Biednych nie stać jednak na tanie rzeczy. Jak powiedział Marek Belka – tanie państwo to państwo dziadowskie. Urzędnicy na szczeblu centralnym, czy to na poziomie dyrektorów, czy wiceministrów, podejmują decyzje o wydawaniu miliardów złotych. Ich podpisy potrafią w sekundę zamienić miliony z zysków na straty i odwrotnie.
20tys. zł pensji to mało. W dużych polskich miastach, wśród kadry zarządzającej, funkcjonującej w międzynarodowych organizacjach, firmach konsultingowych i finansowych zarabia się zdecydowanie lepiej. A to dlatego, że zatrudnieni w nich specjaliści funkcjonują nie na lokalnym, ale globalnym rynku pracy. To oznacza, że swoje pensje porównują nie z pensjami sąsiadów, ale osób zajmujących analogiczne stanowiska w innych europejskich miastach. Swoboda przemieszczania się, komunikacji i podejmowania zatrudnienia w innych państwach unijnych oznacza, że aby zatrudnić wysokiej klasy specjalistów w transferowalnych zawodach, trzeba im zapłacić porównywalne pieniądze z tymi oferowanymi w Pradze, Berlinie, Madrycie czy Londynie.
Oczywiście ta reguła nie dotyczy wszystkich zawodów. Bo są też profesje nietransferowalne. Najlepszym przykładem są dziennikarze i politycy.