Nie jestem w stanie tego zrozumieć być może dlatego, że nie widzę sensu i znaczenia w zalewie wielkich słów, których pełna jest polska debata publiczna. Obrona suwerenności przed brukselsko-berlińską agresją, walka z agresywną ideologią LGBT niszczącą polskie rodziny z jednej strony, a z drugiej 14. polexit czy 17. wprowadzenie w Polsce dyktatury.
Te hasła to tylko bełkot, który pozwala publicystom z lewa i prawa wyrabiać stachanowskie normy wierszówki. Ale kompletnie nic nie znaczą wobec rzeczywistości, szczególnie gospodarczej.
A ta wygląda bardzo prosto. Dzięki dobremu wykształceniu Polaków, poprawiającej się infrastrukturze, niezłemu położeniu geograficznemu odnosimy w ostatnich dekadach olbrzymi sukces gospodarczy. Szybko stajemy się gospodarką, w której rośnie rola coraz bardziej zaawansowanych usług, w tym eksportowanych, i nowoczesnego przemysłu. Jako nowoczesna gospodarka, uciekająca z pułapki średniego rozwoju, stajemy się jednocześnie gospodarką coraz bardziej energochłonną. Stając się nowocześni i eksportowi, potrzebujemy w naszych inwestycjach wielu importowanych maszyn, urządzeń i oprogramowania.
Dlatego potrzeba nam stabilnej waluty i stabilnych, konkurencyjnych cen energii. Jednym z czynników trwale stabilizujących złotego były transfery z Unii i pewność ich pojawienia się. Nie możemy ot tak machnąć na nie ręką.
Przede wszystkim jednak nie możemy rozwijać się, będąc uzależnionymi od jednego źródła energii, które dodatkowo staje się coraz droższe. Żeby utrzymać konkurencyjność i rozwój polskiej gospodarki, potrzebujemy pieniędzy na transformację, i to szybko. Zwłaszcza że nasi sąsiedzi takie środki dostaną. A są oni jednocześnie naszymi głównymi konkurentami w globalnej gospodarce. Bez pieniędzy z KPO będziemy się z nimi ścigać niczym kolarz z motocyklistą.
Procesy dostosowawcze, przed którymi stoi polska gospodarka, są tak drogie, że bez zewnętrznych środków możemy stać się trwale niekonkurencyjni. Jak powiedział mi jeden z bliskich rządowi ekspertów, możemy nagle zaleźć się w paradoksalnej sytuacji, w której polska stal będzie droższa od szwedzkiej. Wtedy będzie naprawdę ciężko.
I teraz fundamentalne pytanie – po co to wszystko?
Polacy w 2015 r. zagłosowali między innymi za reformą wymiaru sprawiedliwości. Bo bardzo wielu miało słuszne poczucie, że ich prawo do sądu jest iluzoryczne, a przedsiębiorcy nie mogli liczyć na szybkie i merytoryczne rozstrzygnięcie. Teraz jesteśmy o krok od utraty unijnych pieniędzy w imię obrony „reform”, które w pięć lat dały nam wydłużenie oczekiwania na wyrok w sądach rejonowych z czterech do ponad siedmiu miesięcy w sprawach cywilnych, z czterech i pół miesiąca do ponad ośmiu w sprawach gospodarczych i rodzinnych. Plus mechanizm „Funduszu Sprawiedliwości”.
Imponujące efekty jak na drugą kadencję stabilnej większości ze wspierającym prezydentem.
Jeszcze raz więc – po co? ©℗