Wielu ludzi budzi się na wielkim kacu po Trumpie i chce sobie ułożyć obraz świata na nowo, więc postrzegają Bidena jako początek zupełnie nowych czasów” – mówił mi niedawno w wywiadzie opublikowanym na łamach DGP David Dayen, redaktor naczelny magazynu „The American Prospect”. Niechęć wobec polityki Trumpa była w Waszyngtonie i Nowym Jorku tak duża, że kompletny odwrót od jego czasów uznano za rzecz nieuchronną i oczywistą. Szybko przyjęło się założenie, że kolejny demokratyczny prezydent będzie wręcz z automatu rewersem Trumpa – Batmanem do jego Jokera – i kimś, kto zawróci ciężki kontenerowiec amerykańskiej polityki o 180 stopni.
Problem z tą narracją jest oczywisty. Ani przez chwilę nie była ona prawdziwa. Oczywiście łatwo jest ją zrozumieć na psychologicznym poziomie – niechęć do Trumpa wśród amerykańskich elit była szczera i ugruntowana na całkiem realnych obawach. Ale nikt tak naprawdę ani nie chciał, ani nie mógł obiecać kompletnego odwrotu czy wycofania się ze wszystkich decyzji i frontów, jakie Trump otworzył. W niektórych przypadkach dlatego, że świat się już bezpowrotnie zmienił od czasów, kiedy demokraci po raz ostatni urzędowali w Białym Domu. W innych przypadkach zaś dlatego, że znienawidzony przez nich Trump mimo wszystko działał w interesie Ameryki i podejmował decyzje, jakie na jego miejscu w tej czy innej formie podjęliby też jego dzisiejsi krytycy.