Dobrze się z sobą czujemy, my, podróżnicy, bo podróże, jak tradycyjnie głosiła zawsze wieść gminna, są ważne. Po pierwsze, dodają punktów towarzyskich. Nawet jak człowiek jest nudny jak flaki z olejem, to jak powie przy stole, że jechał śladami boćków z Mazur do Afryki, wzbudzi w oczach współbiesiadników iskrę zainteresowania. Po drugie, podróże rozwijają. Rozwijają, czyli stawiają na głowie naszą prawdę i nieprawdę, wzburzają systemy przekonań, pokazując nam inność i konfrontując z obcością, wypełniają nas jakże potrzebnymi duszy uczuciami zachwytu, strachu, wzniosłości, obrzydzenia, zdziwienia czy pokory. Po trzecie, uczą. Świat jest bowiem i piękny, i straszny, a doświadczyć tego to sprawa inna, niż o tym przeczytać. Po czwarte, podróż to przyrodzony człowiekowi instynkt. Można go tłumaczyć świecko biologią, w końcu jesteśmy nie tylko łowcami, lecz także zbieraczami i jak gdzieś już zerwaliśmy swoje jagódki, to od razu chcemy ruszać za następny krzak. Można też myśleć o tym z perspektywy eschatologicznej: nasza podróż zaczęła się od wygnania z Edenu, od tego czasu jesteśmy niekompletni, życie staje się więc podróżą, podróżą, która nie jest wyborem, lecz koniecznością, bo rodzi się z potrzeby powrotu – potrzeby, którą raz na zawsze może zaspokoić jedynie śmierć.

Wziąwszy te punkty pod uwagę, ludziska pilnie podróżują, siedzą w Ryanairze na krzesłach urągających podstawom ludzkiej anatomii, stoją w wypakowanych po brzegi pociągach na Hel, bo przecież żaden pociąg po Helu jeszcze nie przejechał szybciej niż trzy na godzinę, a tu niespodzianka: po powrocie zamiast pochwał i nagród społecznych spadają dziś na nich lamenty moralistów.

Dobra prasa podróży bowiem kończy się nieubłaganie. Winne są tu głównie dwa coraz silniejsze trendy intelektualne. Pierwszym z nich jest świadomość ekologiczna. Załóżmy, że podróże rzeczywiście wspomagają duchowy rozwój człowieka. Ale czy z tego wynika, że rozwój jednego z drugim Kowalskiego jest wart śladu węglowego, jaki zostawia za sobą wspomniany już samolot Ryanaira? Czy Kowalski zdaje sobie sprawę z dewastacji środowiska naturalnego, jaką powoduje – od prania Kowalskich ręczników w hotelach począwszy, na straszeniu zwierząt podczas górskich wycieczek skończywszy? Czy Kowalski wie, że szukając miejsc bezludnych i dziewiczych, tak naprawdę pracuje na rzecz umieszczenia w owych dziewiczych miejscach depcząco-śmiecącego egzemplarza ludzkiego, którym, o czym Kowalski wygodnie zapomina, jest wszak i on sam? Czy Kowalski rozumie, że podróżnicza pogoń za naturą naturę ową nadweręża, a w końcu także i niszczy, a jak już zniszczy, to Kowalski nie będzie miał gdzie pojechać, bo będzie siedział w schronie, w którym będzie się ukrywał przed kwaśnym deszczem?

Drugim trendem w myśleniu o świecie, który – dość słusznie – opanował naszą wyobraźnię, jest spojrzenie na stosunki społeczne jako na system przywilejów. Z tego punktu widzenia możemy sobie gadać o duchowości, rozwoju i wiedzy, ale najistotniejszym faktem jest to, że jedni mają (pieniądze, czas, władzę), a drudzy nie – i nie zawsze jest to sprawiedliwe. Grzechem przywileju jest samozapomnienie, bezmyślność w korzystaniu z tych niesprawiedliwie rozdzielonych dóbr – i dlatego podróż w swoim wydaniu wakacyjno-przygodowym jest problematyczna. Podczas gdy jedni jadą zobaczyć Rzym, inni podróżują wyładowanym po brzegi statkiem do włoskiego wybrzeża – ci pierwsi szukają pięknych doświadczeń, ci drudzy możliwości doświadczeń w ogóle, bo u nich za burtą czai się śmierć. Spędzanie wakacji za granicą podkreśla więc zasoby, takie jak wolność poruszania się, czas wolny od pracy, środki materialne – i staje się kolejnym świadectwem globalnych nierówności.

Mimo tych zarzutów wielu z nas już dziś planuje następne wakacje. A skoro wiemy, co przemawia przeciwko przygodzie, następnym razem postarajmy się przynajmniej podkreślić jej elementy wartościowe. Niech nie będzie to więc zwyczajna turystyka, współczesna odmiana podróżowania, jakże zuniformizowana, oferująca niemal identyczne doświadczenie w Indiach, Buenos Aires i Paryżu, ale Podróż, podróż choćby w części transformatywna, uczestnicząca, która naprawdę przyczyni się do szlifowania naszej duszy. Bądźmy prawdziwymi gośćmi, a nie gapiami, przewożonymi autokarem od targu do zabytku i od pałacu do sierocińca, zaabsorbowani własną wygodą, traktujący Luwr i dzieci ze slamsów w New Dehli jako dekoracje zasadniczo tego samego typu. Niechaj to, co widzimy, odciśnie na nas jakieś piętno. Niechaj będzie nam dane wrócić innymi.