Odkładanie reform, ingerowanie w działania banku centralnego, stan wyjątkowy i spory zagranicznie spowodowały, że Ankara traci zaufanie inwestorów.
Reklama
Turcja, do niedawna będąca jednym z najbardziej obiecujących rynków wschodzących, stoi w obliczu potężnego kryzysu gospodarczego. Na dodatek ten kryzys władze w dużej mierze same ściągnęły na kraj. Ale być może też za niego zapłacą, bo niedzielne przedterminowe wybory prezydenckie i parlamentarne są najtrudniejszym jak dotychczas testem dla Recepa Tayyipa Erdoğana oraz jego Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP).
Według przeprowadzonego w połowie maja sondażu 57 proc. Turków uważa, że gospodarka już znajduje się w kryzysie, a 45 proc. uznaje sytuację ekonomiczną za główny problem kraju (na kolejnych miejscach są relacje z zagranicą – 18 proc., wymiar sprawiedliwości – 7 proc., oraz terroryzm i bezpieczeństwo – 5 proc.). Zarazem tylko 35 proc. ankietowanych wskazuje na obecnego prezydenta jako osobę zdolną do wyprowadzenia kraju z kryzysu.
Wprawdzie wzrost gospodarczy, który w 2017 r. wyniósł aż 7,4 proc. PKB, może sugerować coś innego, ale inne wskaźniki nie pozostawiają wątpliwości, że w tureckiej gospodarce nie dzieje się dobrze. Jednak ten wzrost nie przekłada się na podnoszenie poziomu życia, bo zjadają go inflacja, która w maju przekroczyła 12 proc. w ujęciu rocznym, oraz dramatyczna deprecjacja liry. Turecka waluta jest jedną z najsłabszych w tym roku na świecie – jej kurs wobec dolara spadł od początku roku o ok. 25 proc. Do tego jeden z najwyższych na świecie deficytów na rachunku obrotów bieżących (5,5 proc. PKB), co w połączeniu ze słabnącą lirą uszczupla rezerwy walutowe oraz bezrobocie utrzymujące się od dwóch lat powyżej 10 proc.
Przybierający na sile kryzys może się wydawać tym bardziej zaskakujący, że Turcja nadal ma wiele potencjalnych atutów. – Silne banki, zdrowe finanse publiczne, dobrą strukturę demograficzną oraz kulturę probiznesową, ale gospodarka została zepsuta w ciągu ostatnich czterech–pięciu lat przez nieortodoksyjną, luźną politykę makroekonomiczną – uważa cytowany przez „Financial Times” Timothy Ash, jeden z najbardziej znanych analityków od rynków wschodzących.
Obecny kryzys ma swoje źródła właśnie cztery–pięć lat temu, kiedy rozpoczął się trwający do teraz serial wyborczy. Turcy głosowali w wyborach lokalnych oraz prezydenckich, w 2015 – dwukrotnie w parlamentarnych, w 2017 – w referendum konstytucyjnym i teraz w przyspieszonych wyborach prezydenckich i parlamentarnych. W efekcie od pięciu lat niemal bez przerwy trwa kampania wyborcza, a to nie sprzyja przeprowadzaniu reform i podejmowaniu trudnych decyzji. Z tym powiązany jest drugi główny problem – naciski prezydenta Erdoğana na bank centralny, by ten niezależnie od sytuacji utrzymywał niskie stopy procentowe. Niskie stopy sprzyjają konsumpcji oraz inwestycjom infrastrukturalnym, co daje poczucie rozwoju, zatem przekłada się na poparcie wyborców. Jeszcze gorzej, że Erdoğan wbrew uznawanym powszechnie teoriom ekonomicznym uważa, że podwyższanie stóp zwiększa inflację, a nie że ją hamuje. A przy tym – że decydowanie o ich wysokości powinno należeć do niego zamiast do banku centralnego. – Jeśli naród zdecyduje w wyborach, by kontynuować tę drogę, wyjdę zwycięsko z walki z tym przekleństwem stóp procentowych. Bo uważam, że stopy procentowe są matką i ojcem wszelkiego zła – oświadczył Erdoğan w połowie maja podczas spotkania w Ankarze z przedsiębiorcami.
Wstrzymywane z powodu kampanii reformy oraz trwające od kilku lat naciski prezydenta na bank centralny byłyby już wystarczającymi powodami, by zmniejszyć zaufanie zagranicznych inwestorów do Turcji, ale dwa lata temu doszedł jeszcze jeden istotny czynnik – nieudany pucz wojskowy. Wprawdzie władze bardzo szybko odzyskały kontrolę nad krajem, ale efektem puczu były czystki na wielką skalę w wojsku, instytucjach państwowych, służbie cywilnej, a w ich ramach – przejmowanie aktywów osób podejrzewanych o poparcie dla spiskowców. Te działania, a także utrzymywany cały czas stan wyjątkowy oraz zarzuty wobec Erdoğana, że zmierza w stronę dyktatury, jeszcze bardziej pogorszyły klimat inwestycyjny wokół Turcji. Na domiar złego turecki prezydent wdał się w zeszłym roku w ostre spory polityczne z kilkoma państwami (np. Niemcy, Holandia, Austria), które należą do największych zagranicznych inwestorów, więc inwestycje osłabły jeszcze bardziej.
Skutkiem deprecjacji liry, która przybrała na tempie zwłaszcza w ostatnich trzech miesiącach, jest rosnący problem zadłużonych w dolarach lub euro przedsiębiorstw ze spłatą zobowiązań. Przykładem tego jest Doğuş Group, jeden z trzech największych prywatnych holdingów w kraju, który na początku kwietnia zwrócił się o restrukturyzację zadłużenia. Problemy firm ze spłatą zobowiązań oznaczają, że pogarsza się kondycja finansowa banków, a te, aby uniknąć kłopotów, podnoszą oprocentowanie kredytów i ograniczają ich udzielanie. A efektem tego będzie spowolnienie gospodarcze. Wprawdzie turecki bank centralny ostatecznie podniósł dwukrotnie – pod koniec maja i na początku czerwca – stopy procentowe (obecnie główna stopa wynosi 17,75 proc.), co na trochę umocniło lirę, ale jednocześnie wypowiedzi Erdoğana o wzmocnieniu kontroli nad bankiem po wyborach przynoszą skutek odwrotny. – W trudnych czasach jakość przywództwa nabiera wielkiego znaczenia. Potrzeba rządzących, którzy rozumieją, co się dzieje, mogą wymyślić odpowiedź i mają wystarczająco wiarygodności, by rynki im zaufały. Niektóre gospodarki wschodzące mają takich liderów i przechodzą przez kłopoty stosunkowo dobrze. Reżim Erdoğana tego nie ma – skomentował laureat ekonomicznego Nobla Paul Krugman.
Wątpliwości co do przywództwa kraju ma też spora część Turków. Według czerwcowych sondaży Erdoğan wygra pierwszą turę wyborów prezydenckich, zdobywając 43–46 proc. głosów, a drugi będzie kandydat Republikańskiej Partii Ludowej (CHP) Muharrem İnce z 29–30-proc. poparciem, ale w drugiej różnica między nimi bardzo się zmniejszy. Jeśli chodzi o wybory parlamentarne, to koalicja AKP i prawicowej Partii Ruchu Narodowego (MHP) ma kilkupunktową przewagę nad opozycyjną koalicją pod nazwą Sojusz Narodowy, ale nie wystarczy ona do zdobycia bezwzględnej większości mandatów. A to potencjalnie otwiera możliwość odsunięcia od władzy AKP. Ale hipotetyczna współpraca Erdoğana (który po wyborach zyskuje znacznie większe kompetencje) z przeciwnym mu rządem łatwo się nie będzie układać, zatem dla tureckiej gospodarki też nie byłaby to dobra perspektywa. ©℗
Od pięciu lat trwa kampania wyborcza, a to nie sprzyja reformom