Rząd turecki nie wycofuje sprzeciwu wobec poszerzenia Sojuszu Północnoatlantyckiego o Finlandię i Szwecję. Do dotychczasowych żądań wobec Helsinek i Sztokholmu, czyli ekstradycji działaczy kurdyjskich oraz zniesienia embarga na dostawy broni, Ankara dołączyła groźbę rozpoczęcia kolejnej interwencji militarnej na kontrolowanym przez Kurdów przygranicznym terytorium północnej Syrii. Nie wiadomo, jak na taką inwazję zareagowałby Zachód. Wiadomo natomiast, że w dobie wojny w Ukrainie sama turecka pozycja negocjacyjna budzi frustrację w wielu natowskich stolicach.
W tym w Waszyngtonie, wspierającym działające w Syrii kurdyjskie Powszechne Jednostki Obrony (YPG), które przez prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana są oskarżane o terroryzm. – Jesteśmy głęboko zaniepokojeni doniesieniami na temat potencjalnej zwiększonej aktywności wojskowej w północnej Syrii, a zwłaszcza jej wpływu na ludność cywilną – mówił rzecznik amerykańskiego Departamentu Stanu Ned Price. Zgodnie z komunikatami resortu dyplomacji Stany Zjednoczone popierają utrzymanie obecnych linii rozgraniczenia, które ustalono w 2019 r. po trzech tureckich interwencjach na północy Syrii. Przy tym Amerykanie apelują do Erdoğana o rozwiązania polityczne, a nie militarne, ostrzegając, że użycie sił zbrojnych negatywnie wpłynie na wysiłki koalicji walczącej w Syrii z Państwem Islamskim, której kluczowym elementem są właśnie YPG.
Reklama
Amerykanie próbują odwieść Ankarę od interwencji wojskowej, ale równocześnie zależy im na poszerzeniu NATO o Finlandię i Szwecję, co wymaga zgody Erdoğana. Spekuluje się, że w zamian za zielone światło od niego mogą się zgodzić na sprzedaż nad Bosfor kolejnych myśliwców F-16.
Oficjalnie urzędnicy administracji Joego Bidena nie wypowiadają się szeroko na temat zakulisowych negocjacji i potencjalnych ustępstw. Przy obecnym układzie politycznym na świecie Kurdowie obawiają się przez to, że w przypadku ataku Turcji pomoc ze strony Stanów Zjednoczonych będzie mocno ograniczona. Byłoby to dla nich smutną powtórką z historii; Kurdowie wciąż pamiętają, jak trzy lata temu w obliczu tureckiego ataku odwróciła się od nich administracja Donalda Trumpa.
Turcja jest jedynym członkiem NATO, który sprzeciwia się poszerzeniu Sojuszu. Formalnie, by doszło do przyjęcia porzucających dekady neutralności Finlandii i Szwecji, zgodę musi wyrazić wszystkie 30 krajów NATO. W wypowiedziach dla mediów oficjeli Sojuszu panuje w tej sprawie urzędowy optymizm. Za iskierkę nadziei uznawane są weekendowe rozmowy Erdoğana z premier Szwecji Magdaleną Andersson i prezydentem Finlandii Saulim Niinistö. Wcześniej turecki prezydent w ogóle wykluczał przyjęcie fińskiej i szwedzkiej delegacji, ale zmienił zdanie. Wczoraj w Ankarze doszło do rozmów między Turkami a dyplomatami z Finlandii i Szwecji próbującymi skruszyć ich stanowisko.
Łatwiejsze zadanie stoi przed Finami. – Ankara sygnalizuje, że zgodzi się na przystąpienie Finlandii do Sojuszu, ale jeśli Szwecja nie zapewni ustępstw w kwestii Partii Pracujących Kurdystanu, to ona zostanie zablokowana – twierdzi Soner Çağaptay, ekspert Washington Institute cytowany przez portal Euractiv. Zważywszy na deklaracje fińskich i szwedzkich polityków, taki scenariusz jest jednak mało prawdopodobny. I Helsinki, i Sztokholm preferują wspólne dołączenie do NATO. I to najlepiej jak najszybciej. A szybka ścieżka – początkowo uznawana za scenariusz podstawowy – już została mocno spowolniona przez Turcję. W niedzielę fiński minister spraw zagranicznych Pekka Haavisto ocenił, że dojście do porozumienia z Ankarą może zająć kilka tygodni. Istotne, by doszło do tego przed zaplanowanym na koniec czerwca szczytem NATO w Madrycie, na którym będą obecni Finowie i Szwedzi. Oczekuje się, że pod względem formalnym w stolicy Hiszpanii sprawa rozszerzenia aliansu posunie się znacząco do przodu.