Tegnell jest przyzwyczajony do krytyki. Przez cały rok znajdował się pod ostrzałem. Już w połowie kwietnia 21 kolegów po fachu napisało do dziennika „Dagens Nyheter” list otwarty, w którym apelowali o zmianę podejścia władz. Pod koniec maja zaczęła z nim publicznie dyskutować Annika Linde, jego poprzedniczka na stanowisku. Wszystko na nic, dopóki liczby w Szwecji – zwłaszcza na tle innych krajów – wyglądały nieźle. Teraz jednak to się zmienia.
Jesienna fala po raz pierwszy rzuciła na kolana szwedzkie szpitale. W Sztokholmie i okolicach nie ma już wolnych miejsc na oddziałach intensywnej terapii. Björn Eriksson, szef służby zdrowia w regionie, alarmował we wtorek, że liczba pacjentów wymagających takiej opieki jest prawie dwa razy większa od liczby łóżek. Jakby tego było mało, papierami rzuca przepracowany personel. Nasiliła się liczba odejść, zwłaszcza pielęgniarek.
Tegnell ma umocowanie, o którym mogliby pomarzyć polscy urzędnicy. Jest niezależny, a co więcej, politycy dotychczas go słuchali. Tyle że w ostatecznym rozrachunku to rząd poniesie polityczną odpowiedzialność za pandemiczną porażkę. Premierowi przypomniał o tym zresztą w tym tygodniu Mats Melin, stojący na czele komisji mającej wyjaśnić powody żniwa, jakie wirus zebrał wśród pensjonariuszy domów seniora. Stwierdził, że chociaż wina rozkłada się na wiele instytucji, to „krajem rządzi rząd – i to on ponosi ostateczną odpowiedzialność” za niedociągnięcia.
Löfven nie poprzestaje jednak na krytyce Tegnella. Rząd wprowadził zakaz sprzedaży alkoholu po godz. 22, zamierza wysłać więcej dzieci na zdalne nauczanie i ograniczyć liczebność spotkań do ośmiu osób. Ale to wciąż są rekomendacje – Szwedzi nie znowelizowali prawa tak, żeby służby mogły karać za łamanie obostrzeń (jak Polska i inne kraje UE). Rząd dopiero pracuje nad odpowiednią ustawą. Tegnell może więc być spokojny o pracę, ale pierwszych skrzypiec już nie gra. W starciu ze śmiertelną chorobą przenoszoną drogą kropelkową podejście light po prostu nie wystarczy. ©℗