- Sondaży na ogół boją się partie podprogowe i nie wiem, dlaczego dla PiS to jest temat - mówi dr hab. Jarosław Flis, socjolog polityki UJ.
Reklama
Jak pan ocenia pomysły obozu rządzącego na zmianę kodeksu wyborczego?
Z ewentualnym przeniesieniem spisu wyborców z samorządów do Państwowej Komisji Wyborczej nie ma problemu. Choć pamiętajmy, że kilka miesięcy temu (kiedy samorządy nie chciały przekazać Poczcie Polskiej spisów – red.) cała sprawa miała wymiar symboliczny, w porównaniu z innymi problemami, które partia rządząca wygenerowała przy okazji forsowanych wyborów korespondencyjnych. Jak rozumiem, teraz PiS chce się zabezpieczyć – gdyby chciał znów popełnić polityczne samobójstwo, to tym razem przynajmniej zrobi to skutecznie.
To względnie niekontrowersyjna zmiana. W ostatnich wyborach co dwunasty wyborca zagłosował w nieszablonowy sposób, czyli: za granicą, korespondencyjnie, na podstawie zaświadczenia lub dopisał się do list wyborczych w innej gminie niż ta, w której mieszał. W drugiej turze ponad 8 proc., czyli prawie 2 mln wyborców, nie zagłosowało w komisji, w której są zwykle dopisani. Byłoby dobrze, by ktoś nad tym zapanował. Nie mamy pewności, czy w procesie dopisywania się do lokalnych spisów, pozyskiwania zaświadczeń jacyś wyborcy się nie gubią albo nie dublują swojego głosu. Dlatego wydaje się, że centralny spis wyborców, którego budowę zapowiedział już minister cyfryzacji, rozwiązałby ten problem.
Cały czas krąży pomysł stworzenia korpusu urzędników wyborczych, by odebrać kompetencje w zakresie organizacji wyborów samorządom.
Stworzenie dużej administracji wyborczej jest do rozważenia, ale w dłuższym czasie i nie w opozycji do samorządów. Jeśli one powiedzą administracji rządowej: „róbcie sobie to sami”, to taki korpus urzędniczy wcale nie okaże się receptą na problemy. Mamy już przykład wprowadzenia kilku tysięcy urzędników wyborczych do gmin. Praktyka pokazuje, że często są to urzędnicy z sąsiednich miejscowości i tak będący w komitywie z lokalnymi władzami. W efekcie można się zastanawiać, po co ci urzędnicy właściwie tam są.
Czy pana zdaniem jest realny problem z sondażowniami? Czy trzeba odgórnie wskazać, kto ma prawo publikować sondaże?
A czy czasem plakaty wyborcze przerobione w Photoshopie nie zniekształcają rzeczywistości bardziej niż te sondaże? To może ich też należy zakazać? Nigdy nie wiadomo, jak działa sondaż. Są dwie odrębne koncepcje. Zgodnie z pierwszą ludzie wspierają zagrożonych, a zgodnie z drugą – idą za zwycięzcami.
Zresztą w dobie internetu niemożliwe jest cenzurowanie treści. Sondaży na ogół boją się partie podprogowe, więc nie wiem, dlaczego PiS zajmuje się tym tematem. Chyba po to, by partie znajdujące się pod progiem nie wiedziały, że faktycznie pod nim są.
Cisza wyborcza?
Choć jestem jej przeciwnikiem, jest wiele poważniejszych problemów niż cisza wyborcza.
Jakich? A co powinno się zmienić w kodeksie wyborczym?
Na pewno powinien się w nim znaleźć wspomniany już centralny rejestr wyborców. To rozwiązanie, któremu mogą sprzyjać samorządy. Jego wprowadzenie może uprościć procedurę głosowania poza miejscem zamieszkania. Komisje wyborcze, jeśli dostaną do niego dostęp, same mogłyby sprawdzać, czy wyborca nie oddał już głosu w innym miejscu.
Oprócz tego trzeba zmienić sposób rozliczenia finansów na kampanie i partie polityczne. Dziś sprawdza się tylko poprawność księgową rozliczeń, a prawdziwe przekręty często pozostają bezkarne. Dziś przewiduje się sankcje za złe zaksięgowanie przelewu, ale nikt w praktyce nie ściga nikogo za wydanie na lewo 100 tys. zł na kampanię. To przepisy, w których egzekwowanie powinni zostać zaangażowani także policja i prokuratura.
A jakie płyną nauki z ostatniego maratonu wyborczego?
Na pewno do uregulowania jest coś, co nazywamy prekampanią. Kampania jest prowadzona cały czas, partie mają dofinansowanie z budżetu, czemu więc tworzyć jakieś sztuczne etapy ze specjalnymi metodami rozliczenia? Skoro mają pieniądze, niech rozliczają się z ich wykorzystania non stop. Na pewno istotne jest też uregulowanie statusu udziału urzędujących polityków w trakcie kampanii. Tuż przed wyborami prezydenckimi premier wręczał czeki, agitując na rzecz Andrzeja Dudy. Pytanie, czy te jego wyprawy powinny być wliczane do limitu wydatków komitetu prezydenta. To kwestie, które powinny być opisane.
Wiemy, że PiS wstępnie analizuje także możliwości zmiany ordynacji wyborczej. Tu są jakieś pożądane zmiany?
Od lat jestem zwolennikiem zmiany obecnego systemu wyborczego. I Donald Tusk, i Jarosław Kaczyński na różnych etapach postulowali zmianę na tzw. ordynację mieszaną. To zmiana wymagająca dużej ostrożności, ale pożądana. Niestety od lat do niej nie doszło. Natomiast wszelkie inne korekty, zwłaszcza doraźne próby manipulacji ordynacją, wiele nie zmienią – mogą za to zadziałać przeciw PiS. Na przykład bardzo ryzykowny jest pomysł ze 100 okręgami wyborczymi. Nasz system już dziś nagradza duże ugrupowania. Jeśli PiS stworzy 100 okręgów, to zrobi sobie śmiertelnego wroga z Konfederacji, ponieważ ona ma rozproszone poparcie w całym kraju, więc jej kandydaci spadną pod próg wyborczy. Natomiast jeśli chodzi o resztę opozycji, taka zmiana może przesunąć ją na wyższy poziom integracji, a to może kosztować PiS utratę władzy. Przykładem jest Senat, gdzie twarde reguły wymusiły taki proces. Jeśli przeliczyć głosy z tegorocznej I rundy, to 100 okręgów daje PiS zyski, ale tylko jeśli nie dojdzie do porozumienia PO z Lewicą, a Hołowni z PSL.