To, że Węgry korzystają z Pegasusa, przyznała minister sprawiedliwości Judit Varga. Na pytanie redakcji gazety „Népszava” odpowiedziała: „Żyjemy w świecie, w którym na nowoczesne państwa czai się niewiarygodnie wiele zagrożeń. Nie bądźmy śmieszni, każdy kraj potrzebuje takich narzędzi!”. Tak naprawdę nie jest to zaskakujące, bowiem nadużywanie władzy przez państwo było tajemnicą poliszynela.
W utworzonym w 2010 r. państwie Viktora Orbána najcenniejsze są trzy elementy – absolutna władza, bezgraniczna kontrola przepływu informacji i lojalność. To tym elementom podporządkowane są działania władzy, m.in. na polu rynku medialnego. Niezależność dziennikarska to zagrożenie dla trwania systemu. Dziennikarze, którzy znaleźli się na węgierskiej liście inwigilowanych, to głównie pracownicy Direkt36 ‒ portalu, który w bezprecedensowy sposób ujawnia kulisy wielkiej węgierskiej polityki: nadużyć finansowych, korupcji, kontraktów międzynarodowych, relacji Węgier z Chinami czy Rosją. Gdyby nie Direkt36, o wielu tematach Węgrzy nie mieliby pojęcia. Na liście jest jeszcze były dziennikarz niezależnego tygodnika „HVG” oraz jedna osoba, która poprosiła o niepodawanie swoich danych.
Cała medialna machina podporządkowana władzy ma teraz jedno zadanie, które zresztą już realizuje – zdyskredytować ustalenia dziennikarzy z 17 światowych redakcji w sprawie Pegasusa i pokazać, że to kolejny atak wymierzony w Węgry przez organizacje finansowane przez sieć George’a Sorosa – koniecznie lewicową. Soros to wytłumaczenie niemal wszystkich kontrowersji wokół Węgier.
Fakt, że kontrolą objęty był też Zoltán Varga, właściciel portalu 24.hu, potwierdza tezę o próbie całkowitego podporządkowania rynku medialnego węgierskiemu rządowi. W zamian za odsprzedanie udziałów w portalu proponowano mu intratne kontrakty reklamowe. Po tym, jak przed rokiem doszło do przejęcia na skutek zmiany struktury właścicielskiej portalu Index.hu, 24.hu jest największym niezależnym portalem informacyjnym. Pytanie jak długo, bowiem nie ma wątpliwości, że ludzie skupieni wokół premiera Orbána nie odpuszczą przejęcia tak ważnego portalu. Inwigilowano także syna Lajosa Simicski, magnata rynku medialnego, który nazajutrz po wyborach parlamentarnych w 2018 r. sprzedał wszystkie udziały w posiadanym przez siebie portfolio medialnym.
To, co ma wspólnego obecne państwo z okresem Jánosa Kádára, to wytworzenie poczucia, że póki się nie wychylasz, póty nic ci nie grozi. Wszelkie próby wybijania się ponad przeciętność są ucinane przez system: przez polityków i podległe im media. Węgry od dekady promują przeciętność, szare, niewyróżniające się masy, które nie powinny interesować się niczym poza tym, co przedstawi im władza. To władza i podległe jej media mają za zadanie kreować świadomość obywateli, a reguły w tym państwie są bardzo proste.
Węgry to państwo w stanie stałego oblężenia. Ciągłej mobilizacji do walki. Z imigrantami, z lewicowo-liberalnymi organizacjami finansowanymi przez Sorosa. Z wrogami bliżej niezidentyfikowanymi, a zatem szczególnie niebezpiecznymi. Wszystkie te podmioty mają w tej narracji czyhać na węgierską niepodległość, dążyć to wyjałowienia kulturowego Węgier. Wszelkie odstępstwa od partyjnej linii, niezgodnej z wizją rządowej koalicji, są uznawane za wrogie i służące obcym interesom. Z pewnością są także finansowane przez George’a Sorosa.
Budowa takiego społeczeństwa odbywa się już od szkoły podstawowej, czemu służyły głębokie reformy systemu edukacji. Bowiem celem procesów dydaktycznych jest wykształcenie przeciętnych ludzi o zamkniętych umysłach. Takie osoby są bowiem sterowalne, nie zadają pytań i łatwo wpisują się w zaproponowany przez władzę przekaz, realizowany przez podporządkowane media. Aspirujący do czegoś więcej wyjeżdżają za granicę. Co roku jest to kilkadziesiąt tysięcy osób, najczęściej bardzo dobrze wykształconych, co jest fenomenem na tle regionu. Premier Węgier mówił kiedyś, że to dobrze, iż młodzi ludzie mogą wyjechać za granicę, bo po powrocie ubogacają Węgry. Sam przy tej okazji wspominał, że studiował w Oksfordzie. To, czy faktyczne wracają, nie ma w tej historii żadnego znaczenia.
Dr Dominik Héjj, Instytut Europy Środkowej