Nie wojny kulturowe, nie spór tożsamości, nie okładanie się symbolami i narracjami – cały ten post modernizm, który przez kilkanaście ostatnich miesięcy nieprzerwanie rządzi debatą publiczną w naszym kraju – ale realny spór interesów, lojalności i dróg dochodzenia do celu. Paradoksalnie ta wielka i nadmuchana przesadą kłótnia publicystów i partyjnych doradców ma w sobie coś odświeżającego – bo jest o coś. Lewica przecięła pępowinę z liberałami, skorzystał na tym rząd PiS, w tle toczy się zaś całkiem trzeźwa dyskusja o polityce rozwojowej i antykryzysowej – słowem: dzieje się.
Jarosław Kaczyński potrzebował większości parlamentarnej, która od tygodni (jeśli nie miesięcy) zależy od coraz mniej przewidywalnych koalicjantów. Możliwe, choć dalece nieprawdopodobne, że potrzebował tej większości do uratowania nie tylko jednego głosowania, lecz także rządów PiS w ogóle. Lewica nie potrzebowała zaś w doraźnym sensie niczego. Liderzy lewicy, choć większość ich wyborców PiS-u nie cierpi, chcieli raczej postąpić w zgodzie ze swoimi zapowiedziami i zachować ideową spójność. Zandberg i Czarzasty wiedzą, że głosowanie przeciwko największemu w znanej nam historii Keynesowskiemu programowi inwestycji w gospodarkę byłoby nie po drodze z tym, co sami o państwie, gospodarce, rozwoju i Unii Europejskiej uparcie powtarzają.
Obóz PO-KO nie szczędził też Lewicy w ostatnich miesiącach i latach upokorzeń – ostatnim z nich było choćby spektakularne odcięcie się od kandydatury Piotra Ikonowicza – więc ta w nikłym stopniu poczuwa się do jakiejkolwiek lojalności względem Borysa Budki. Jedność „zjednoczonej opozycji” – wymyślonego tworu – i „anty-PiS” nie była więc w tym sensie żadnym argumentem dla Lewicy, by głosować razem z liberałami i konserwatystami przeciwko PiS.
Geneza tego konfliktu jest aż tak prozaiczna. Nie ma tu wielkich zakulisowych intryg i piętrowych gier, nawet jeśli niektórzy woleliby, żeby tak rzeczywiście było. Tych być może powinno pocieszyć, że dzisiejsza Lewica nie opanowała jeszcze tej umiejętności. I choć postępuje porywczo i asekurancko na przemian, to nie knuje i nie gra w trójwymiarowe szachy. To, że można jeszcze być w polityce i przewidywalnym, i konsekwentnym, i naiwnym – to też miła odmiana.
Dzięki temu jednak, że animozje między liberałami i lewicą wyszły na jaw, udało się też rzucić trochę światła na to, co naprawdę opozycję dziś łączy i dzieli. Na siłę pozszywane po liniach kultury worki – liberałów i lewicy, konserwatystów i prawicy – rozpruły się i są coraz mniej użyteczne. Trochę dla własnej wygody, trochę zaklinając rzeczywistość, a trochę z przyzwyczajenia zwykliśmy myśleć, że wspól na tożsamość skleja i rządzących, i „anty-PiS”.
Ale co może trzymać razem wolnorynkowców z Nowoczesnej, socjalistów z Razem, neoliberalną Platformę, Zielonych, Hołownię i dawnych narodowców w rodzaju Giertycha czy Kamińskiego, którzy robią za najbardziej elokwentny megafon antykaczyzmu w mainstreamowych mediach? Podobnie jak bardzo jednolity jest obóz prawicy, gdy włączyć do niego zarazem darwinistów z Konfederacji, chadecko-socjalne skrzydło PiS, dawnego bankiera i doradcę Tuska w postaci premiera Morawieckiego i polski alt-right z Solidarnej Polski? Słowem: nie da się tego utrzymać w realiach innych niż permanentna wojna kulturowa, gdzie wróg mojego wroga zawsze będzie przyjacielem, a binaryzm podziałów każe nienawidzić wszystkich, którzy nie myślą jak my. Gdy wojna kulturowa przycicha, a na horyzoncie ukazują się nowe możliwości politycznych ruchów, okazuje się też, że i czarno-biały podział w Polsce był sztuczny.
Tak długo, jak spór w Polsce dotyczył tego, czy mogą istnieć „strefy wolne od LGBT” albo czy aborcja to morderstwo – spraw zero-jedynkowych, o dużym moralnym ciężarze i w których poglądów się raczej nie zmienia – łatwo było podtrzymywać jedność dwóch przeciwnych sobie obozów. Dlatego też PiS i „anty-PiS” mocno inwestowały w politykę tożsamości i wojny kulturowe – to pozwalało wprowadzić w Polsce model faktycznie dwupartyjny. Gdy jednak te wojny na chwilę przyhamowały, a merytoryczny spór o Fundusz Odbudowy pozwolił na wyłonienie się nowych ruchów, koalicji i taktycznych sojuszy, wydarzenia szybko przyspieszyły.
I choć nikt nie podejrzewał, że ze wszystkich tysięcy głosowań w Sejmie i dziesiątków konfliktów na opozycji stanie się to akurat teraz – to właśnie spór o Fundusz Odbudowy zresetował polską politykę. Pokazał, że model wiecznych wojen kulturowych ma swoje granice, istnieją jeszcze podziały inne niż binarne, a polska „dwupartyjność” to szkodliwa i toksyczna fikcja.