Od razu były to deklaracje twarde, niepozostawiające pola manewru. Po raz pierwszy wygłosił taką w RMF. Apogeum jego wysiłków stało się wprowadzenie, chyłkiem, w żenujących okolicznościach, bez debaty, zmian w kodeksie wyborczym. Chodziło o umożliwienie ludziom po sześćdziesiątce i w kwarantannie głosowania korespondencyjnego. Zmian nie wprowadzono „w ogóle”, ale dla konkretnej akcji przepychania wyborów kolanem.

Pytam ważnego polityka PiS, czy wierzy, aby 8 milionów wyborców po sześćdziesiątce dostało na czas wyborcze zestawy i było potem w stanie je wysłać. A jak docierałyby komisje do ludzi w kwarantannie? Odpowiada mi, że w tej chwili właściwie nikt już w te wybory 10 maja nie wierzy. „Może poza prezesem”. I wygląda na to, że czołowi liderzy partii nie wierzyli w nie już wtedy, kiedy przechodziła w Sejmie wyborcza poprawka. Ale jak wyćwiczone wojsko wykonywali polecenie jednej osoby.

Mój rozmówca próbuje bronić Kaczyńskiego. To minister Szumowski i lekarze z jego otoczenia mieli początkowo prognozować apogeum epidemii na pierwszy tydzień kwietnia. Potem to się zmieniło. Jednocześnie polityk PiS przypomina o starych argumentach prawicy. Że każdy kolejny termin może też nie być racjonalny. Nie wiemy, jak będzie wyglądała sytuacja epidemiologiczna jesienią. A żadnej trwałej umowy z opozycją nie da się zawrzeć.

I to wszystko można zrozumieć. Zaskakująca jest forma. Prezes nie przedstawiał zapowiedzi wyborów warunkowo. Mówił o nich jako o swojej woli, która ma być zrealizowana. Nie okazywał też Polakom empatii, nie wiązał realności wyborów z trudnościami dnia codziennego. Wyrabiał PiS-owi reputację partii, która gotowa jest w takim momencie myśleć o jednym: o władzy. Wepchnięcie zmian kodeksu wyborczego do antykryzysowej tarczy było ukoronowaniem tego wrażenia.

„Prezes zawsze uważa w takich przypadkach miękkość za wadę” – dodaje mój rozmówca. To paradoksalne, takie totalne psucie wizerunku swojego obozu, w momencie, kiedy i opozycja, zwłaszcza jej najsilniejsza partia, Platforma Obywatelska, ma z wizerunkiem kłopot. Bo z kolei stawia się w roli grupy zacietrzewionych krytykantów.

Ludzie wciąż garną się do władzy, ale ona nie pozwala się kochać. Czołowi administratorzy walki z epidemią, z premierem na czele, powtarzali jak manekiny formułki mające usprawiedliwić termin 10 maja.

Niektórzy, co ciekawe, i oponenci PiS, i czasem jego zwolennicy, traktowali wojnę o wybory w kategoriach PR-owskiej zasłony. Miała odwracać uwagę od kłopotów z samą epidemią i prowokować opozycję. Ale te zyski są co najmniej wątpliwe. Za to wiemy, że ta debata utrudnia sztabowi antykryzysowemu egzekwowanie mnożonych i coraz większych rygorów. Skoro ma być tak bardzo źle, dlaczego na końcu czeka nas impreza polityczna niwecząca wysiłki, aby ludzie nie zbliżali się do siebie bez potrzeby? – mógł pytać ten i ów. Czyli to kij w szprychy tym, co administrują.

Wiemy, że 70 proc. Polaków wybory w tym terminie odrzuca. Czy przełoży się to na poparcie dla PiS, które w tak fundamentalnej sprawie znalazło się nagle w mniejszości? Kaczyński był, zdaje się, gotów postawić na minimalną frekwencję, co czyniłoby ze zdarzenia farsę i podważało mandat Andrzeja Dudy. Ma on skądinąd uzasadnione przekonanie, że na jesieni wyniki mogą być gorsze. I że to niesprawiedliwe – bo przecież uderzą w Polaków rozwiązania popierane właściwie przez wszystkich. Ale szukając ratunku, możliwe, że uderza w swój obóz, któremu chce pomóc.

Jest dziś starszym panem urzędującym samotnie w partyjnej centrali, unikającym spotkań, niezaglądającym do internetu. Nie czuje ani nie rozumie nastrojów zwykłego Polaka bojącego się o rodzinę. Paradoks polega na tym, że ten odizolowany pan jest w pewnych sferach władcą absolutnym – dla swojej partii i państwowego aparatu. Morawieckiego zachęcano, aby energiczniej sięgnął po symboliczne przywództwo przy okazji kryzysu. Tłumaczył, że nie chce przyćmiewać prezydenta, na którego obóz wciąż stawia. Ale tak naprawdę premier chce uniknąć kolizji z całkiem kimś innym, kogo wszyscy czują za plecami.

Pozostał PiS-owi najwierniejszy, twardy elektorat. Szuka on za wszelką cenę uzasadnień dla wyborczych manewrów. Ale nawet – powtórzmy – jego część uważa, że to tylko gra, bluff. Pojawiły się próby złagodzenia wrażenia braku empatii, nawet przez prezydenta, który ma jednak większy kontakt z rzeczywistością. Ale Duda nie wie, o co grać.

Podejrzewano początkowo Kaczyńskiego, że zechce prezydenta wymienić, przy okazji jesiennej czy przyszłowiosennej dogrywki. Prezes wybrał szybki marsz po wymęczone na Polakach zwycięstwo teraz, ale co postanowi jesienią, nie wiadomo. W efekcie prezydent zapewnia, że wybory tylko wtedy, kiedy będą możliwe. Ale też wdaje się w rozważania, że można pójść do urn, skoro chodzi się do sklepów.

Kiedy Jarosław Gowin zaproponował przesunięcie wyborów o rok, w następstwie zmiany konstytucji, podejrzewano, że sonduje na zlecenie Kaczyńskiego. Była to nieprawda. Działał sam i Kaczyńskiego tylko podrażnił. Pojawiły się nawet w kuluarach zarzuty, że „spiskuje z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem”. Także inni politycy prawicy dowodzący, że wybory są niemożliwe, to ludzie z kręgu Gowina: minister Jadwiga Emilewicz, wiceminister Wojciech Maksymowicz. W teorii ważni, bo od nich zależy zachowanie w Sejmie większości przez rząd Morawieckiego.

PiS działa w tej sprawie jak dobrze naoliwiona maszyna, choć wielu jego polityków wierzy, że przesądzi w pierwszej połowie kwietnia opinia lekarzy na czele z Łukaszem Szumowskim. I tak pewnie będzie. W końcu dojdzie do wprowadzenia stanu klęski żywiołowej, który przeraża rządzących, choćby z powodu konsekwencji: konieczności płacenia Polakom odszkodowań za straty. Operacja zmiany konstytucji jest mało realna, choćby z powodu terminów. Od jej przedłożenia do uchwalenia przez Sejm musi minąć 30 dni. Trudność w dogadaniu się rządzących z opozycją to także fakt.

Już dziś PiS chciał się lekko cofnąć – głosować korespondencyjnie mogliby wszyscy. Ale równocześnie proponuje, chwiejąc się, żeby wybory mogły organizować policja i wojsko. No i pewnych rzeczy nie da się już „odzobaczyć”, wyrzucić z głów Polaków. Łącznie ze strasznym pisowskim dziaduniem wicemarszałkiem Ryszardem Terleckim, grożącym karami samorządowcom, jeśli nie zechcą się włączyć w proces wyborczy.

Chyba nigdy jeszcze nie stanął tak mocno problem anachronicznego modelu przywództwa kogoś, kto ma na swoim koncie tyle zwycięstw. 

Kiedy Jarosław Gowin zaproponował przesunięcie wyborów o rok, podejrzewano, że sonduje na zlecenie szefa PiS. Nieprawda. Działał sam