Sankcje nałożone przez Biały Dom stawiają w trudnej sytuacji republikańską większość w parlamencie. Albo zdystansuje się ona od swego przywódcy, albo narazi na zarzut hipokryzji.
Reklama
Odchodzący prezydent USA utrudnił swojemu następcy podjęcie decyzji o nowym resecie relacji z Rosją. Barack Obama nakazał w czwartek wydalić 35 Rosjan zaangażowanych w operacje wywiadowcze na terenie USA. Wszyscy dostali 72 godziny na opuszczenie Ameryki. Chodzi najpewniej o pracowników ambasady Rosji w Waszyngtonie i konsulatu w San Francisco. Innym rosyjskim dyplomatom zakazano wstępu do dwóch willi, w których dotychczas wypoczywali.
Jednocześnie Biały Dom nałożył sankcje na czterech oficerów wywiadu wojskowego, dwie rosyjskie służby specjalne (Federalną Służbę Bezpieczeństwa i Główny Zarząd Sztabu Generalnego) oraz trzy firmy, które wspierały specsłużby w cyberoperacjach mających wpłynąć na zwycięstwo Donalda Trumpa w listopadowych wyborach prezydenckich. To pierwszy raz, kiedy Biały Dom nakłada sankcje za działania w cyberprzestrzeni. Z ujawnionego w czwartek 13-stronicowego raportu Federalnego Biura Śledczego i Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego wynika, że FSB i GRU włamywały się na serwery „amerykańskiej partii politycznej” (nazwa Partii Demokratycznej nie pada, ale wiadomo, że chodzi właśnie o nią). Latem 2016 r. prowokowano też polityków i urzędników do ściągnięcia na komputer programu szpiegującego.
Na 13 stronach przedstawiono informatyczne szczegóły cyberataku. Dokładniejszy raport ma zostać przesłany Kongresowi w najbliższych dniach. Obama zapowiedział, że wprowadzone właśnie sankcje nie wyczerpują amerykańskiej odpowiedzi na majstrowanie Rosjan przy elekcji. „Prywatnie i publicznie wielokrotnie ostrzegaliśmy rosyjski rząd. Te działania nie są całością naszej odpowiedzi. Będziemy nadal podejmować liczne działania w czasie i miejscu, które uznamy za stosowne. Niektóre nie będą podawane do publicznej wiadomości” – napisał prezydent USA. W amerykańskiej prasie pojawiają się spekulacje, że Obama może ujawnić informacje dotyczące nielegalnych operacji finansowych otoczenia Władimira Putina. Względnie zainicjować kontrolowany przeciek do mediów.
Putin tymczasem zajął postawę wyczekującą, chcąc dać Trumpowi szansę na poprawę relacji z Rosją. Rosyjski prezydent zdecydował się nie zaogniać konfliktu i nie uwzględnił wniosku MSZ w Moskwie o symetryczną reakcję. „Pozostawiając sobie prawo do odpowiedzi, nie będziemy opuszczać się do poziomu kuchennej, nieodpowiedzialnej dyplomacji i kolejne kroki na rzecz odbudowy relacji rosyjsko-amerykańskich będziemy czynić w zależności od polityki, którą będzie prowadzić administracja prezydenta D. Trumpa” – napisał Putin w oświadczeniu opublikowanym na stronie Kremla. „Nie będziemy robić problemów amerykańskim dyplomatom. Nie będziemy nikogo wysyłać” – dodał.
Wcześniej rosyjskie MSZ proponowało, by wyrzucić z kraju 35 amerykańskich dyplomatów, a reszcie zakazać korzystania z dyplomatycznego ośrodka wypoczynkowego w moskiewskim rejonie Sieriebrianyj Bor. I taka odpowiedź – którą Putin określił mianem „kuchennej, nieodpowiedzialnej dyplomacji” – była dotychczas zwyczajową reakcję Moskwy na podobne kroki obcych państw. Taka niespotykana do tej pory pobłażliwość Kremla wywołała komentarze, że w ten sposób Rosjanie chcą ułatwić życie Donaldowi Trumpowi. Republikanin, który 20 stycznia obejmie urząd prezydenta, zapowiadał podczas kampanii wyborczej odprężenie w relacjach z Rosją.
– Mam nadzieję, że ten niestandardowy sygnał zostanie prawidłowo przeczytany przez prezydenta elekta – oświadczył wiceszef parlamentarnej komisji spraw zagranicznych rosyjskiej Rady Federacji Władimir Dżabarow. Trump znalazł się w trudnej sytuacji. Sam zapowiedział, że w tym tygodniu zamierza się spotkać z – jak to ujął – „liderami społeczności wywiadowczej” i poznać ich najnowsze ustalenia w tej kwestii. – Czas, by nasz kraj zaczął myśleć o większych i lepszych rzeczach – zastrzegł jednak. Wcześniej konsekwentnie dowodził, że za pogłoskami o rosyjskich hakerach stoją sztabowcy jego kontrkandydatki Hillary Clinton. – Cała ta era komputerów sprawiła, że nikt dokładnie nie wie, co się dzieje – komentował wcześniej aferę. Z kolei część zapowiadanych przez Trumpa nominacji, w tym na szefa dyplomacji, wywołała obawy o zbytnią prorosyjskość.
Teoretycznie Trump może jeszcze cofnąć decyzję Obamy. Wcześniej zresztą zapowiadał, że już pierwszego dnia urzędowania „anuluje każdą niekonstytucyjną decyzję wykonawczą, memorandum lub decyzję wydaną przez prezydenta Obamę”. Gdyby jednak faktycznie cofnął uznanie rosyjskich dyplomatów za personae non gratae, naraziłby się na ostry spór z własnym zapleczem. John McCain, szef senackiej komisji sił zbrojnych, jeden z najbardziej wpływowych polityków prawicy, oświadczył, że sankcje nałożone na Rosję za próbę ingerencji w amerykańskie wybory powinny być jeszcze dalej idące. Według Politico.com Obamie „chodziło o to, by postawić republikanów w trudnej sytuacji, w której albo zmiękczą swoją trwającą od dawna niechęć do Rosji, wystawiając się na zarzut hipokryzji, albo porzucą Trumpa, który w środę krytykował wysiłki na rzecz ukarania Rosji, mówiąc, że »powinniśmy zająć się swoim życiem«”.