Wzniosłe hasła są dobre na wyborcze kampanie. Po odejściu z urzędu dawni politycy pokazują prawdziwą twarz. Każdy, kto ma pieniądze, może ich kupić.
Staram się zarobić pieniądze, które pozwolą mi dożyć starości – w ten sposób Aleksander Kwaśniewski tłumaczył się na antenie Radia Zet z pracy dla firmy Mykoły Złoczewskiego, który w czasach Wiktora Janukowycza zasiadał w ukraińskim rządzie. I dodawał, że Polacy to zawistnicy, którzy nie lubią, gdy innym się powodzi. Jednak były prezydent nie powinien się dziwić, że media interesują się zarobkami ludzi, którzy w przeszłości pełnili najważniejsze funkcje w państwie. Bo często ich nowa praca stoi w sprzeczności z tym, co wcześniej sami głosili.
Reklama

Reklama
Najłatwiej pod tym względem mają przywódcy największych mocarstw. Ich nazwiska i twarze są powszechnie rozpoznawalne przez miliardy ludzi. Dlatego ich obecność na rozmaitych konferencjach czy forach gwarantuje zainteresowanie potencjalnych uczestników, gotowych wysupłać kilkanaście tysięcy dolarów za samo wejście na salę. Rekord pod tym względem należy do nieżyjącego już Ronalda Reagana, który w 1989 r. otrzymał od grupy medialnej Fujisankei Communcations okrągły 1 mln dol. za tournée po Japonii. Zadanie? Dwa wystąpienia i liczne wywiady dla lokalnych mediów.
Wśród żyjących polityków najwyżej cenią się były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair i eksprezydent USA Bill Clinton. Odnowiciel laburzystów w 2009 r. za dwie półgodzinne mowy podczas dwudniowej wizyty na Filipinach miał otrzymać 400 tys. funtów (po obecnym kursie 2,1 mln zł). Jak pisał „Daily Telegraph”, tytuł jednego z wykładów brzmiał: „Rola przywódcy jako budowniczego narodu w czasie globalizacji”. Clinton, gospodarz Białego Domu w latach 1993–2001, za przemówienie wygłoszone do pracowników Ericssona w Hongkongu miał otrzymać – jak twierdzi „International Business Times” – 750 tys. dol. Z kolei za występ na 90. urodzinach izraelskiego prezydenta Szimona Peresa dostał 500 tys. dol. To jednak wyjątki, bo stacja CNN oszacowała średnie wynagrodzenie Clintona na 189 tys. dol. za przemówienie.
W ten sposób od chwili wyprowadzki z Białego Domu były prezydent zarobił co najmniej 100 mln dol. To kwota, na którą w charakterze głowy państwa musiałby pracować przez 250 lat albo 62,5 kadencji prezydenckich. Pensja prezydenta Stanów Zjednoczonych od 2001 r. wynosi bowiem niezmiennie 400 tys. dol. W czasach Clintona kwota ta była o połowę mniejsza. Tyle że w obu przypadkach chodzi o wynagrodzenie roczne. Na emeryturze wystarczyło, że polityk demokratów wygłosił kilkaset nieprzesadnie długich przemówień.
Wśród polskich mówców niekwestionowanym numerem jeden pozostaje Lech Wałęsa. Jak ujawnił przed rokiem „Fakt”, polski noblista za wykład zagraniczny pobiera do 100 tys. zł.
Taka forma zarobkowania byłych liderów jest jednak najmniej groźna z wizerunkowego punktu widzenia. Gorzej, gdy byli prezydenci i premierzy chcą się – cytując klasyka – „sprawdzić w biznesie”. W biznesie nierzadko sprzecznym ze wzniosłymi hasłami, które zazwyczaj towarzyszyły im podczas kariery politycznej. Najdobitniejszym i najgłośniejszym podobnym przypadkiem jest Gerhard Schroeder. Jako kanclerz należał do najbardziej prorosyjskich szefów rządów państw Unii Europejskiej. Zaprzyjaźnił się z prezydentem Rosji Władimirem Putinem, często usprawiedliwiał najbardziej wątpliwe kroki Kremla. Na dwa tygodnie przed wyborami parlamentarnymi Niemcy podpisali z Moskwą umowę o budowie Gazociągu Północnego, omijającego kraje tranzytowe dla rosyjskiego gazu, a rząd Schroedera udzielił wartej 1 mld euro gwarancji na wypadek, gdyby inwestycja doprowadziła Gazprom do bankructwa. Kilka dni po ustąpieniu z funkcji kanclerza RFN Schroeder występował już w nowej funkcji – szefa rady nadzorczej spółki Nord Stream AG, mającej zbudować gazociąg i zarządzać nim. Na czele firmy stanął były agent Stasi, enerdowskiej tajnej policji, Matthias Warnig.
– Ta sprawa śmierdzi – skwitował niedawny koalicjant socjaldemokratycznego szefa rządu, współprzewodniczący Zielonych Reinhard Buetikofer. – Mam nadzieję, że Schroeder będzie pracował za darmo. Inaczej zaszłoby podejrzenie, że Putin stworzył stanowisko, by go nagrodzić – dodawał na łamach „International Herald Tribune” Rainer Bruederle z liberalnej FDP.
Podejrzenia zapewne Bruederlego nie opuściły, bo Schroeder zarabia w Nord Stream AG 250 tys. euro rocznie. I wciąż broni swojego przyjaciela, wyjaśniając aneksję Krymu czy usprawiedliwiając atak na Gruzję w 2008 r. – Wszyscy powinniśmy zrozumieć, że Schroeder stał się płatnym rzecznikiem Rosji. Służy na rzecz Rosji w olbrzymim konflikcie interesów – mówił niedawno Reutersowi polityk Zielonych Manuel Sarrazin. Zrozumienia dla postawy byłego kolegi nie znajdują już nawet politycy lewicy.
Branżę energetyczną, choć po drugiej stronie geopolitycznej barykady, wybrał także zastępca Schroedera w czasach jego rządów – Joschka Fischer. Dawny lider Zielonych również zaszokował własny obóz polityczny, gdy w 2009 r. objął stanowisko doradcy konsorcjum Nabucco, które ma zbudować gazociąg dostarczający do Europy gaz z okolic Morza Kaspijskiego z pominięciem Rosji. Media oceniły wynagrodzenie Fischera jako sześciocyfrowe. Politycznie projekt nie budzi wątpliwości, w końcu Nabucco jest oficjalnie popierane przez Unię Europejską. Dziwne było zaangażowanie się w projekt byłego lidera Zielonych, tradycyjnie co najmniej ambiwalentnych wobec rozwijania energetyki opartej na paliwach kopalnych.
Pracę w biznesie, nawet powiązanym z Kremlem, da się jeszcze jakoś wytłumaczyć. Gorzej, gdy byli politycy biorą się do współpracy z przywódcami państw o wątpliwej reputacji. Szczególnie dużą grupę znanych nazwisk zgromadził wokół siebie kazachski prezydent Nursułtan Nazarbajew – w tym także Aleksandra Kwaśniewskiego.
Numerem jeden przez co najmniej dwa lata był Tony Blair, specjalny doradca Jełbasy (po kazachsku „ojciec narodu” – to oficjalny tytuł nadany Nazarbajewowi przez parlament). Według telewizji KTK Astana płaciła firmie Blaira 8 mln funtów (41 mln zł) rocznie za doradztwo w sprawach gospodarczych i politycznych. – Jesteśmy wdzięczni Tony’emu Blairowi za wartościowe porady – dziękował szef MSZ Jerłan Ydyrysow.
Dawny lider laburzystów był też podejrzewany o doradzanie reżimowi Muammara Kaddafiego. Wprost oskarżył go o to jego syn Sajfulislam Kaddafi, określając go przy tym mianem „przyjaciela rodziny”. – Doradzał Libijskiemu Zarządowi Inwestycji. Tony Blair ma prawo zarabiać pieniądze – tłumaczył Kaddafi junior jeszcze przed wybuchem wojny. Brytyjski premier zdecydowanie zaprzeczył jakimkolwiek związkom z Trypolisem. Co innego Kazachstan, w tym przypadku dowody są zbyt jednoznaczne.
– Pracujemy, by wspierać rząd Kazachstanu w najważniejszych obszarach reform społecznych, politycznych i ekonomicznych, włączając w to rządy prawa. Nasza praca jest tożsama z pracą wykonywaną przez organizacje międzynarodowe, jak OECD i UE, a zarazem zgodna z tym, czego od Kazachstanu oczekuje wspólnota międzynarodowa – tłumaczył rzecznik Blaira dziennikarzom „Guardiana”. – Tu nie chodzi o pieniądze, ale zmianę kraju – mówił sam ekspremier dla „Financial Timesa”.
Nazarbajewowi doradza także międzynarodowa grupa doradcza, w której oprócz Kwaśniewskiego znalazł się też były kanclerz Austrii Alfred Gusenbauer. W ubiegłym roku austriacka prokuratura prowadziła śledztwo w sprawie szpiegostwa na rzecz Astany. Gusenbauer miał rzekomo dostarczać kazachskiemu Komitetowi Bezpieczeństwa Narodowego tajne materiały dotyczące byłego zięcia Nazarbajewa, biznesmena Rachata Szoraza (dawniej występującego pod nazwiskiem Alijew). W marcu śledztwo zostało jednak umorzone.
Gusenbauer nie jest jedynym austriackim politykiem, który nie zwykł przebierać w ofertach. Były wicekanclerz Hubert Gorbach z radykalnej Wolnościowej Partii Austrii jest np. częstszym gościem na Białorusi. Alaksandar Łukaszenka zwykł zapraszać gości zwłaszcza w trakcie wyborów, gdy potrzebuje zachodnich głosów dowodzących słuszności jego linii politycznej. Najwyżej postawionym polskim politykiem był wicepremier Andrzej Lepper.
– W państwach zachodnich także nie jest rzadkością, że politycy partii rządzących mają lepszy dostęp do mediów. Głosowanie i proces liczenia głosów przebiegły w pełni zgodnie z zachodnimi standardami – mówił Gorbach po białoruskich wyborach w 2010 r. Według oficjalnych danych Łukaszenka dostał wówczas 80 proc. głosów. Badania socjologiczne mówiły o 50-proc. poparciu, taka więc była skala fałszerstwa.