Reklama
Przed listopadowymi wyborami prezydenckimi służby USA zapewniały, że podjęły działania, by zapobiec próbom wpływania przez zagranicznych, głównie rosyjskich, hakerów na decyzje Amerykanów. Szef klubu republikańskiej większości w Senacie Mitch McConnell ogłosił, że władze dadzą 500 mln dol. na ochronę wyborów przed atakami w sieci. Przy czym Donald Trump był zdania, że dodatkowe zabezpieczenia nie są potrzebne, a system działa idealnie. Jednak wiele danych wskazywało na to, że jest wręcz przeciwnie, a Kreml szykuje się do sabotażu. Według byłego szefa CIA Johna Brennana rząd USA nie zrobił „prawie nic”, aby zabezpieczyć się przed cyberatakami także w czasie poprzednich wyborów do Kongresu w 2018 r. „Stoimy na bombie zegarowej” – ostrzegał w CNN.
Mogła o tym świadczyć choćby niespotykana wcześniej kampania dezinformacyjna w mediach społecznościowych. Twitter i Facebook wyłączyły w ciągu ostatnich dwóch miesięcy konta ok. 700 botów rozsiewających nieprawdziwe informacje. Wirus fake newsów mógł dotrzeć do 50 mln Amerykanów.
Teraz, ponad miesiąc po wyborach, wyszło na jaw, że hakerzy Kremla jednak zrobili swoje. We wspólnym komunikacie FBI, Agencja Cyberbezpieczeństwa i Bezpieczeństwa Infrastruktury (CISA) oraz Biuro Dyrektora Wywiadu Narodowego USA (ODNI) potwierdziły, że doszło do ataku, który „dotyczył sieci komputerowych w systemie władz federalnych”. Powołano specjalną grupę, która ma przygotować odpowiedź rządu USA na ten „poważny incydent cybernetyczny”.
Hakerom udało się zinfiltrować sieci komputerów departamentów Skarbu i Handlu. Z tego powodu w ostatnią sobotę w Białym Domu odbyło się nadzwyczajne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa prezydenta USA. W niedzielę o możliwości zainfekowania swojego oprogramowania do zarządzania sieciami komputerów poinformowała firma informatyczna SolarWinds. A zaraz potem CISA zaleciła wyłączenie najnowszej wersji oprogramowania Orion Platform tej firmy. Sekretarz stanu Mike Pompeo oznajmił, że to Rosja stoi za zmasowanym atakiem hakerskim, w wyniku którego zostały zinfiltrowane liczne instytucje rządowe USA. Ron Klein, który będzie szefem kancelarii prezydenta u Joego Bidena, powiedział, że miarka się przebrała i że nawet kolejne sankcje na Rosję mogą okazać się „niewystarczającym narzędziem”. Teraz Biden i jego ludzie pracują nad – jak to nazwano – „strategią nakładania kosztów” na Władimira Putina i kremlowską ekipę.
Moskwa tradycyjnie zaprzecza. „Rosja nie jest zamieszana w atak hakerski na instytucje w Stanach Zjednoczonych” – oświadczył w poniedziałek rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. „Mówimy o tym oficjalnie i stanowczo. Wszelkie oskarżenia wobec Rosji są absolutnie gołosłowne i są raczej dalszym ciągiem ślepej rusofobii, która pojawia się przy jakichkolwiek incydentach” – dodał, podkreślając, że „Dyskusja w Stanach Zjednoczonych na temat ataków hakerskich w żaden sposób nas nie dotyczy”.
W 2018 r. po kampanii wyborczej do Kongresu władze USA rozbiły grupę agentów dowodzących tzw. projektem Lakata, w ramach którego oligarchowie związani z Kremlem przelali w ciągu 20 miesięcy ok. 22 mln dol. na operacje, których celem było sabotowanie nadchodzącej elekcji. Trop Lakaty pojawia się też w materiałach ze śledztwa, jakie w sprawie „Russiagate” i mieszania przy wyborach prowadził specjalny prokurator Robert Mueller.
Jakie kroki podejmą teraz USA? „Musimy przerwać tę kampanię i zacząć skutecznie odstraszać naszych adwersarzy. Takie cyberataki nie mogą się zdarzać w przyszłości” – powiedział prezydent elekt, który zamieszka w Białym Domu 20 stycznia. Jak twierdzą amerykańskie media, CIA też penetruje sieć kontrolowaną przez Moskwę. Waszyngton pod rządami demokraty może chcieć zrewanżować się Rosji atakami na zabezpieczenia systemu energetycznego. ©℗