Rząd turecki nie wycofuje sprzeciwu wobec poszerzenia Sojuszu Północnoatlantyckiego o Finlandię i Szwecję. Do dotychczasowych żądań wobec Helsinek i Sztokholmu, czyli ekstradycji działaczy kurdyjskich oraz zniesienia embarga na dostawy broni, Ankara dołączyła groźbę rozpoczęcia kolejnej interwencji militarnej na kontrolowanym przez Kurdów przygranicznym terytorium północnej Syrii. Nie wiadomo, jak na taką inwazję zareagowałby Zachód. Wiadomo natomiast, że w dobie wojny w Ukrainie sama turecka pozycja negocjacyjna budzi frustrację w wielu natowskich stolicach.
W tym w Waszyngtonie, wspierającym działające w Syrii kurdyjskie Powszechne Jednostki Obrony (YPG), które przez prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana są oskarżane o terroryzm. – Jesteśmy głęboko zaniepokojeni doniesieniami na temat potencjalnej zwiększonej aktywności wojskowej w północnej Syrii, a zwłaszcza jej wpływu na ludność cywilną – mówił rzecznik amerykańskiego Departamentu Stanu Ned Price. Zgodnie z komunikatami resortu dyplomacji Stany Zjednoczone popierają utrzymanie obecnych linii rozgraniczenia, które ustalono w 2019 r. po trzech tureckich interwencjach na północy Syrii. Przy tym Amerykanie apelują do Erdoğana o rozwiązania polityczne, a nie militarne, ostrzegając, że użycie sił zbrojnych negatywnie wpłynie na wysiłki koalicji walczącej w Syrii z Państwem Islamskim, której kluczowym elementem są właśnie YPG.