Widać, że nowy szef PO chce wykorzystać rozgłos wynikający z jego powrotu oraz zainteresowanie mediów i przenieść polityczny pojedynek tam, gdzie silny jest raczej PiS, a nie PO. ‒ To mają być dwa lata, a nie dwa tygodnie ‒ mówił wczoraj na konferencji prasowej.
Z jednej strony ma to pokazać, że nie boi się starcia z partią rządzącą. Z drugiej ‒ dodać animuszu politykom PO. Rajd ma pozwolić też odbić się sondażowo PO i wrócić do roli partii opozycyjnej nie tylko o największej liczbie posłów, lecz także najwyższym poparciu. I to pokazuje, że na początku polityczny pojedynek będzie w mniejszym stopniu dotyczył PiS, a bardziej politycznej konkurencji w opozycji. Na razie jest zagrożeniem głównie dla Szymona Hołowni, który liczył na rolę lidera opozycji przed kolejnymi wyborami, czy Lewicy, której kojarzy się jako polityk, który skradł jej kiedyś część wyborców. I z punktu widzenia wyborczego rozstrzygnięcia za dwa lata ważniejsze będzie, jak się ułoży z nimi, niż to, czy będzie krytykował teraz PiS superostro czy bardzo ostro.
PiS przynajmniej nieoficjalnie daje do zrozumienia, że objazd po powiatach niewiele go obszedł. Liczy na to, że lider PO nie ma już tam czego szukać, bo to PiS jest partią ludową, a PO partią elit. ‒ To objazd głównie dla dziennikarzy ‒ mówi polityk PiS.
Tyle że Tusk chce tę logikę rozbić. Na razie ma zacząć budować swoją pozycję w ramach klubu Koalicji Obywatelskiej. W planie są m.in. indywidualnie spotkania się z każdym z liderów ugrupowań tworzących KO. Potem mają być rozmowy z potencjalnymi koalicjantami. I tu wpływamy na mętne wody, bo powrót Tuska na razie nie rozpala wyobraźni poza PO. Sam Tusk skrytykował już Lewicę za incydentalną współpracę z PiS przy Funduszu Odbudowy, Hołownia na antenie zrobił mu przytyk, że wcale nie wrócił na białym koniu, a ludowcy mogą dostać od Tuska burę, jeśli się okaże, że zawarli z PiS porozumienie w sprawie wyboru nowego szefa IPN (w zamian za poparcie kandydatury prof. Wiącka na RPO).
O pozycji Tuska i kondycji samej PO zdecyduje to, czy i w jaki sposób dogada się z Rafałem Trzaskowskim, który dotąd uchodził za najpopularniejszego polityka opozycji. Z dotychczasowych deklaracji na razie nie widać, by nowy szef PO miał jakiś konkretny pomysł na dalszą współpracę ‒ wskazał, że Trzaskowski pełni bardzo ważne funkcje (prezydent stolicy, wiceprzewodniczący PO) i że w razie czego on sam jest gotów przyjechać na inicjatywę Trzaskowskiego Campus Przyszłości.
Tusk, jak dotąd, raczej nie zaskakuje. W pierwszej fazie operacji „powrót” jej główny bohater przede wszystkim atakował PiS, mówiąc o skali rozkradania publicznych środków, rozpanoszeniu się zjawiska nepotyzmu. Przekonywał, że PiS wcale nie jest taki potężny, że to wręcz banda przypadkowych nieudaczników, wspierana przez pracowników mediów publicznych. Potem zaczął częściej odnosić się do Polskiego Ładu i jego skutków gospodarczych. Dopiero wczoraj wyraźnie nawiązał do czegoś, co przez wiele miesięcy definiowało spór między PiS i anty-PiS, czyli sporu o sądownictwo czy interpretację przepisów konstytucji.
Sam PiS, choć przekonuje, że nie boi się powrotu dawnego rywala, ma jednocześnie świadomość, że do gry wchodzi zawodnik „wagi ciężkiej”. I wiele ruchów ze strony partii rządzącej może świadczyć o tym, że jednak nowego lidera PO się boi. Jak słyszymy, już w zeszłym tygodniu ‒ jeszcze przed sobotnim pojawieniem się Tuska na Radzie Krajowej PO ‒ PiS zrobił badania focusowe. Nasz rozmówca związany z partią rządzącą przekonuje, że odbiór nowego lidera PO jest „tragiczny”. „Wraca, bo go tam nie chcą w tej Europie, zostawił nas, boi się, że PO zaraz całkowicie zniknie” – takie zdania padały w wypowiedziach osób, które reprezentują tzw. wyborców środka, czyli ani za PiS, ani za PO – przekonuje nasz rozmówca. Ponadto Donald Tusk od dłuższego czasu jest głównym negatywnym bohaterem „Wiadomości” TVP, a po jednej z jego wypowiedzi Zbigniew Ziobro postanowił złożyć pozew w związku z pomówieniem. Wczoraj swoje dołożyła prokuratura, która w momencie, gdy Tusk zaczął dominować w mediach, w spektakularny sposób wróciła do sprawy byłego polityka PO Sławomira Nowaka.
Choć minęło ledwie kilka dni od powrotu, już dziś wiele wskazuje na to, że nasz rozmówca z rządu ma rację, mówiąc, że do tej pory było bezwzględnie, a teraz będzie jeszcze bardziej.