Reklama
Od dzisiaj Anglicy, a także Szkoci i Walijczycy (mieszkańcy Irlandii Północnej będą musieli poczekać jeszcze tydzień) mogą napić się piwa w pubie i zjeść w restauracji – w środku. Ostatni raz nad Tamizą można było spędzić w ten sposób czas w październiku, zanim Boris Johnson ogłosił drugi lockdown. Od niedawna rząd zezwolił natomiast na otwarcie ogródków.
Nie jest to jeszcze „pełna” normalność. Do pubu w Anglii będzie się można wybrać w maksymalnie sześcioosobowych grupach (z dwóch różnych gospodarstw domowych albo trzech, jeśli wybieramy się na piwo w Szkocji). Aby uniknąć tłumów, wszyscy goście wewnątrz lokali muszą siedzieć – konsumpcja alkoholu lub jedzenie na stojąco są wciąż zakazane.
Niechybnie część z tych reguł zostanie nagięta lub złamana. To m.in. dlatego już w piątek szefowa londyńskiej policji Cressida Dick tłumaczyła w telewizji Sky News, że podległe jej jednostki są przygotowane na ściąganie w poniedziałek z ulicy osób, które po długim poście „nie będą znały umiaru”.
Dzisiejszy dzień z rozrzewnieniem będą wspominać nie tylko brytyjscy restauratorzy. Otwarte zostają także muzea, teatry, kina, obiekty noclegowe, sauny i kluby fitness. Do tego rząd znacząco podwyższa limity osób mogących spotykać się na świeżym powietrzu oraz uczestniczących w uroczystościach rodzinnych, tj. wesela (do 30 osób) oraz pogrzeby (limit jest związany z powierzchnią pomieszczeń, w których ma się odbyć ceremonia).
Ulga z powodu poluzowania obostrzeń miesza się jednak nad Tamizą z obawą przed dalszym przebiegiem pandemii. W Wielkiej Brytanii wykrywa się bowiem coraz więcej zakażeń indyjskim wariantem koronawirusa. W Wielkiej Brytanii krążą jego trzy wersje, oznaczone jako B.1.617.1, B.1.617.2 oraz B.1.617.3. Tylko jeden z nich – z cyfrą 2 na końcu – został przez tamtejszych ekspertów uznany za „wariant powodujący obawy”, czyli groźny. Pozostałe dwa wciąż są sklasyfikowane jako „warianty pod obserwacją”. Władze podały w sobotę, że wykryto go u 1,3 tys. osób – trzykrotnie więcej niż tydzień wcześniej.
Rząd nie wyklucza powrotu obostrzeń na poziomie lokalnym, jeśli powstrzymanie wirusa za pomocą „zwykłych środków” – takich jak izolacja osób, u których wykryto zakażenie – okaże się nieskuteczne. Wśród rozważanych działań jest np. przyspieszenie akcji szczepień na terenach, na których wariant indyjski stanowi większość zakażeń. W przemówieniu do Brytyjczyków w piątek wieczorem Boris Johnson bronił jednak decyzji o otwarciu gospodarki, choć zaznaczył, że nowy wariant może wpłynąć na tempo znoszenia dalszych obostrzeń (kolejny etap jest zaplanowany na 21 czerwca).
Z punktu widzenia rządu najważniejsze są odpowiedzi na trzy pytania: czy nowy wariant łatwiej przenosi się z człowieka na człowieka, czy powoduje cięższą postać choroby oraz czy w starciu z nim są skuteczne szczepionki. Na pierwsze pytanie odpowiedź brzmi: prawdopodobnie. Rządowi eksperci szacują, że może przenosić się łatwiej niż wariant brytyjski (zwany tu „wariantem z Kent”, od miejsca, w którym go wykryto po raz pierwszy). Na drugie – raczej nie. Na trzecie: raczej tak. Profesor Anthony Harnden, wiceszef grupy naukowców zajmujących się szczepieniami, ocenił w sobotę, że szczepionki „prawie na pewno” są mniej skuteczne w blokowaniu transmisji (nie wypowiedział się na temat przebiegu choroby).
Nowy wariant uderzył w Wielką Brytanię w momencie, kiedy jasne stały się korzyści z akcji szczepień. Public Health England – agencja zarządzającą angielską służbą zdrowia – podała w piątek, że program na razie pozwolił uniknąć 12 tys. zgonów wśród osób mających 60 lat i starszych, z czego prawie 10 tys. byłoby zgonami osób po osiemdziesiątce.