Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy? Niedawno, dzięki Europejskiej Sieci Pamięć i Solidarność miałam okazję słuchać Chantal Delsol, francuskiej filozofki i historyczki idei, konserwatywnej liberałki, która próbowała zdekonstruować pewną wyższość, z jaką Zachodnia Europa patrzy na polityczne przygody Polski i Węgier.
Francuzom wydaje się, że przez swoją laickość, akceptację dla imigracji, wymianę narodu na społeczeństwo są racjonalni – mówiła Delsol. Europa Środkowa zaś, ze swoją ksenofobią, religijnością czy konserwatyzmem obyczajowym jest w rozwoju racjonalności o stopień niżej. Tymczasem owe rzekome przesądy Europy Środkowej to po prostu kwestia takiej, a nie innej historii narodu i takiej, a nie innej wynikającej z tej historii opowieści.
A więc skąd przychodzimy, kim jesteśmy? Każda wspólnota ma zarys jakiejś opowieści, która wynika z jej kultury i historii i która na te pytania odpowiada. Opowieść taka nie musi być bogata w detal, nie musi być bardzo spójna; może składać się z obrazów i odczuć. Taką opowieść mamy i my, Polacy – niestety nie jedną, lecz dwie.
Reklama
Nasza opowieść numer jeden to opowieść prawicy. Jej bohaterem jest naród – nie społeczeństwo, nie zbiór jednostek. Narracja ta ma zasadniczo strukturę Odysei: naród tuła się przez nieprzyjazne krainy, co i raz narażony na niebezpieczeństwo ze strony czających się wszędzie wrogów, by powrócić do nieokreślonego duchowego domu. Niekiedy zwycięża, a niekiedy niemal ginie z rąk zazdrosnych łotrów (Niemca i Moskala, targowiczan, Unii Europejskiej, wrogich elit). To opowieść manichejska i moralizatorska, a naród zawsze jest tu zwycięzcą moralnym: duszę ma czystą, serce dzielne, ducha mocnego. Naród nie ginie: nawet jeśli zostanie unicestwiony i pozostanie po nim jedynie pył wyschniętej krwi, to ten pył będzie niósł w sobie naród po drogach wygnania, on będzie naród (by zacytować Herberta). Cel tej wędrówki jest niejasny, lecz na pewno ma naturę eschatologiczną – może panowanie, może ukrzyżowanie, może wniebowstąpienie.
Opowieść numer dwa to opowieść lewicowo-liberalna. Jej pozytywne emocje to nie duma czy odwaga, ale radość i optymizm. Bohaterem jest podzbiór ludzkości, czyli społeczeństwo polskie. Ta historia zaczyna się później – niekoniecznie w dawnych wiekach – i traktuje o zbiorowości, która początkowo ciemna, teraz stopniowo przesuwa się ku światłu i ku oświeceniu. Wydarzenia są oceniane ze względu na to, jak popchnęły nas na drodze postępu moralnego i politycznego. Jak mierzy się postęp? Jaki jest cel? Koniec historii, ostateczne nastanie demokracji liberalnej typu zachodniego, indywidualizm, tolerancja, prawa człowieka. No chyba, że duchowi dziejów uda się po drodze wymyślić coś lepszego. Wrogowie to ciemny lud, zabobon, zbyt sztywna tradycja, zwierzęce emocje. Busolą jest ludzki rozum, który w tej wersji opowieści przypadkiem pokrywa się z progresywną wizją świata. To mniej jak Odyseja, a bardziej jak Eneida, bo nie wraca się, lecz płynie przed siebie po to, by na końcu kiedyś powstał jakiś Rzym.

Reklama
Opowieść numer dwa jest bardziej „zachodnia”. U nas hołubiona przez elity, nielicznych znajdujących się w naszym posiadaniu kosmopolitów, lud miejski i wilanowski, wykształciuchów i lemingi. Opowieść jeden to prawica, alt-prawica, ale też do pewnego stopnia wszyscy ci spośród nas, którym dane było przebrnąć przez zestaw polskich lektur szkolnych. I to niekompatybilność tych opowieści jest źródłem naszych największych konfliktów. Liberałowie i lewacy, czyli Eneasze, nie potrafią zrozumieć, jak można wymieniać uniwersalizm moralny na stronniczość w stosunku do przypadkowo danego nam narodu. Odyseusze zaś, czyli prawica i alt-prawica, uznają szerzenie opowieści drugiej za jeszcze jedną, wyjątkowo sprytną zdradę. W końcu perspektywa uniwersalna to podstęp, dzięki któremu za chwilę nieładnie będzie wspominać o narodzie.
To, że nie mamy jednej opowieści, lecz dwie, wiemy od dość dawna. To, co zaskoczyło nas w ostatnich latach, to nagły triumf Odyseuszy. W końcu to opowieść numer dwa ma wsparcie Zachodu oraz popkulturową i akademicką władzę graniczącą z hegemonią – tymczasem jej moc rozpalania serc wyraźnie oklapła.
Widać to w niemal każdym najważniejszym zagadnieniu politycznym, jakie nas ostatnio zajmowało. Uchodźcy, których chciała nam przydzielić UE, mogli być (jak w opowieści drugiej) okazją do rozpoznania wspólnoty człowieczeństwa. Zostali potencjalnym podstępnym wrogiem, który mógłby chcieć zinfiltrować i rozbić naród od środka, zarażając go szariatem i chorobami (wedle poetyki opowieści pierwszej). Trybunał Konstytucyjny mógł być gwarancją racjonalnych rządów prawa, został symbolem ataku, jaki chciała przeprowadzić na naszą suwerenność Unia, próbując interweniować w nasze polskie sprawy. O katastrofie smoleńskiej nie wspomnę; dość powiedzieć, że dawno w opowieści numer jeden nie było tak poruszającego rozdziału. U nas i w paru innych miejscach prozachodni racjonalizm moralny ściera się z moralnym narodowym partykularyzmem. Wygrywa od kilku dobrych lat ten drugi.
Różnie tłumaczymy nagły renesans opowieści narodowej. Gdyby do polskiego budżetu wpadał grosik za każdym razem, gdy ukazywał się tekst identyfikujący przyczyny „fali populizmu”, nie trzeba by nam nawet było uszczelniać VAT, a i tak stać by nas było na 1000+. Wyjaśnień jest moc: od prostoty elektoratu po globalizację, nierówności i pogarszające się warunki życia. W każdym z nich jest ziarno prawdy.
Ale słuchając Delsol pomyślałam sobie, że pisząc o tym najczęściej zapominamy o najprostszym w istocie wyjaśnieniu. Filozofka twierdzi, że francuska rzekoma racjonalność polityczno-moralna to iluzja i wynika wyłącznie z faktu, że historia Francji nie była ciągłą walką o istnienie. Natomiast naród, który dziesiątki razy albo tracił suwerenność, albo był tego bliski, jest w swoim drżeniu o własną integralność zupełnie racjonalny. Domaganie się odeń uniwersalizmu jest jak „gaslighting” (Delsol nie użyła tego konkretnego terminu), czyli doprowadzanie go do szaleństwa.
Być może, pomyślałam, jesteśmy na długie jeszcze lata skazani na opowieść numer jeden, bo taka jest nasza prosta prawda wynikająca z historycznego doświadczenia. Co więcej, alternatywa, czyli opowieść numer dwa, zaczyna być o wiele mniej pewna siebie i powoli rozłazi się w szwach. Za chwilę może będą już tylko Odyseusze, a poza nimi niepewni swego nihiliści.
Problem w tym, że im więcej wokół nas opowieści typu jeden, tym mniej możliwa międzynarodowa współpraca i współistnienie. Jak wody potrzebujemy mitu, który z jednej strony uhonoruje naszą historię, nada nam spójność i pozwoli na polityczny pragmatyzm, z drugiej zaś otworzy nas na innych i przytłumi chorobliwą podejrzliwość. Poeci do piór – precz z Odyseją i Eneidą; czas na nowy polski epos.