Reklama
Po ciosie, jakim była dla Francji utrata na rzecz USA sięgającego 40 mld dol. kontraktu na okręty podwodne z Australią, Pałac Elizejski wzmocnił swoją dyplomatyczną ofensywę promującą samodzielność Europy w polityce obronnej. „Europejczycy muszą przestać być naiwni. (…) Musimy reagować i pokazywać, że mamy moc i zdolności, by siebie chronić” – przekonywał Emmanuel Macron przy finalizowaniu niedawno paktu obronnego z Grecją.
Francuski prezydent – śladem wyznaczonym jeszcze przez dążącego do zbudowania potęgi militarnej przy niezależności od USA Charles’a de’Gaulle’a – regularnie wzywa do zwiększenia wojskowej roli Europy, wykorzystując przy tym ideę autonomii strategicznej do prowadzenia własnej polityki zagranicznej i dystansowania się od NATO.
Formuła ta zagościła na stałe w unijnej debacie oraz dokumentach. Zapisy o samodzielnym reagowaniu na kryzysy i zagrożenia pojawiły się m.in. w konkluzjach Rady Europejskiej z 2013 r. oraz w Strategii Globalnej UE przyjętej trzy lata później. Przełomu w często krytykowanej wspólnej polityce bezpieczeństwa i obrony jednak nie ma. Zasada jednomyślności blokuje ewentualne działania, a utworzone w 2005 r. Grupy Bojowe Unii Europejskiej nigdy nie sprawdziły się w realnej walce.
Paryż liczy, że tym razem – w trakcie kampanii wyborczej nad Sekwaną – podejście do pomysłu autonomii się zmieni. Europejska potęga będzie priorytetem francuskiej prezydencji. W pierwszym półroczu 2022 r. Francja chce, by kraje UE przyjęły Kompas Strategiczny, dokument określający wojskowe ambicje, zagrożenia i wyzwania Wspólnoty.
Pałacowi Elizejskiemu zależy głównie na tym, by chronić europejski rynek przed wielkimi koncernami z USA i Azji oraz utrzymać rentowność francuskiego przemysłu zbrojeniowego. To on w zamyśle ma być filarem strategicznej autonomii.
Francuzi, a wśród nich komisarz ds. rynku wewnętrznego i usług Thierry Breton, naciskają także na znaczne ograniczenie roli firm spoza Unii przy produkcji półprzewodników. To nie wszystko – urzędnicy w Paryżu wzywają do większej niezależności Europy przy pracach nad rozwojem sztucznej inteligencji, dostępem do wrażliwych danych czy zwalczaniu dezinformacji. A to – podobnie jak przemysł zbrojeniowy – pola, gdzie silną pozycję w Europie mają Stany Zjednoczone, którym łatwo nadepnąć na odcisk.
Waszyngton od dekad z dystansem odnosi się do francuskich ambicji wojskowych i z rozdrażnieniem reaguje na wyrażane wprost przez Pałac Elizejski niezadowolenie z obecnego kształtu NATO. Równocześnie Amerykanie, niezależnie czy za administracji Baracka Obamy, Donalda Trumpa, czy Joego Bidena, apelują do europejskich sojuszników o zwiększenie wydatków na wojsko. W USA nie brakuje głosów, by w dobie rywalizacji z Chinami skupić się na tym wyzwaniu i scedować więcej odpowiedzialności na europejskich sojuszników w kształtowaniu ich własnego otoczenia strategicznego.
Taki krok postulują na łamach branżowego portalu Defense News Alexander Vershbow i Hans Binnendijk z wpływowego waszyngtońskiego think tanku Atlantic Council. W planach dwójki amerykańskich ekspertów Unia powinna posiadać zdolności do prowadzenia kilku operacji antykryzysowych w regionie. Większa samodzielność dotyczyłaby głównie regionu Morza Śródziemnego; Stany Zjednoczone dalej zachowałyby swój potencjał na wschodniej flance NATO. Koniecznym dla autonomii strategicznej warunkiem – podkreślają Vershbow i Binnendijk – mają być bliskie konsultacje z Amerykanami.
„To jasne, że Stany Zjednoczone chcą, by Europejczycy wzięli na siebie większy ciężar w obronie naszych wspólnych interesów. Myślę, że administracja Bidena może poprzeć autonomię strategiczną, ale to zależy od tego, jak zostanie ona zdefiniowana przez Macrona lub kogokolwiek innego w Europie” – tłumaczy w rozmowie z DGP John R. Deni z The Strategic Studies Institute (SSI), ośrodka analitycznego armii USA. Waszyngtonowi zależy na tym, by Europejczycy mogli działać w swoim otoczeniu „z niewielkim wsparciem lub przy braku zaangażowania amerykańskiej logistyki, wywiadu czy wojsk”.
Deni ostrzega zarazem, że „jeśli autonomia strategiczna oznaczać będzie powielanie istniejących struktur bezpieczeństwa, Waszyngton uzna to za marnotrawstwo ograniczonych europejskich zasobów obronnych”. Zdaniem eksperta najlepiej, gdyby unijna doktryna wojskowa ewoluowała w kierunku „koalicji chętnych”, a nie „wielopaństwowej superarmii”. To drugie uznaje za nierealne bez „głębszej politycznej integracji”.
Sceptycyzm wobec ambitnych planów płynie nie tylko z drugiej strony Atlantyku, lecz także z Europy, w tym Berlina. Niemiecka minister obrony Annegret Kramp-Karrenbauer przekonywała, że „idea europejskiej autonomii strategicznej idzie za daleko, jeśli sprzyja iluzji, że możemy zagwarantować bezpieczeństwo, stabilność i dobrobyt w UE bez NATO i bez USA”. Podobną rezerwę wykazują kraje wschodniej flanki NATO, które obawiają się, że forsowanie wojskowej mocarstwowości Unii odbije się na relacjach transatlantyckich. Sojusz Północnoatlantycki jest dla tych państw kluczowym gwarantem kolektywnej obrony przed Rosją i stąd niepokój po komentarzu Macrona o „umysłowej śmierci” NATO sprzed dwóch lat.
Przy wykuwaniu strategii autonomicznej nie bez znaczenia pozostaje francuski kalendarz wyborczy. O porozumieniu dotyczącym bezpieczeństwa Unia zadecyduje prawdopodobnie przed zaplanowanymi na kwiecień wyborami prezydenckimi w V Republice. W świetle debaty o uwojskowieniu UE Macron będzie chciał przedstawić się elektoratowi jako europejski wizjoner i skuteczny lider. Jego polityczni rywale będą przyglądać się, czy za słowami pójdzie coś więcej. ©℗