Wojna o Górski Karabach zakończyła się rozejmem, który prezydent Armenii nazwał „bolesnym”. – Rosja sprzedała nas Turkom – mówią mieszkańcy Stepanakertu.
Reklama
Chodziła w kółko i wołała „Alina! Alina!”. Szukała córki. Ona zginęła w nalocie, a matka oszalała. Milczałyśmy, bo wtedy cztery osoby zginęły w naszym domu – opowiada Rita Arzumanjan, emerytowana nauczycielka wychowania fizycznego i języka angielskiego ze Stepanakertu, stolicy nieuznawanej Republiki Arcachu, znanej jako Górski Karabach.
Siedzimy w piwnicy, a Rita częstuje herbatą z przepyszną konfiturą wiśniową. Chwilę wcześniej wraz z siwiuteńką, ledwo trzymającą się na nogach sąsiadką odpoczywała na osiedlowym placu zabaw. – Miałam dobre auto, ale już go nie mam, nie mam też mieszkania – wzdychała, siedząc na karuzeli.
Nagle rozległ się odgłos eksplozji, nad miastem pojawił się dron. – Do piwnicy! Do piwnicy! – krzyknęła, a sąsiadka wybuchła płaczem.

***

Reklama
Konflikt o Górski Karabach sięga okresu tuż po zakończeniu I wojny światowej. Zgodnie z traktatem z Sèvres z 1920 r. miała powstać niepodległa Armenia, do której miały należeć m.in. miasta Kars, Erzurum i Trabzon – dziś leżące w Turcji. Niewielki Górski Karabach też miał być częścią odradzającego się armeńskiego państwa.
Ale już w 1920 r. doszło do paktu bolszewickiej Rosji z rodzącą się Republiką Turcji, na mocy którego podzielono tereny Armenii i południowego Kaukazu. Ormianie byli bezsilni, gdyż od zachodu nacierali Turcy, od północy Rosjanie, a od wschodu Azerowie, którzy w tym czasie stworzyli własne, włączone potem do ZSRR państwo. Zaledwie pięć lat wcześniej Turcy dokonali ludobójstwa Ormian, więc ci zdecydowali poddać się Rosji.
Zamieszkany w 90 proc. przez Ormian Górski Karabach został wcielony do proklamowanej 28 kwietnia 1920 r. Azerbejdżańskiej SRR jako obwód autonomiczny. Jego mieszkańcy nigdy się z tym nie pogodzili, zwłaszcza że Azerowie dopuszczali się w tym czasie pogromów na Ormianach. Do jednej z masakr doszło w Szuszi w 1920 r. W tym czasie Ormianie stanowili tam ponad 53 proc. mieszkańców, kilka lat później odsetek ten spadł do niespełna 2 proc. Dziś z kolei Azerowie traktują Szuszi jako symbol ich własnego wygnania z Górskiego Karabachu przez Ormian, gdyż przez 72 lata – od 1920 r. do zdobycia miasta przez Ormian w 1992 r. – stanowili tam większość.

***

W miasteczku Szuszi stoi katedra Chrystusa Zbawiciela (Ghazanczecoc), z której w latach 1991–1992, podczas kolejnego konfliktu o Górski Karabach, Azerowie ostrzeliwali Stepanakert, doprowadzając do znacznego zrujnowania świątyni. 8 października, w toczącej się do niedawna wojnie, na tę świątynię znów spadły azerskie pociski, poważnie ją uszkadzając.
– Zrobili to specjalnie. Oni chcą unicestwić nasze chrześcijańskie, ormiańskie dziedzictwo – mówi mi ojciec Andreas. Stoimy przed katedrą, a duchowny pokazuje mi uszkodzony dach i jedną ze ścian, zawaloną w wyniku ostrzału. Chwilę później ojciec Andreas przeprowadził w świątyni ceremonię zaręczyn Howika, jednego z ochotników Armii Obrony Arcachu, i Marjam. Para ustaliła, że ich ślub odbędzie się w czwartą rocznicę znajomości. Ponieważ wybuchła wojna, zamiast ślubu były na razie zaręczyny.

***

Armo Gasparjan, właściciel sklepiku ze Stepanakertu, może mówić o dużym szczęściu w nieszczęściu. Domu wprawdzie już nie ma, ale sklep ocalał i co najważniejsze – przeżył zarówno on, jak i jego rodzina. – Wróciłem z towarem, zaparkowałem auto, a sąsiad się spytał: „Masz chleb?”. Nie miałem, ruszyłem do piekarni, pieszo, bo to blisko. Piekarz poprosił, bym napił się z nim wódki. Wzbraniałem się, ale on mówi: „Jak ja przychodzę do ciebie do sklepu, zawsze częstujesz mnie koniakiem, to jak możesz mi odmówić?”. Więc się napiłem i zakąsiłem. Ile to mogło trwać? Kilkadziesiąt sekund. Gdybym tych pięćdziesięciu gram nie wypił, już bym nie żył. Wracam, a tu jak nie huknie, bomba uderzyła w dom. Żona z córką na szczęście były w sklepie. A niedawno wszystko remontowaliśmy. I po co to wszystko…? – wzdycha Armo. I wyciąga spod lady kieliszki i koniak. – Napijmy się. Za zwycięstwo – proponuje.

***

Azerowie twierdzą, że Ormianie pojawili się w Górskim Karabachu dopiero na początku XIX w., gdy w wyniku wojen persko-rosyjskich tereny te znalazły się pod rządami carów. Rosyjskie imperium rzeczywiście wspierało powrót Ormian do Górskiego Karabachu, ale nieprawdą jest, że nie mieszkali oni tam wcześniej. Region w starożytności wchodził w skład królestwa Armenii – jako prowincja Arcach (w 2017 r. Ormianie z Górskiego Karabachu w referendum zmienili nazwę swojego nieuznawanego przez społeczność międzynarodową państwa na Republika Arcachu).
Po upadku bagratydzkiego królestwa Armenii w 1045 r. Arcach pozostał zależnym od sąsiednich władców ormiańskim królestwem, a następnie księstwem Chaczenu. To w tym czasie, w pierwszej połowie XIII w., ufundowany został tu klasztor Gandzasar, jedna z najważniejszych świątyń ormiańskich. Wasalna państwowość ormiańska na tych terenach trwała aż do początku XVII w., gdy rządzący tymi terenami perscy szachowie postanowili ją zlikwidować. Ormianie zaczęli być przymusowo przesiedlani w głąb perskiego imperium. Motywacją szacha była chęć ożywienia handlu. Znaczenie miało jednak również to, że Armenia stała się wówczas areną wojen persko-osmańskich i perscy władcy woleli, by mieszkała tam ludność wyznająca religię państwową – islam szyicki (Osmanowie byli sunnitami). Paradoksem jest przy tym to, że dziś potomkowie tych osadników poczuwają się do etnicznej tożsamości z Turkami.
Przesiedlenia dotyczyły również ormiańskiego wówczas Nachiczewanu, dziś azerskiej eksklawy, oddzielonej od reszty tego państwa ormiańską prowincją Zangezur. Przed włączeniem jej do Azerbejdżańskiej SRR Ormianie stanowili tam 40 proc. mieszkańców, a gdy ZSRR się rozpadał, było to już poniżej 1 proc., a dziś Ormian nie ma tam w ogóle.
Azerowie i Turcy wysuwają przy tym własne teorie historyczne. Czasem wręcz sugerują, że Turcy są pierwotną ludnością południowego Kaukazu, choć historycy są zgodni, że pojawili się oni w tym regionie dopiero w XI w. Innym razem twierdzą, że pochodzą od Albańczyków Kaukaskich, ludu zamieszkującego dzisiejszy Azerbejdżan w starożytności. Ignorują jednak fakt, że nie mają żadnych kulturowych związków z owymi Albańczykami, a rezydujący w Gandzasar katolikosowie (patriarchowie Kościoła ormiańskiego) Albanii Kaukaskiej byli Ormianami. Azerbejdżańska wersja historii jest jednak wpajana mieszkańcom państwa od maleńkości i dlatego wierzą oni, że nie tylko Górski Karabach, ale cała Armenia to ziemie „skradzione” Azerom przez Ormian sprowadzonych tam dopiero przez Rosjan.

***

– Patrz, tam są ruiny Tigranakertu, miasta założonego przez naszego króla Tigrana I w I w. p.n.e. Tam, na tej górze, jest klasztor z XI w., tu wszędzie są nasze chaczkary (kamienne krzyże ormiańskie), więc jak oni mogą mówić, że te ziemie nie są nasze? Przed XX w. nie było tu żadnego Azerbejdżanu – mówił mi w sierpniu w arcachskiej wiosce Nur Maraga 60-letni Rafik, weteran wojny z lat 90.

***

Azerowie posługują się dialektem języka tureckiego, ale do czasu powstania pantureckiego nacjonalizmu kwestie etniczne były drugorzędne wobec różnic religijnych między sunnickimi Turkami a szyickimi mieszkańcami południowego Kaukazu. Panturkizm, dążący do scalenia wszystkich ludów tureckojęzycznych, zmienił percepcję. – Armenia jest kością w gardle tego projektu, wskrzeszonego przez prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdoğana. Dlatego chcą wymazać nas z mapy świata – powiedział mi w trzecim tygodniu toczącej się wojny biskup Tawuszu Bagrat Galstanjan.

***

W 1920 r. Turcja uzgodniła z bolszewicką Rosją, że Nachiczewan, Zangezur i Górski Karabach zostaną włączone do Azerbejdżańskiej SRR. Choć nie dawało to Turcji bezpośredniej kontroli nad tymi terenami, to zapewniłoby ich turkizację i eliminację dziedzictwa ormiańskiego (co w istocie nastąpiło w Nachiczewaniu czy w Szuszi). Plan ten skomplikował opór Ormian, zwłaszcza w wysokogórskim Zangezurze, który doprowadził do utrzymania regionu w granicach Armeńskiej SRR. Zapewniło to Armenii granicę z Iranem, a Turcję i Nachiczewan oddzieliło od reszty Azerbejdżanu. Uratowało to również Górski Karabach przed turkizacją mimo wysiłków sowieckich władz Azerbejdżanu.
Gdy w końcu lat 80. ZSRR zaczął się sypać, Ormianie z Górskiego Karabachu wystąpili z żądaniem przyłączenia ich do Armeńskiej SRR. Gdy Związek Sowiecki się w końcu rozpadł, zarówno Azerbejdżan, jak i Armenia ogłosiły niepodległość – zrobił to także Górski Karabach. W odpowiedzi Azerbejdżan ogłosił likwidację autonomii Górskiego Karabachu – i postanowił stłumić jego niepodległościowe aspiracje. Rozpoczęła się wojna, w której w 1993 r. zaczęli przeważać Ormianie. Wyparli oni wówczas Azerów nie tylko z Górskiego Karabachu, lecz i z terenów go otaczających (strefy buforowej). Zmusiło to Azerbejdżan do negocjacji i w 1994 r. został zawarty rozejm.
Świat nie uznał niepodległości Górskiego Karabachu, co stało się podstawą do opierania przez Azerbejdżan swoich roszczeń na gwarantowanej przez prawo międzynarodowe zasadzie integralności terytorialnej. Ormianie odpowiadają, że Górski Karabach nigdy nie był częścią niepodległego Azerbejdżanu, ale ZSRR. I powołują się na prawo narodów do samostanowienia.
Przez kolejne 26 lat rozejm był nieustannie naruszany przez niezadowolony ze status quo Azerbejdżan. Natomiast negocjacje prowadzone w ramach Grupy Mińskiej OBWE, kierowanej przez USA, Francję i Rosję, okazały się bezowocne. Azerbejdżan nie godził się na żadne rozwiązanie, które zakładałoby pozostanie Górskiego Karabachu poza jego kontrolą. Armenia z kolei odrzucała postulaty uregulowania tymczasowego polegającego na zwrocie strefy buforowej (kluczowej dla obrony przed atakiem azerskim) i formalny powrót azerskiej administracji w samym Górskim Karabachu w zamian za niejasną obietnicę referendum niepodległościowego po okresie przejściowym o niesprecyzowanej długości.
27 września 2020 r. ruszyła azerska ofensywa na całej linii rozgraniczenia.

***

Gdy byłem w Stepanakercie dwa miesiące wcześniej, to miasto tętniło życiem. Wieczorem na centralny plac Odrodzenia wylegały tłumy spacerowiczów. Dzieci krążyły w zabawkowych samochodzikach, a także miniaturowych, plastikowych czołgach, mieniących się kolorowymi światełkami. Wśród tłumu wypatrzyłem prezydenta Arcachu Arajika Harutjunjana, przechadzającego się w obstawie dwóch ochroniarzy.
– Widzicie, jak tu bezpiecznie – powiedział mi, choć wojna wisiała w powietrzu. Zaledwie kilka dni wcześniej doszło do starć między Azerbejdżanem a Armenią w rejonie Tawusz w północnej Armenii. Azerbejdżan i Turcja zorganizowały po tym wspólne manewry, a wojenna retoryka liderów obu tych państw nie pozostawiała złudzeń, że coś znacznie groźniejszego może się zacząć w każdej chwili. – My się niczego nie boimy, już ponad 25 lat żyjemy w takiej sytuacji – powiedział mi wówczas uśmiechnięty Harutjunjan.

***

– Nas atakują nie tylko Azerowie, walczymy też z terrorystami z całego świata, na własne oczy widziałem trupy żołdaków Państwa Islamskiego. Pakistańczycy, Afgańczycy, Syryjczycy, Libijczycy, niektórzy byli całkiem czarni, pewnie z Afryki – opowiada Karen, jeden z ormiańskich żołnierzy ochraniających szpital w Martakercie, który Azerowie zbombardowali 14 października.
– Samolot zrzucił bombę na parking, wcześniej próbowali atakować dronami, ale bezskutecznie – mówi Geworg Tadewosjan, młody mężczyzna z czarną brodą, w mundurze i przewieszonym przez ramię karabinem. – Jestem lekarzem i wcześniej pracowałem w Erywaniu, ale gdy wojna się zaczęła, od razu przyjechałem tutaj, bo pochodzę z wioski koło Martakertu. Mój młodszy brat jest tu ze mną, a starszy w górach, na froncie – dodaje.

***

Kilka dni później w Martakercie spotykam Pawla. Dzień wcześniej ogłoszono zawieszenie broni, już po raz drugi w czasie tej wojny. – Te gady nie dotrzymują słowa. Nie wiem, czy to oni tak decydują, czy Turcja, raczej Turcy, w każdym razie oni dalej będą nas atakować – mówi, stojąc przed swoim zrujnowanym domem.
Wszystkie okna są wybite, a kuchnia i jeden z pokojów zawalone gruzem. Wychodząc, spoglądam na rosnące obok drzewo. To granatowiec. Arcach słynie z żyznej gleby, którą porastają gaje owocowe. Granaty wyglądają na dojrzałe, więc zrywam jeden dorodny, czerwieniący się owoc i zaczynam go obierać. – Chcesz więcej? Zaraz ci przyniosę – woła Armen. Gdy oponuję, stwierdza, że w przyniesie mi co innego. Znika w na wpół zniszczonym mieszkaniu i po chwili wraca z półlitrową buteleczką wody mineralnej. Tak mi się wydawało, ale szybko okazało się, że to tutowka, wódka z morwy, zwykle mająca ok. 60 proc. Na wsi pędzi ją prawie każda rodzina.

***

– Słyszałem, że jest taka propozycja, żebyśmy oddali im strefę buforową, a do Karabachu weszłyby siły pokojowe – mówi Nelson z wioski Karmir Szuka. – Ale to nie jest dobre rozwiązanie, bo jak oni zajmą te tereny, to stracimy łączność z Armenią. Nie, na to się nie możemy zgodzić – podkreśla. Jego sąsiad dodaje, że jedynym sposobem na zakończenie wojny jest międzynarodowe uznanie Arcachu. – Wtedy Turcja nie będzie mogła nas już atakować – mówi, zapalając papierosa. Nie chce więcej rozmawiać.
Początkowo niechętna rozmowie jest też Tatjana, sklepikarka, którą spotykam w Stepanakercie na podwórku osiedla pamiętającego czasy Chruszczowa. Razem z nią na ławce siedzi kilka starszych kobiet, nieco dalej grupa mężczyzn piecze na grillu bakłażany. Ale Tatjana szybko się rozkręca. – Chcemy, by świat usłyszał nasz głos, zrozumiał, że my istniejemy, że Karabach jest. I żeby nas wsparli. Jesteśmy małym narodem, a codziennie giną nasi chłopcy. Wspomóżcie nas – wyrzuca z siebie słowa. – Chcemy zwycięstwa – dodaje jej sąsiadka.

***

7 listopada po południu Stepanakert ewakuowano. Cywile ruszyli w kierunku Armenii, biorąc z dobytku tyle, ile mogli zmieścić w samochodach. Decyzja została podjęta po tym, jak pojawiła się informacja, że w pobliżu miasta widziano azerską grupę dywersyjną. Dwa dni później Azerbejdżan ogłosił, że zdobył Szuszi. Potwierdzili to politycy z otoczenia prezydenta Arcachu. – Ale to nieprawda, w tym czasie nasi wciąż bronili miasta. Szuszi oddano, zdradzono nas – przekonuje mnie dwa dni później Karen, dowódca jednej z grup ochotniczych.
Spotykam go w Stepanakercie dzień po ogłoszeniu rozejmu. Do jego podpisania przez prezydenta Rosji Władimira Putina, premiera Armenii Nikolę Paszinjana i prezydenta Azerbejdżanu İlhama Aliyeva doszło kilka godzin po ogłoszeniu zajęcia Szuszi przez siły azerskie. Miasto góruje nad Stepanakertem, więc też stolica Arcachu stała się zagrożona.
Paszinjan początkowo zaprzeczał, że Szuszi padło, ale zgodził się na podpisanie porozumienia, które nazwał „bolesnym”. Zakłada ono przekazanie Azerbejdżanowi wszystkich terenów strefy buforowej – tych, które zostały zdobyte przez Ormian w latach 1991–1994. Ponadto Ormianie tracą tę część właściwego Górskiego Karabachu, którą Azerbejdżan zajął po 27 września. W sumie Arcach stracił ok. 70 proc. terytorium. Azerbejdżan przy tym nadal uznaje pozostałe tereny za część swojego terytorium, ale de facto zgodził się na ich utratę. Do tego bowiem sprowadza się decyzja o wejściu na te tereny 2 tys. mirotworców, rosyjskich żołnierzy sił pokojowych.

***

– Rosja sprzedała nas Turkom, nie wrócę do Stepanakertu, bo jak teraz tam żyć, gdy wszędzie będą Azerowie, chcący nas wymordować – krzyczy Elena, którą spotykam pod parlamentem w Erywaniu kilka godzin po podpisaniu rozejmu. Z jej oczu leją się łzy. ©℗
fot. Witold Repetowicz(4)