Ilekroć mam dość naszych traum i kłopotów z pamięcią historyczną, rozglądam się, żeby sprawdzić, czy innym jest tak samo źle jak nam – nie chodzi nawet o Schadenfreude, lecz o uspokajające przekonanie, że problemy, które wydają się Polakom unikatowe, w istocie są powszechne. W Europie człowiek co i rusz potyka się o niezaleczone spory i animozje: granice biegną nie tak, jak trzeba, zbrodnie pozostają nieukarane, przeprosiny nie brzmią szczerze i przekonująco, opowieści o dawnych i niedawnych dziejach objawiają się w wersjach z gruntu sprzecznych. Dla historyka przyglądanie się tym walczącym ze sobą wyobrażeniom jest równie ciekawe jak badanie faktów.
Dla dziennikarza też – Brytyjczyk Michael Booth ma spore doświadczenie w rozplątywaniu węzłów pamięci i tożsamości, i to w konfrontacji z trudnym materiałem: jego książka „Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych” (przeł. Barbara Gutowska-Nowak, Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego 2015) udanie wnikała pod powierzchnię pozornie homogenicznej społecznej utopii, za jaką uchodzą (albo chciałyby uchodzić) kraje skandynawskiej Północy. Następną wyprawę dziennikarz przedsięwziął w znacznie dalsze rejony: do wschodniej Azji. Booth zna tę część świata, ma na koncie parę interesujących publikacji na temat kulturowych i cywilizacyjnych kontekstów tamtejszej kuchni: to m.in. „Jedz, módl się, jedz” (PWN 2012), „Sushi i cała reszta” (Carta Blanca 2013) oraz „Istota ryżu. O duszy japońskiego jedzenia” (PWN 2018) – wszystkie w przekładach Magdaleny Rabsztyn. Ale w reportażu „Japonia, Chiny i Korea. O ludziach skłóconych na śmierć i życie” o kuchni mówi się niewiele – dużo natomiast o wzajemnej niechęci i rachunku krzywd.
Starszeństwo
„Mogłoby się wydawać, że harmonijne relacje przyniosłyby Chinom, Korei, Japonii, a także czwartemu tygrysowi – Tajwanowi – same korzyści: rozkwit gospodarczy, wymianę kulturalną i technologiczną, wszechstronny postęp i pokój, a jednak kraje te nieustannie balansują na granicy poważnego konfliktu – pisze Booth. – (...) Czemu narody Azji Wschodniej nie mogą żyć w zgodzie? Jak głęboko sięgają korzenie wrogości między Japonią, Koreą i Chinami i co ją nadal podsyca? Czyim interesom służy sabotowanie pokoju między trzema azjatyckimi tygrysami?”. Podróż, jaką Brytyjczyk odbywa po krajach regionu, stanowi próbę znalezienia odpowiedzi na te pytania. W pewnym sensie jest to podróż w poszukiwaniu możliwie pełnej, wiarygodnej narracji.
Oczywiście już na wstępie pojawia się problem, a mianowicie orientalistyczny filtr, przez który ludzie Zachodu patrzą na Azjatów, a który pozwala nam stereotypowo sądzić, że tamtejsze społeczeństwa są w wyraźny sposób inne od naszych i bliźniaczo podobne do siebie – spętane kolektywizmem, hierarchicznością, posłuszeństwem, obsesją na punkcie utraty twarzy. Booth nie zaprzecza, że Azja Wschodnia jest dziedzicem tradycji konfucjańskiej, w hierarchii upatrującej gwarancję ładu społecznego (aczkolwiek trzeba podkreślić, że Konfucjusz definiował jako podstawowe cnoty także dobroć, humanitaryzm czy wykształcenie), i że w regionie istnieje pewien zwyczajowy porządek „starszeństwa”, tak ważny w myśleniu konfucjańskim: Chiny funkcjonują w tym układzie jako najstarsze z rodzeństwa, Korea jako średnia siostra, Japonia jako najmłodsza.
Naruszenie tego symbolicznego porządku, pisze Booth, zbiega się w czasie z początkiem ery ludobójczych katastrof: „Korzenie owej nienawiści i konfliktów tkwią w historii tego regionu, który od schyłku XIX w. jest pasmem najpaskudniejszych okropności, jakie ludzie mogą sobie zgotować nawzajem: wojen, masakr, masowych gwałtów, ataków z użyciem broni chemicznej albo bomb zapalających, totalitaryzmu, głodu, zniszczenia, prześladowań politycznych, tortur i atomowej hekatomby. Pamięć o nich wszystkich jest wciąż żywa w świadomości zbiorowej”. Brytyjski dziennikarz, chcąc uniknąć „orientalistycznego” zniekształcenia, skupia się w swojej opowieści na dwóch zagadnieniach: na uwypukleniu tego, co dzieli wschodnich Azjatów w kwestii interpretacji dziejów i form pamięci, a także na uświadomieniu nam, że kluczowy jest nie statyczny obraz, lecz uchwycenie dynamiki zmian – w szczególności zaś momentu, gdy historia zerwała się z łańcucha i nic już nie było jak dawniej.
Klęska boga
Ten moment można wskazać względnie dokładnie: to połowa XIX w., gdy Azja Wschodnia konfrontuje się z potęgą światowego imperializmu i kapitalizmu – i ulega. Rządząca (nieudolnie) w Chinach mandżurska dynastia Qīng musi uznać brytyjski dyktat po przegranych wojnach opiumowych, Amerykanie (w osobie komandora Perry’ego) zmuszają Japonię do gospodarczego i politycznego otwarcia po 250 latach izolacji. Kraj wchodzi gwałtownie w erę Meiji, Erę Światłych Rządów, korzystając ze wzorców z Zachodu, militaryzuje się, modernizuje i zaczyna snuć marzenia o nowym rozdaniu, ze sobą w roli „oświeceniowej” potęgi, która zbuduje nowoczesny ład w regionie, a jednocześnie ocali Azję Wschodnią przed zachodnią kolonizacją. Gdyby szukać jakiejś – odległej, ale w miarę pasującej – historycznej analogii, to podobny proces ma przecież miejsce w tym samym czasie w Europie, gdzie zjednoczone Niemcy szukają sobie miejsca jako regionalny hegemon z ambicjami kolonialnymi.
Japończycy anektują Koreę, wygrywają wojnę z Rosją, zajmują część Chin i Tajwan – rosną w siłę, a wraz z owym rośnięciem w siłę tracą impet związany z misją cywilizacyjną; wzmaga się za to ich skłonność do stosowania okrutnej, eksploatacyjnej przemocy wobec ludności cywilnej podbitych krajów. A potem przychodzi koniec II wojny światowej – amerykańskie ataki atomowe i słynne przemówienie cesarza z 15 sierpnia 1945: „Po dogłębnym rozważeniu ogólnych tendencji na świecie i warunków, w jakich znalazło się dziś nasze cesarstwo, postanowiliśmy rozstrzygnąć obecną sytuację, sięgając po środek nadzwyczajny. Poleciliśmy naszemu rządowi, by zakomunikował rządom Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Chin i Związku Radzieckiego, że nasze Cesarstwo przyjmuje warunki sformułowane w ich wspólnej deklaracji. (...) Gdybyśmy kontynuowali walkę, doprowadziłoby to nie tylko do ostatecznego upadku i unicestwienia japońskiego narodu, lecz również do całkowitego zniszczenia ludzkiej cywilizacji. (...) Postanowiliśmy utorować drogę do powszechnego pokoju dla wszystkich przyszłych pokoleń. (…) Rozkazujemy wszystkim naszym poddanym, aby postępowali zgodnie z naszymi życzeniami”. Po raz pierwszy Japończycy usłyszeli przez radio głos boga – i to od razu w sytuacji całkowitej klęski.
Zbrodnie wojenne Japończyków – by wymienić tylko rzeź Nankinu (1937–1938), legitymizowane przez państwo gwałty na tysiącach chińskich i koreańskich kobiet czy przerażające eksperymenty na jeńcach i cywilach prowadzone z udziałem broni chemicznej oraz biologicznej (Jednostka 731) – nie tylko stały się w kolejnych dekadach przedmiotem badań historyków i prawników, lecz także uformowały poręczny arsenał narzędzi polityki pamięci.
W samej Japonii do dziś swobodnie funkcjonują rewizjoniści, twierdzący, że wspomniane zbrodnie to wymysły obcej propagandy, kolejni politycy zaś pielgrzymują do świątyni Yasukuni (w centrum Tokio), w której oddaje się cześć duchom ponad dwóch milionów Japończyków poległych w walce za ojczyznę do 1945 r. – niby nic nadzwyczajnego, ale, jak pisze Booth, „w roku 1978 do świątyni wprowadzono w tajemnicy duchy czternastu japońskich zbrodniarzy wojennych klasy A (winnych «zbrodni przeciwko pokojowi»). (...) Zdaniem niektórych wizyta japońskiego premiera w Yasukuni ma taką samą wymowę, jaką miałoby złożenie kwiatów w bunkrze Hitlera przez Angelę Merkel”.
Obojętni młodzi
Z kolei historyczna tożsamość społeczeństwa południowokoreańskiego, paradoksalnie, zbudowana jest nie tylko na idei ponownego zjednoczenia półwyspu, lecz także – a może przede wszystkim – na traumie niegdysiejszej japońskiej dominacji i okupacji. Ubiegającym się o władzę politykom południowokoreańskim opłaca się grać kartą antyjapońskiego resentymentu także dlatego, że w Japonii etniczna mniejszość koreańska jest niejednokrotnie traktowana jako obywatele drugiej kategorii.
Dla Chin Japonia stała się dla odmiany wygodnym chłopcem do bicia po krwawych zajściach na pekińskim placu Tiananmen – w ten sposób można było, odwołując się do pamięci historycznej, odebrać Japończykom polityczny głos w tej sprawie. Zresztą passusy o tym, jak w Azji Wschodniej przeprasza się za wojenne przewiny (to bardzo skomplikowane tak dla przepraszających, jak i dla przepraszanych) należą do najlepszych w książce Bootha.
Co może pogodzić polityków, którym strategia pojednania po prostu się nie opłaca? Brytyjczyk wskazuje na dwa czynniki: po pierwsze na świadomość młodego pokolenia, które historyczne zaszłości kwituje obojętnym wzruszeniem ramion, natomiast jest bardzo zainteresowane regionalną wymianą kulturową (o czym świadczy choćby fenomen K-popu). Po drugie – na potężny kryzys demograficzny dotykający kraje regionu i fizycznie ograniczający ich możliwości gospodarczej (a tym bardziej militarnej) ekspansji: być może w pewnym momencie jakaś forma integracji, mimo systemowych różnic, zacznie być dla lokalnych tygrysów kusząca.
Na koniec uwaga techniczna: z jakiegoś powodu tłumaczka zdecydowała się w reportażu Bootha nie odmieniać dalekowschodnich nazw i nazwisk, także tych, które są względnie zakorzenione w polszczyźnie. Rozumiem zamysł, niemniej zdania „W Yokohama traktowano Chińczyków dość podejrzliwie” albo „Jadę na zachód w kierunku Hiroshima” brzmią dość dziwnie.
Michael Booth, „Japonia, Chiny i Korea. O ludziach skłóconych na śmierć i życie”, przeł. Barbara Gutowska-Nowak, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2021 / Dziennik Gazeta Prawna