Zwycięstwo Sebastiana Kurza w wyborach miało zapowiadać nowe przymierze w Europie Środkowej między Budapesztem a Wiedniem. Relacje obu dawnych części składowych CK Monarchii szybko zaczęły się jednak psuć.
Sebastian Kurz objął urząd kanclerza rok temu 18 grudnia, niemal dokładnie w 150. rocznicę utworzenia Austro-Węgier. Teoretycznie ocieplenie było naturalne. Oba państwa skłóciły się z powodu napięć wynikających z kryzysu migracyjnego w 2015 r. Poprzedni kanclerz i szef MSW nie szczędzili krytyki pod adresem premiera Viktora Orbána, sugerując mu nawet ciągoty faszystowskie. Kurz, młody, ambitny, przebojowy polityk prawicy, niechętnie patrzący na politykę otwartych drzwi, miał przynieść nową jakość.
Nie bez znaczenia były związki towarzyskie; prywatnie Kurz lubi się z szefem węgierskiej dyplomacji Péterem Szijjártą. Miłych słów nie szczędził też Viktor Orbán, upatrujący w liderze Austriackiej Partii Ludowej maszyny napędowej, realizującej w Europie Środkowej wizje chrześcijańsko-konserwatywne. Aby podkreślić znaczenie relacji, premier Węgier udał się do Wiednia austriacką koleją. Dzisiaj widać, że tak silny nacisk na stosunki z Wiedniem był obarczony przesadnym optymizmem. Zamiast wspólnego frontu migracyjnego (i nie tylko), mamy znaczne różnice w stanowiskach. Co więcej, na przestrzeni kilku miesięcy Kurz czterokrotnie wbijał nóż w węgierskie plecy.
Reklama
Po raz pierwszy poszło o rozbudowę elektrowni atomowej w Paks, sztandarowy projekt koalicji Fidesz-KDNP. Na początku roku Austria skierowała pozew do Trybunału Sprawiedliwości UE przeciwko Komisji Europejskiej, która – nie dostrzegając domniemanych uchybień w pomocy publicznej udzielonej inwestycji przez rząd węgierski – zapaliła budowie zielone światło. Austriacy przekonywali, że w ten sposób realizują antyjądrowe założenia własnej polityki. Spór wciąż nie jest rozwiązany, choć rozbudowa elektrowni łapie coraz poważniejsze opóźnienia.
Kolejny odmienny głos pojawił się we wrześniu, w przeddzień głosowania nad uruchomieniem przeciwko Węgrom art. 7 Traktatu o UE. Kanclerz zapowiedział poparcie tej propozycji, a wiceszefowa MSW Karoline Edtstadler podkreślała, że nie będzie taryfy ulgowej dla łamania zasad praworządności. Odpowiedź prorządowych mediów znad Balatonu była natychmiastowa: w nowej narracji Kurz miał być ukrytym wykonawcą woli znienawidzonego przez Fidesz George’a Sorosa.
W listopadzie austriacki rząd podjął z kolei decyzję o ograniczeniu zasiłków na dzieci obywateli UE pracujących w Austrii, jeżeli mieszkają one poza nią. Ich wysokość została uzależniona od kosztów utrzymania w kraju pochodzenia dziecka. Tymczasem w Austrii mieszka 80 tys. Węgrów. To także duża porażka węgierskiej dyplomacji, w tym samego Orbána, który nie zdołał przekonać Austriaków do odstąpienia od tego postulatu.
Kurza i Orbána miała połączyć wrogość do Sorosa. Tymczasem 18 listopada doszło do spotkania kanclerza Austrii z miliarderem węgierskiego pochodzenia. Głównym tematem było przeniesienie kampusu Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego z Budapesztu do Wiednia. Uczelnia musi zmienić siedzibę z uwagi na nowelizację ustawy o szkolnictwie wyższym, która dotyczyła w zasadzie tylko jej. Według rektora uczelnia była nawet gotowa do ustępstw, lecz natknęła się na brak dobrej woli po stronie rządowej. Czas na porozumienie minął 1 grudnia, więc uniwersytet nie może dalej funkcjonować nad Balatonem.
Wydaje się, że po raz pierwszy naprzeciw Orbána stoi w Wiedniu polityk myślący podobnie jak on. Pozbawiony skrupułów, sentymentów czy długoterminowej refleksji, kalkulujący wyłącznie z własnej perspektywy. Kurz jednak zawiódł Węgrów, bo jego postrzeganie prawicowości różni się od jej rozumienia przez Fidesz.
Nadzieję na odbudowę antyimigranckiej koalicji na gruzach dawnej CK Monarchii przyjdzie Orbánowi odłożyć.