Jej autorem jest znany badacz historii najnowszej Jerzy Kochanowski. To plus objętość książki (prawie 400 stron) sprawia, że „Tylnymi drzwiami” nie jest kolejną płytką broszurką z cyklu „o absurdach PRL-u”. Oczywiście, usłyszymy tu zgraną po wielokroć anegdotę, że gdyby na Saharze pojawili się socjaliści, to natychmiast zabrakłoby tam piasku. Kochanowski – co dosyć charakterystyczne dla historyków (a jeszcze bardziej piszących o PRL-u publicystów) reprezentujących jego pokolenie – skłania się też ku idealizowaniu „cinkciarza” i „paskarza”. Widzi w ich aktywności przejaw naturalnych protokapitalistycznych odruchów i ważny element wprowadzający w Polsce Ludowej kapitalizm i logikę rynkową jakby tylnymi drzwiami. Jednocześnie nie robi tego w sposób płaski i nachalny. Na koniec książki zastrzega, że nie jest wcale zwolennikiem stawiania pomników „babie z cielęciną”.

Największą zaletą książki nie jest jednak jej generalna (i pewnie niezbyt odkrywcza) teza o kluczowej roli czarnego rynku w PRL-owskiej gospodarce. Wartościowa jest dopiero solidna i pogłębiona analiza różnych odcieni gospodarczego podziemia w latach 1944–1989. Już na wstępie autor przestrzega przed malowaniem problemu szarej strefy w nadmiernie... hmmm ... czarno-białych barwach. Zamiast tego dostajemy więc opowieść o różnych jego odcieniach. Od rynku „czerwonego” – to znaczy tego wszystkiego, co zapewniała oficjalna państwowa dystrybucja dóbr i usług – przez legalny rynek różowy: ot, choćby komisy, gdzie można było legalnie sprzedać np. ubrania, książki albo meble. Albo rynek biały – czyli legalne miejskie targi, gdzie handlowano rzeczami używanymi. Istniały również rynki szare – a więc półlegalne, na których istnienie władza zazwyczaj przymykała oko. Chodziło tu o wynajem mieszkań albo świadczenie drobnych usług (remonty, naprawy samochodów, usługi szewskie). Nielegalny był z kolei rynek brązowy (zajmował się wszystkimi dobrami teoretycznie dostępnymi na czerwonym rynku, których chronicznie brakowało). Granica pomiędzy rynkiem brązowym a czarnym była dość płynna. I w gruncie rzeczy zależała od okresu, o którym mówimy. Oraz od skali zjawiska. To sprawiało, że w zależności od kontekstu „baba z mięsem” była tylko folklorem i uzupełnieniem rynkowych chronicznych niedoborów socjalistycznej gospodarki. Albo częścią większej machiny spekulacyjnej polegającej na przykład na sprzedawaniu mięsa krążącego poza wszelką kontrolą sanitarną.

Jerzy Kochanowski w swojej książce bierze pod lupę chyba każdy liczący się aspekt tego zjawiska. Jest rozdział o rynku mięsa. Jest o alkoholu. No i oczywiście o benzynie oraz walutach. Mamy też opowieść o geografii czarnego rynku w PRL. Oraz o wysiłkach władz państwowych próbujących – z różnym powodzeniem i za pomocą różnych argumentów – walczyć z gospodarczym podziemiem. Czytając Kochanowskiego, widzimy też często drugą stronę medalu. To znaczy zjawisko żerowania przez czarny rynek na własności państwowej i dobru wspólnym. Jest tu więc sporo o charakterystycznym dla tamtego okresu cwaniakowaniu. O jeżdżeniu na państwowej benzynie, stawianiu sobie domków letniskowych z towarów skradzionych w miejscu pracy czy o bazowaniu tak idealizowanej nieraz drobnej wytwórczości rzemieślniczej na tanich, gwarantowanych przez państwo surowcach. I akurat w tym kontekście toczona przez władze walka ze „szkodnikami” i „spekulacją” aż tak bardzo nie dziwi.