Amerykanie obawiają się wojny domowej w Rosji, oficjalnie nie chcą wchodzić w wewnętrzne spory, ale przekładają nałożenie nowych sankcji na Grupę Wagnera.

Amerykanie, podobnie jak w przypadku informacji o rozpoczęciu szerokiej rosyjskiej inwazji przeciwko Ukrainie ponad rok temu, twierdzą, że ich wywiad już wcześniej wiedział o planowaniu przez Jewgienija Prigożyna zbrojnego buntu przeciwko Kremlowi. Tym razem nie zdecydowano się na odtajnienie dokumentów. O zamiarach „kucharza Putina” w trybie tajnym od kilkunastu dni informowani jednak byli przedstawiciele Białego Domu oraz część kongresmenów.

Reakcja władz amerykańskich była wstrzemięźliwa. Ani prezydent Joe Biden, ani jego zastępczyni Kamala Harris nie zdecydowali się na żaden publiczny komentarz w sprawie. Wiemy natomiast, że strona amerykańska jednym z zachowanych kanałów komunikacji przekazała rządowi w Moskwie, że konflikt „stanowi rosyjską sprawę, w którą USA nie chcą się angażować”. Waszyngton nie zamierzał dawać Putinowi pretekstu, by ten oświadczył, że wszystko jest zaaranżowane przez Zachód. Między innymi dlatego nie zdecydowano się na nadzwyczajne ruchy wojsk amerykańskich w Europie. Istotne natomiast, że Departament Stanu podjął decyzję o przełożeniu nałożenia nowych sankcji na Grupę Wagnera. Planowo miały być ogłoszone w najbliższy wtorek.

Po czasie z relacji prasy zza oceanu wiemy, że Waszyngton odrzucał scenariusz „politycznego teatru”, od dawna uznając, że napięcia między Prigożynem a ministerstwem obrony są prawdziwe, a ich głównym dowodem są znaczne straty w ludziach na froncie. Jednocześnie administracja Bidena obawiała się – jak tłumaczy „Washington Post” jeden z urzędników – że niestabilność doprowadzi do wojny domowej i niepożądanych rezultatów. Niepokój nad Potomakiem panuje szczególnie w kwestii bezpieczeństwa rosyjskiego arsenału jądrowego. Oceniając natomiast przebieg samej „wyprawy na Moskwę”, Amerykanie wyrażają zaskoczenie tym, że Putin, który przez całą noc z piątku na sobotę milczał, długo nie podejmował działań, by zastopować ruch wojsk Prigożyna w kierunku stolicy. Tempo jego kolumn było dla służb USA zaskakujące.

W Waszyngtonie panuje obecnie przekonanie, że choć bezpośrednie zagrożenie dla władzy Putina zostało oddalone, to wydarzenia z weekendu zadały poważny cios dla stabilności jego reżimu. Amerykański Instytut Badań nad Wojną (ISW) przekonuje, że porozumienie z Prigożynem jest prawdopodobnie krótkoterminowe, eskalacja sporu „ujawniła słabość rosyjskich sił bezpieczeństwa”, a Kreml „miał problemy ze skuteczną i szybką odpowiedzią na postęp Wagnera”. – Nie wiemy, czy to jest koniec. Możemy spekulować, ile chcemy, ale faktem jest, że nie mamy pojęcia, co może się wydarzyć – twierdzi Alexander Vershbow, były amerykański ambasador w Moskwie.

Z wyczekiwaniem rozwojowi sytuacji zdawali się przyglądać też Chińczycy. W weekend w Pekinie przebywał wiceszef rosyjskiej dyplomacji Andriej Rudenko. Po rozmowach w chińskiej stolicy ministerstwo spraw zagranicznych ChRL wydało w niedzielę krótki komunikat, w którym nie wspomniano nic o wewnętrznych sprawach Rosji. Do zamknięcia naszego numeru nie było potwierdzenia, czy Putin rozmawiał telefonicznie z prezydentem Chin Xi Jinpingiem.

Unijne instytucje od pierwszych doniesień o sytuacji w Rosji dystansowały się w kolejnych komunikatach i stroniły od jakiegokolwiek zaangażowania. Rzecznicy Komisji Europejskiej zapewniali, że Bruksela śledzi sytuację na bieżąco, jest w kontakcie z ambasadorem w Moskwie i konsultuje się z partnerami międzynarodowymi. W sobotę doszło do rozmów m.in. liderów USA, Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii oraz konsultacji ministrów spraw zagranicznych państw G7. UE uruchomiła centrum reagowania kryzysowego, które koordynuje reakcje państw członkowskich. Ponadto państwa graniczące z Rosją postawiły w stan pogotowia służby graniczne, a Łotwa zawiesiła wydawanie wniosków wizowych.

UE od początku unikała wyrazistych komunikatów i podkreślała, że sobotnie wydarzenia to „wewnętrzna sprawa Rosji”, a poparcie dla Ukrainy pozostanie niezmienne ze strony europejskich partnerów. Niezależnie od rozwoju wypadków szefowie dyplomacji państw członkowskich omówią obecną sytuację na dzisiejszej Radzie ds. Zagranicznych w Luksemburgu, która miała dotyczyć głównie wsparcia na rzecz Ukrainy, ale agenda – jak poinformował szef unijnej dyplomacji Josep Borrell – obejmie także potencjalne reakcje na wydarzenia w Rosji. ©℗