tam przecież nawet kamery TVN, a ówczesny szef Agencji Wywiadu gen. Zbigniew Nowek prezentował, jak należy posługiwać się shurikenem. Problemem jest niezrozumienie przez Sikorskiego, czym różnią się rozważania o tajnych więzieniach przypadkowej osoby czy dziennikarza od słów byłego szefa strategicznego resortu.
To samo dotyczy jego rozważań o sopockiej aluzji Putina, który podczas wizyty w Polsce w 2009 r. miał mówić, że Lwów to przecież polskie miasto. Minister ujawnia dane z zastrzeżonej notatki MSZ. Robi to, mimo że jeszcze rok temu odtajnienie dokumentów MSZ dotyczących resetu z Rosją przez Witolda Waszczykowskiego określał jako „zbrodnię na polskiej dyplomacji”. „Ujawnienie wewnętrznych notatek, to niespotykana praktyka (…) Który dyplomata napisze teraz szczerą notatkę?” – komentował wówczas. Krytykowałem wtedy decyzję Witolda Waszczykowskiego. Moim zdaniem była ona błędem. Jednak przynajmniej z formalnego punktu widzenia można uznać ją za legalną (Waszczykowski miał do niej prawo jako urzędujący minister).
Przypadek Olborskiego i zbioru zastrzeżonego IPN oraz książka Sikorskiego to dwa zjawiska z tego samego porządku. Polska jawi się w nich jako jeden wielki raport z likwidacji WSI. Jest państwem, które regularnie samo się rozwiązuje i dekonspiruje, ujawniając wrażliwe informacje, bez oglądania się na koszty, które mogą temu towarzyszyć.
Wystarczy przypomnieć tylko kilka najbardziej spektakularnych przypadków. W 1999 r. Polska miała do dyspozycji Janusza Pałubickiego, który funkcjonował w świecie spisków i gier wywiadów, a jego najbardziej znanym osiągnięciem było prucie sejfu w jednostce GROM w poszukiwaniu nielegalnie kupionego sprzętu do podsłuchiwania. Jak się później okazało, wszystko było hucpą, a jedynym namacalnym efektem całego zamieszania stało się odwołanie ze stanowiska dowódcy GROM generała Sławomira Petelickiego, trzech jego zastępców oraz wzajemne połajanki między Pałubickim i wojskowymi w mediach. Polityk określił jednostkę mianem „bagna”, by niedługo później przyznać, że być może został wprowadzony w błąd przez urzędników MSW i w zasadzie sprawy nie było.
Niemal idealną powtórką z tego wydarzenia było wejście Bartłomieja Misiewicza do Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO w grudniu 2015 r. MON uzasadniało, że oficerowie Służby Kontrwywiadu Wojskowego w czasach rządów PO wynosili z siedziby CEK NATO niejawne dokumenty i przechowywali je w nieprzystosowanych pomieszczeniach. Mieli również gromadzić część dokumentacji związanej ze współpracą SKW z rosyjskim FSB i dane dotyczące katastrofy w Smoleńsku. Z tych zarzutów pozostały jedynie zdjęcia oficerów SKW w czapkach radzieckich marynarzy i doniesienia, że mieli w swoich biurach gadżety z logo FSB. (W redakcji DGP również znajdują się tego typu gadżety. Dysponujemy m.in. zegarem ze zdjęciem Putina i Miedwiediewa, który dopóki działał, odmierzał czas wstecz, oraz flagami Hamasu, podkoszulką Hezbollahu z suku w Damaszku czy transparentem Wiktora Janukowycza z okresu pomarańczowej rewolucji).
Galopującą transparentnością było również rozliczenie WSI. Organizacja miała na swoim koncie nadużycia. Świat zna jednak metody skutecznego rozwiązywania takich sytuacji bez strat. Podczas wojny w Wietnamie CIA założyło – formalnie niepowiązane z agencją – linie lotnicze Air America, które transportowały dyplomatów, szpiegów, uchodźców czy żołnierzy grup dywersyjnych. Samolotami tej korporacji latał w Azji Południowo-Wschodniej nawet prezydent Richard Nixon.
Po wycofaniu USA z Wietnamu firma zdegenerowała się, biorąc m.in. udział w przemycie narkotyków. Wielu jej pracowników skazano w niejawnych procesach. Ci, którzy nie byli uwikłani, pozostali w służbach. Same linie rozwiązano w styczniu 1974 r. Bez nadmiernego bicia się w pierś.
W Polsce obowiązuje inny standard. Poza przytoczonymi przykładami równie niedyskretnie było w głośnej sprawie kontrowersyjnego nielegała wywiadu PRL w Watykanie Tomasza Turowskiego, który po upadku komunizmu pozostał w służbach specjalnych i pracował pod przykryciem dyplomatycznym m.in. na placówce w Moskwie. W ramach jawności – za pośrednictwem łączności niezabezpieczonej przed podsłuchem – wykonano telefon do ambasady i poinformowano go, że będzie musiał wyjaśnić wątpliwości lustracyjne. W analizie jego przypadku nie chodzi o ocenę przeszłości w Watykanie. Raczej o to, że państwo, pozwalając mu pozostać w wywiadzie po 1989 r., zawarło z nim umowę na ochronę prawdziwego charakteru jego pracy już dla wolnej Polski. I z tej umowy się nie wywiązało. Niezależnie od tego, jak bardzo mierzi zwolenników lustracji oraz gorliwych katolików, były kleryk, szpieg i dyplomata Turowski, jego niejawny etat powinien był pozostać niejawny do końca. Rosjanie nie musieli się przecież dowiadywać, że był „potwierdzonym” pułkownikiem Agencji Wywiadu.
Niewykluczone, że po 1989 r. Polska z własnej i nieprzymuszonej woli ujawniła więcej tajemnic i swoich własnych szpiegów, niż wykradły jej obce służby specjalne. Można odnieść wrażenie, że pod tym względem jesteśmy przypadkiem szczególnym w skali świata. Wzorcem z Sèvres transparentności.