Reklama
W przededniu rozpoczęcia „Szczytu dla demokracji” w wielu państwach trwają dyskusje dotyczące listy zaproszonych na konferencję zwołaną przez prezydenta USA Joego Bidena. Kontrowersje wzbudziło zaproszenie pewnych krajów, w których standardy demokratyczne nie są przestrzegane, oraz niezaproszenie niektórych sojuszników Waszyngtonu. W sumie na liście gości przygotowanej przez Departament Stanu widnieje 110 państw (nie licząc USA) i Unia Europejska.
Nie ma wśród nich Egiptu, Jordanii, Turcji i Węgier. Dwa ostatnie to członkowie Sojuszu Północnoatlantyckiego, Egipt należy do największych odbiorców amerykańskiej pomocy wojskowej, a Jordania to tradycyjnie bliski sojusznik Zachodu na Bliskim Wschodzie. Tymczasem ten region będą reprezentować jedynie Irak i Izrael. I choć trudno było sobie wyobrazić zaproszenie na „Szczyt dla demokracji” jednoznacznie autorytarnych, choć proamerykańskich, monarchii z regionu Zatoki Perskiej, jak Arabia Saudyjska, to już nieobecność przedstawicieli Ammanu i Kairu razi niektórych bliskowschodnich publicystów. Nie ma też Kuwejtu, Libanu i Tunezji – trzech najlepiej ocenianych państw arabskich z rankingu Freedom House, jeśli chodzi o poziom demokracji, i jedynych z tej grupy, które nie znalazły się w najniższej kategorii państw zniewolonych.
Turcja i Węgry to zaś jedyne niezaproszone państwa NATO, a Budapeszt nie otrzymał zaproszenia jako jedyny członek UE. Premier Viktor Orbán w odwecie zablokował możliwość wystąpienia szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen w imieniu wszystkich państw członkowskich. Jak pisze Politico.com, „Turcja i Węgry nie zostały zaproszone, ponieważ ich przywódcy od lat podkopują system demokratyczny”. Chodzi też o działania Ankary w basenie Morza Śródziemnego, w tym interwencje w Libii i Syrii, oraz jej punktową współpracę z Rosją. Orbánowi zaszkodziły dodatkowo bliskie relacje polityczne i gospodarcze z Rosją, tymczasem wirtualny szczyt jest postrzegany jako próba konsolidacji świata demokratycznego wobec chińskiego i rosyjskiego zagrożenia. W ten sposób można też tłumaczyć zaproszenie Tajwanu, formalnie nieuznawanego przez Biały Dom za niepodległe państwo. W ostatnim czasie Tajwan jest poddawany równie silnej presji ze strony Pekinu, co Ukraina ze strony Moskwy. To właśnie obecność przedstawicieli Tajpej wywołała największe oburzenie Chin, które podjęły kontrofensywę propagandową. Rządowy „Global Times” pisał, „dlaczego chińska demokracja jest szersza i skuteczniejsza niż amerykańska”.
Równie duże kontrowersje wywołało zaproszenie niektórych państw. Na liście gości znajdą się trzy kraje, które Freedom House uznaje za zniewolone: Angola, Irak i Demokratyczna Republika Konga, oraz 31 innych, skatalogowanych jako częściowo wolne. W tej drugiej kategorii mieści się Serbia, której demokracja jest oceniana podobnie, co węgierska, i która także utrzymuje bliskie relacje z Kremlem, a co więcej podejmuje działania sprzeczne z amerykańskimi interesami, np. sprzyjając nastrojom separatystycznym wśród bośniackich Serbów. W szczycie wezmą udział Filipiny, których prezydent Rodrigo Duterte jest oskarżany – także w amerykańskich dokumentach rządowych – o łamanie praw człowieka, m.in. za danie policji wolnej ręki na zabijanie przedstawicieli gangów narkotykowych. Gdy Barack Obama jako prezydent USA zaapelował o wykorzystywanie innych metod walki z przestępczością, Duterte kazał mu „iść do diabła”. Wcześniej dwukrotnie odrzucił też zaproszenia do Waszyngtonu. Polityk jeszcze podczas kampanii zapowiadał, że jego prezydentura „będzie krwawa”.
„Pakistan, Filipiny i Ukraina to wadliwe demokracje z endemiczną korupcją i naruszeniami praworządności. Ale jako ważni partnerzy Stanów Zjednoczonych zostali zaproszeni” – napisał Steven Feldstein z Carnegie Endowment for International Peace. Jego zdaniem zaproszenie Brazylii, Filipin, Indii i Polski budzi także wątpliwości ze względu na „poważne obawy o obniżenie standardów demokratycznych” oraz „rosnący poziom autorytaryzacji lub znaczne ograniczenie wolności słowa”. Z kolei niezaproszenie przywódców Turcji i Węgier wynikało – zdaniem Feldsteina – z „niechęci do poprawy szans na reelekcję premiera Viktora Orbána i prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana”. Węgrzy udają się do urn już w przyszłym roku, a Turcy rok później. Sondaże w obu krajach po raz pierwszy od dawna nie pozbawiają opozycji szans na przejęcie władzy.
Na liście zaproszonych nie ma Węgier – członka NATO i UE