Ordynacja jednomandatowa, czyli większościowa, ma dwie wielkie zalety: po pierwsze, ludzie znają kandydata, a co najmniej wybierają spośród konkretnych osób. Nonsensem jest opowiadanie, że kandydat powinien pochodzić z danego regionu, ponieważ według polskiej i każdej demokratycznej konstytucji nie reprezentuje regionu, lecz wszystkich obywateli. Już w 1778 roku wielki polityk i filozof brytyjski Edmund Burke powiedział swoim wyborcom z okręgu Bristol, żeby się nie łudzili, bo nie ich będzie reprezentował w parlamencie, lecz interesy kraju – i, o dziwo, wygrał. Więc kandydat powinien umieć przekazać wyborcom swoje poglądy na sprawy dotyczące wszystkich, a nie obiecać, że zbuduje stadion lub doprowadzi do budowy obwodnicy danego miasta. Naturalnie znany powszechnie kandydat jest lepszy od nieznanego, ale przecież i nieznany potrafi się przebić (proszę obejrzeć film o historii pani Thatcher).

Druga zaleta to to, że w przypadku istnienia kilku lub więcej w miarę silnych partii politycznych partie te muszą zawrzeć koalicje przed wyborami, a nie po nich. Partie nawet znane w skali kraju, ale niemające wielu wyrazistych osobistości mogą, jak w Polsce Ruch Palikota, wypaść gorzej niż w głosowaniu proporcjonalnym, a ponadto nie podlegamy takim manipulacjom, jak to było, kiedy powstał rząd Hanny Suchockiej. Głosowałem wtedy na Unię Demokratyczną, a przede wszystkim przeciw ZChN, a tu nagle w koalicji rządzącej znalazły się obie partie. Zostałem zatem w pewnym sensie oszukany. Czyli ordynacja większościowa zmusza, w przypadku istnienia pięciu i więcej partii z wyborczymi szansami, do przejrzystości wobec wyborcy, bo zna z góry potencjalne rządzące koalicje. Dlatego doskonała ordynacja francuska w pierwszej turze jest proporcjonalna, a w drugiej większościowa, co pozwala pokazać się wszystkim chętnym ugrupowaniom, a potem zmusza je do zawierania sojuszów.

Przeciw większościowej ordynacji wyborczej przemawiają przede wszystkim obniżenie, z racji wyboru raczej człowieka niż programu partyjnego, poziomu ideowego oraz obecnie powszechny medialny charakter wyborów. Niektórzy również argumentują, że ordynacja proporcjonalna lepiej oddaje preferencje wyborcze społeczeństwa, ale argument ten podlega krytyce, chociaż na pewno jest w części trafny.

Innymi słowy rzecz jest dość jasna i najlepsze jest połączenie obu typów ordynacji, jak to jest w całej niemal Europie (z wyjątkiem Włoch i widać było ostatnio tego skutki), a nie upieranie się przy czystych formach jednej lub drugiej ordynacji. A już na pewno nie można konstruować ordynacji wyborczej, bacząc na stan kultury demokratycznej społeczeństwa. Przecież ci, którzy nam mówią, że przy ordynacji większościowej wybierzemy ofertę polegająca na największym kawale kiełbasy wyborczej, po prostu nas obrażają, Aż takie głupie polskie społeczeństwo nie jest.

Również ci, którzy sądzą, że przy ordynacji większościowej (jak ostatnio polscy rzekomo „oburzeni”, w niczym niepodobni do oburzonych z innych krajów Zachodu) wybierzemy samych prawdziwych polityków pełnych dobrej woli i gotowych do poświęceń dla społeczeństwa, kompletnie mydlą nam oczy. Aż tak dobrze nie jest, bo gdyby tak było, wszystkie kraje zarządziłyby ordynację jednomandatową. Najlepiej zatem zmieniać ordynację, korzystając z dwustu lat doświadczenia demokracji zachodnich (nie amerykańskiej, bo okoliczności są tam zbyt odmienne), a nie udawać, że się wynalazło środek, który uzdrowi wszystkie dolegliwości polskiego życia politycznego.

Okręgi jednomandatowe mają zalety, ale nie uzdrowią polityki. W innych krajach dobrze działa połączenie obu typów ordynacji