Ankara planuje rozmieszczenie sił lądowych w celu zaatakowania kierowanych przez Kurdów sił Powszechnych Jednostek Ochrony (YPG) w Syrii – wynika z ostatnich wypowiedzi prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana. Planowana operacja – wymierzona w regiony Tall Rifat, Manbidż i Kobani – miałaby zostać przeprowadzona „w najbardziej dogodnym dla Turcji czasie”.
Podobne groźby przywódca kraju wysuwał już wiosną tego roku. Armia turecka miała podjąć wówczas ofensywę militarną, by ustanowić „bezpieczną strefę”, która odsunęłaby siły kurdyjskie o 30 km od granicy z Turcją. Pomysł Erdoğana pojawił się w czasie, kiedy Finlandia i Szwecja rozpoczęły starania o członkostwo w NATO w związku z inwazją Rosji na Ukrainę. Ankara blokuje na razie wejście obu państw do Sojuszu. Przekonuje, że wspierają one powiązaną z YPG Partię Pracujących Kurdystanu (PKK), którą sama uznaje za organizację terrorystyczną.
Reklama
– Biorąc pod uwagę najnowszą eskalację przemocy w północnej Syrii, tym razem operacja Turcji może dojść do skutku – mówi DGP syryjski dziennikarz, ze względów bezpieczeństwa proszący o niepodawanie jego nazwiska. Jego zdaniem, jeśli Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF) oraz PKK zdecydują się na konfrontację, wzrośnie liczba przesiedleńców oraz ofiar śmiertelnych po obu stronach barykady. – Myślę jednak, że nastąpi szybkie wycofanie i nie dojdzie do gwałtownych walk – przekonuje.

Jest pretekst do ataków

Reklama
Turcja obwinia Kurdów o zamach bombowy z 13 listopada w centrum Stambułu, w którym zginęło sześć osób, a ponad 80 zostało rannych. Kurdowie zaprzeczają. – Turcy zbombardowali wiele miejsc w północno-wschodniej Syrii, wykorzystując zarówno drony, jak i samoloty. Ich wymówką jest zamach w Stambule (...). Uważamy, że atak został zainscenizowany przez turecki wywiad, aby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, to dobry pretekst do zaatakowania nas. Po drugie, chcą przyspieszyć proces odsyłania Syryjczyków na obszary, które okupują w Syrii – tłumaczył rzecznik YPG Merva Sjamend.
W ciągu ostatnich trzech lat tureckie organizacje pozarządowe i agencje rozwojowe zbudowały dziesiątki tysięcy domów w północno-zachodniej Syrii, deklarując chęć stabilizacji sytuacji humanitarnej i przekonania Syryjczyków do powrotu do kraju. Turcja gości obecnie ok. 3,6 mln uchodźców, którzy uciekli z kraju Baszara al-Asada po 2011 r. W maju 2022 r. Erdoğan ogłosił, że od 2019 r. w prowincji Idlib wybudowano ponad 57 tys. mieszkań. Władze w Ankarze ujawniły później plany budowy dodatkowych 240 tys. w 13 miejscowościach w północno-zachodniej części kraju. Posunięcia te powiązane zostały z planem „dobrowolnej” repatriacji ponad 1 mln Syryjczyków na kontrolowane przez Turcję obszary Syrii.
Problem w tym, że organizacje pozarządowe od trzech lat dokumentują przypadki przymusowych deportacji i obawiają się, że realizacja kolejnych projektów mieszkaniowych to jedynie wymówka, by je kontynuować.

Umacnianie władzy Erdogana

Partia Sprawiedliwości i Rozwoju Erdoğana stara się w ten sposób wzmocnić swoją pozycję przed przyszłorocznymi wyborami. Ostatnie miesiące przyniosły bowiem gwałtowny wzrost nienawiści wobec Syryjczyków, którzy coraz częściej są obwiniani przez obywateli kraju za kryzys gospodarczy.
Dla władz w Ankarze wydarzenia z 13 listopada były więc wystarczającym argumentem, by tureckie siły powietrzne przeprowadziły w niedzielę i poniedziałek ataki lotnicze na bazy kurdyjskich YPG i PKK w Syrii oraz sąsiadującym Iraku, niszcząc 89 celów i zabijając co najmniej 184 bojowników. Jak podają SDF, Turcy mieli trafić również m.in. w szpital w miejscowości Kobani i silosy zbożowe w Dahir al-Arab. W wyniku nalotów zmarł także kurdyjsko-syryjski dziennikarz „Hawar News Agency” Îsam Hesen Ebdullah.
– Od kilku dni za pomocą naszych samolotów i karabinów prowadzimy działania przeciwko terrorystom. Jeśli Bóg pozwoli, wykorzenimy ich wszystkich tak szybko, jak to możliwe – komentował we wtorkowym wystąpieniu Erdoğan. A przemawiając do reporterów podczas lotu po otwarciu mistrzostw świata w piłce nożnej w Katarze, przekonywał, że trwająca kampania wojskowa Turcji „nie jest ograniczona tylko do operacji powietrznej”. – Kompetentne władze, nasze ministerstwo obrony i szef sztabu będą wspólnie decydować o poziomie siły, która powinna zostać użyta przez nasze siły naziemne – mówił.

USA i Rosja wzywają Turcję do deeskalacji

Przed potencjalną operacją Turcję ostrzegają Stany Zjednoczone. – Wzywamy do deeskalacji na terytorium Syrii, aby chronić życie cywilów i wspierać wspólny cel, jakim jest pokonanie Państwa Islamskiego – przekazał rzecznik Departamentu Stanu Ned Price.
Posunięciom Ankary sprzeciwiają się także władze w Moskwie, sojusznicy reżimu Asada. – Rozumiemy i szanujemy obawy Turcji dotyczące jej bezpieczeństwa (...). Jednocześnie wzywamy wszystkie strony do powstrzymania się od kroków, które mogłyby doprowadzić do destabilizacji sytuacji – powiedział rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. Z kolei specjalny wysłannik prezydenta Rosji Władimira Putina ds. Syrii Aleksander Ławrentjew przekazał dziennikarzom, że Ankara nie powiadomiła wcześniej Moskwy o swoich nalotach na sąsiadów.
W rozmowie z brytyjskim „Guardianem” Lina Khatib z think tanku Chatham House tłumaczy, że wojna w Syrii może wkrótce stać się zapomnianym konfliktem. – Ale trwające ataki lotnicze Turcji, a także Rosji i Izraela pokazują, że regionalne interesy pozostają zagrożone, a każdy z tych trzech krajów celuje w swoich przeciwników, aby zapobiec konsolidacji ich wpływów w Syrii. Powinno to służyć jako przypomnienie, że konflikt w Syrii nie jest ani odosobnionym konfliktem, ani wojną domową, której interesariuszami są wyłącznie Syryjczycy – twierdzi. ©℗