Reklama

„Chcemy pomagać obecnym tam osobom, których życie i zdrowie jest zagrożone. Deklarujemy, że zorganizujemy całą logistykę, będziemy poruszać się oznakowanymi ambulansami i przestrzegać przepisów prawa. Według nas rozporządzenie w sprawie stanu wyjątkowego nie zabrania nam takiej działalności” – pisał 24 września na swoim profilu facebookowym inicjator akcji, Jakub Sieczko.

W piśmie skierowanym do MSWiA medycy piszą, że nie zajmują stanowiska wobec aspektów politycznych wydarzeń na granicy polsko-białorisukiej, ale jako reprezentanci zawodów medycznych czują się w obowiązku nieść niezbędną pomoc, której – ich zdaniem – nie otrzymują.

Zadeklarowali jednocześnie, że działania będą prowadzone zgodnie z przepisami prawa i we współpracy z organizacjami pozarządowymi. Możliwość podjęcia takiej interwencji, zdaniem medyków, uzasadnia także to, że w strefie stanu wyjątkowego nie stosuje się zakazu wjazdu do „osób przemieszczających się pojazdami ratownictwa medycznego i innych służb interwencyjnych”.

W międzyczasie na granicy polsko-białoruskiej zmarł szesnastolatek. Jak podaje Fundacja Ocalenie, przebywał na terytorium Polski, ale został wypchnięty wraz z rodziną za granicę.

Dzisiaj medycy informują, że MSWiA takiej zgody nie udzieliło. W odpowiedzi nadesłanej medykom czytamy, że „funkcjonariusze Straży Granicznej pełniący służbę na granicy polsko-białoruskiej udzielają stosownej pomocy medycznej, wszystkim osobom, które przekroczyły granicę z Polską i zostały odnalezione”.

- Odbieramy tę odpowiedź jako brak zgody na wjazd do strefy objętej stanem wyjątkowym, chociaż pismo nie zawiera odpowiedzi na pytanie, czy możemy tam wjechać – mówi Jakub Sieczko.

- W tej chwili dysponujemy jedynie informacjami jakie przekazuje nam Straż Graniczna albo strona białoruska. Sądzę jednak, że najbardziej wiarygodne są informacje pochodzące od organizacji, które znajdują się poza strefą, ale komunikują się z migrantami i uchodźcami, którzy przebywają w rejonie granicy. Dzisiaj odebrałem wiadomość następującej treści:

Kuba, tu ludzie powoli umierają. W tych obozach na Białorusi są po 2 kromki chleba na osobę na dzień, jest pieruńsko zimno w nocy. Ludzie są bici, by szli do Polski. Kradną sobie nawzajem jedzenie. Jeden chłopak nam napisał, że to jest jak miejsce zombi. A my ich z powrotem wrzucamy w ten koszmar. I my nie wszystkich możemy uratować.

- Wiemy także o ośmiolatku, który dziś w nocy stracił przytomność i który znajduje się w rejonie granicy. Ciężko jest oszacować, ile osób może wymagać pomocy medycznej, ale na podstawie informacji, które mamy, możemy mówić o kilkuset osobach - dodaje Sieczko.