Rząd jedzie na globalny szczyt szukać możliwości złagodzenia skutków unijnego pakietu klimatycznego
Reklama
PiS uważa, że unijny pakiet jest niekorzystny dla rozwoju naszej gospodarki, ale rząd chce szukać możliwości poluzowania unijnych regulacji bez podważania samych celów. I ma zamiar wykorzystać do tego klimatyczny szczyt w Paryżu.
Polska znajdzie się w podwójnej roli. Jako uczestnik globalnego porozumienia klimatycznego jesteśmy jednym z prymusów, możemy mieć zaś kłopot z wypełnianiem ambitnych unijnych zobowiązań. Wszystko przez różne lata referencyjne. Dla protokołu z Kioto nasze cele emisyjne są odnoszone do 1988 r., czyli okresu sprzed transformacji z dominacją starych energochłonnych technologii, i spełniamy je z naddatkiem. Zamiast wyznaczonych 6 proc. emisja CO2 spadła u nas o blisko 30 proc.
Nasza delegacja chce zwracać w Paryżu uwagę na ten fakt, choć nie wiadomo, czy to będzie skuteczne. Inaczej jest z unijnym pakietem energetyczno-klimatycznym, którego rokiem referencyjnym jest 1990, a do tego niektóre poziomy są odnoszone do 2005 r. Przewidywał on redukcję emisji CO2 o 20 proc. do 2020 r. i 30 proc. do 2030 r. Jak wynika z danych Eurostatu za 2012 r., udało nam się obniżyć emisję o blisko 15 proc. w porównaniu z 1990 r. Czyli do celu brakuje nam jeszcze 5 proc.
– Mamy mandat, żeby pokazywać, że emisja nie jest związana wprost z produkcją, ale z konsumpcją. Co z tego, że państwa europejskie ograniczą emisję u siebie, jeśli jednocześnie wzrośnie ona w Pakistanie czy w Indiach z racji produkcji stali czy cementu dla europejskich gospodarek – dodaje Tomasz Chmal, ekspert ds. energetyki.
Jednak źródłem największych kłopotów dla nas jest to, że Bruksela podkręciła tempo redukcji CO2 i UE jako całość miałaby zredukować emisję o 40 proc. do 2030 r. Choć to cel ogólny, a biedniejsze kraje jak Polska dostaną dodatkowe darmowe uprawnienia do emisji CO2, ale to i tak duże obciążenie dla naszej gospodarki. Na takie warunki zgodził się poprzedni rząd. Także rząd PiS, jak wynika z ostatnich wypowiedzi ministra środowiska Jana Szyszko, nie ma zamiaru kwestionować celu.
– Nie mamy innego wyjścia, niż łagodzić skutki dla polskiej gospodarki. Inaczej musielibyśmy wyjść z UE, a o tym nie ma mowy – uważa Jan Szyszko.
Faktycznie szanse na podważenie zawartego już porozumienia w tej sprawie są iluzoryczne, więc nie pojawia się temat rewizji celów pakietu energetyczno-klimatycznego, o czym słyszeliśmy jeszcze w kampanii. PiS za to będzie szukał możliwości takich merytorycznych zmian w regulacjach, które będą miały go wdrożyć, by minimalizować jego negatywne skutki dla naszej gospodarki. Tu ważne są dwa działania. Chodzi m.in. o próbę dodania nowych możliwości wiązania CO2, obok istniejących metod przemysłowego wychwytywania CO2. Jan Szyszko jest zwolennikiem zalesiania. Polska emituje obecnie 316 mln ton CO2 rocznie. Zdaniem ministra zalesienie 2 mln hektarów najsłabszych ziem, będących własnością państwa, pozwoliłoby przechwytywać rocznie 40 mln absorpcji CO2.
Ważne będzie też pilnowanie opracowywanych właśnie projektów unijnych dyrektyw, które mają pakiet wdrażać, tak by szczegółowe przepisy nie uderzały w naszą gospodarkę. Tu ważne będą szczegóły, np. czy uda się z preferencyjnych funduszy unijnych finansować modernizację elektrowni węglowych. To istotne, bo Polskę czeka jednocześnie kosztowny proces modernizacji energetyki i łączenia jej z deficytowym obecnie górnictwem. Krzysztof Tchórzewski, który ma kierować resortem energii, cytowany przez RMF zapewniał, że będą pieniądze na najbliższą Barbórkę dla górników. Jednak o tym, czy będą na kolejne, może zdecydować właśnie to, co uda się wynegocjować w kwestiach klimatycznych. ©?