Wkrótce po tym, jak posłowie partii rządzącej przedstawili projekt nowelizacji kodeksu wyborczego, Państwowa Komisja Wyborcza (PKW) oszacowała koszty przedsięwzięcia na 634 mln zł.

Najwięcej pochłoną diety dla członków podwójnych komisji wyborczych. Od teraz bowiem jedna komisja będzie rejestrowała wyborców i wydawała karty, a druga zajmie się liczeniem głosów. Według PKW tutaj koszty wzrosną z 95 do 190 mln zł. Do tego dojdzie konieczność zakupu kamer do transmisji internetowej z lokali wyborczych – łączny koszt to ok. 130 mln zł.

Ale w ciągu ostatnich tygodni projekt PiS przeszedł sporą ewolucję. Nie zlikwidowano JOW-ów (jednomandatowe okręgi zostaną w gminach do 20 tys. mieszkańców), częściowo zachowano możliwość głosowania korespondencyjnego (dla osób niepełnosprawnych) oraz zmniejszono planowaną liczbę komisarzy wyborczych z 400 do 100. W opinii PKW te zmiany nie wpłynęły znacząco na koszt organizacji jesiennych wyborów. – Zmieniają się tylko koszty wynagrodzeń dla komisarzy. Obecnych 51 komisarzy kosztuje nas ok. 3 mln zł. Gdyby ich liczba miała wzrosnąć do 400, koszty szacowaliśmy na ok. 25 mln zł. Przy 100 komisarzach koszty maleją do ok. 6 mln zł – wylicza Anna Godzwon z biura prasowego PKW. Jak dodaje, w ogólnym rozrachunku ustawa w ostatecznym kształcie będzie kosztować raptem 19 mln zł mniej niż wcześniej szacowane 634 mln. Całkowite koszty wyborów miałyby teraz wynieść ok. 615 mln zł.

Rzecz w tym, że na razie w tegorocznym budżecie państwa zaplanowana jest kwota dużo mniejsza. Pieniądze na organizację i przeprowadzenie wyborów (w tym samorządowych) oraz referendów ujęte zostały w ustawie budżetowej na rok 2018 w rezerwie celowej o nazwie: „Środki na finansowanie przez Krajowe Biuro Wyborcze ustawowo określonych zadań dotyczących wyborów i referendów”. Widnieje tam kwota 457,7 mln zł (ustalona na podstawie wcześniejszych zgłoszeń Krajowego Biura Wyborczego, w którego dyspozycji są te pieniądze).

Jeśli szacunki PKW się potwierdzą, będzie to oznaczać, że skądś trzeba będzie zdobyć dodatkowe niemal 160 mln zł. Czy posłowie partii rządzącej mają pomysł, skąd je wziąć? – Jakaś koncepcja na pewno się wyklaruje, na razie o tym nie dyskutowaliśmy – mówi Łukasz Schreiber z PiS. Przyznaje też, że partia jak dotąd nie ma swoich szacunków dotyczących ostatecznych kosztów wyborów samorządowych.

Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że w trakcie niedawnego spotkania marszałek Sejmu Marek Kuchciński miał uspokajać szefa PKW Wojciecha Hermelińskiego, że pieniądze na pewno się znajdą.

Zapytaliśmy MF, jakie pole manewru mają w tym względzie posłowie. Resort przekonuje, że ustawa budżetowa pozwala przenosić wydatki w ramach danej części i działu budżetu państwa (zgodnie z art. 171 ust. 1 ustawy o finansach publicznych). Inna możliwość to wykorzystanie środków z rezerwy celowej „Zobowiązania wymagalne Skarbu Państwa”. Tutaj jest potencjalnie spora kwota do wykorzystania, bo aż 600 mln zł. Trzecią możliwość daje zmiana przeznaczenia rezerwy celowej (zgodnie z art. 154 ust. 9 wyżej wspomnianej ustawy). Na taki ruch minister finansów musi dostać zgodę sejmowej komisji ds. budżetu.

– Instrumenty te zapewniają niezbędną elastyczność budżetu państwa oraz pozwalają na dokonywanie niezbędnych przesunięć w jego ramach, w tym także w przypadku ewentualnej zmiany kosztów tegorocznych wyborów samorządowych, bez konieczności przeprowadzania nowelizacji ustawy budżetowej – zapewnia resort finansów.

Urzędnicy MF zwracają uwagę, że w 2014 r. środki zaplanowane w rezerwie budżetowej (niemal 427,6 mln zł) „w pełni pokryły” zapotrzebowanie Krajowego Biura Wyborczego. Tyle że wtedy wybory samorządowe kosztowały 238 mln zł, a cztery lata wcześniej – jedynie 115,6 mln zł. Wszystko wskazuje na to, że w 2018 r. czekają nas najdroższe samorządowe wybory w historii.