Nic w polskiej polityce nie ucieszyło mnie od dawna tak, jak awantura wokół deklaracji poparcia przez Lewicę dla rządu Mateusza Morawieckiego w sprawie Funduszu Odbudowy. W przetaczającej się przez Polskę – rozpisanej na dziesiątki wywiadów, polemik i pyskówek – dyskusji nareszcie ujawniła się polityka.
Nie wojny kulturowe, nie spór tożsamości, nie okładanie się symbolami i narracjami – cały ten post modernizm, który przez kilkanaście ostatnich miesięcy nieprzerwanie rządzi debatą publiczną w naszym kraju – ale realny spór interesów, lojalności i dróg dochodzenia do celu. Paradoksalnie ta wielka i nadmuchana przesadą kłótnia publicystów i partyjnych doradców ma w sobie coś odświeżającego – bo jest o coś. Lewica przecięła pępowinę z liberałami, skorzystał na tym rząd PiS, w tle toczy się zaś całkiem trzeźwa dyskusja o polityce rozwojowej i antykryzysowej – słowem: dzieje się.
Jarosław Kaczyński potrzebował większości parlamentarnej, która od tygodni (jeśli nie miesięcy) zależy od coraz mniej przewidywalnych koalicjantów. Możliwe, choć dalece nieprawdopodobne, że potrzebował tej większości do uratowania nie tylko jednego głosowania, lecz także rządów PiS w ogóle. Lewica nie potrzebowała zaś w doraźnym sensie niczego. Liderzy lewicy, choć większość ich wyborców PiS-u nie cierpi, chcieli raczej postąpić w zgodzie ze swoimi zapowiedziami i zachować ideową spójność. Zandberg i Czarzasty wiedzą, że głosowanie przeciwko największemu w znanej nam historii Keynesowskiemu programowi inwestycji w gospodarkę byłoby nie po drodze z tym, co sami o państwie, gospodarce, rozwoju i Unii Europejskiej uparcie powtarzają.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.