Skąd taka różnica między deklarowanym udziałem w wyborach korespondencyjnych a zwykłych?

U sporej części wyborców pojawiła się obawa, że korespondencyjne nie będą uczciwe. To dotyczy głównie zwolenników opozycji. Druga niepewność dotyczy braku tajności. Sposób głosowania może prowadzić do ujawnienia, na kogo został oddany głos. Obie kwestie wpływają na niechęć do udziału w wyborach.

Nie ma tu strachu przed zarażeniem koronawirusem?

Mitem jest, że ludzie się boją, dlatego nie pójdą głosować. Choć taka obawa istnieje, to jest marginalna w kontekście decyzji wyborczych. Nasze badania pokazują, że odsetek ludzi, którzy boją się zarazić, cały czas spada. Obecnie mamy 17 proc. osób, które deklarują strach w związku z rozwojem epidemii, miesiąc temu było to 35 proc.

Skoro im później, tym większa frekwencja, to PiS, dążąc do jak najszybszych wyborów, działa wbrew społecznym oczekiwaniom?

Ale z punktu widzenia własnego interesu politycznego zachowuje się racjonalnie. Im później zrobi wybory, tym wyższa będzie frekwencja, a im ona będzie wyższa, tym trudniej będzie PiS wygrać. I nie chodzi tylko o dzisiejsze nastroje, ale także o to, że wkrótce pojawią się problemy związane z ekonomicznymi skutkami koronawirusa czy suszy. Dziś odczuwamy ulgę, że zostaliśmy dotknięci epidemią w ograniczonym stopniu. Ale nastrój święta nie będzie trwał wiecznie. Takiej emocji nie da się utrzymać do sierpnia. Tym bardziej, że od początku epidemii oceny prezydenta zdążyły spaść. To nie Duda jest bohaterem walki z epidemią. Prezydent mimo prób był gdzieś na drugim czy trzecim planie. W końcu zaczną się rozliczenia, także pod kątem ekonomicznym. A wiadomo przecież, że odmrożona gospodarka nie będzie działała tak jak przed epidemią.

Sondaże w ostatnich tygodniach to hegemonia Andrzeja Dudy i miszmasz w reszcie stawki. Jakie tendencje widać?

Mamy w tej kampanii dwa kociołki. Jeden prezydencko-rządowy, tu sytuacja jest stabilna. I drugi opozycyjny, w którym wrze i kipi. Na początku kampanii przed epidemią, bez względu na ocenę Małgorzaty Kidawy Błońskiej, wydawało się, że ma ona murowane drugiego miejsce, a strategia opozycji to sprawić, by Andrzej Duda nie wygrał w I turze. To się zmieniło, gdy kandydatka PO zapowiedziała bojkot wyborów. To był przełomowy ruch, który rozmroził rynek kandydatów opozycyjnych ustalony do tej pory według hierarchii partyjnej. Nagle wyborcy PO dostali wolną rękę, nie czuli się już zobowiązani do deklarowania głosu na dotychczasową kandydatkę. Tylko niewielka ich część nadal wyrażała chęć oddania na nią głosu. Największa grupa zaakceptowała decyzję o bojkocie i sama postanowiła nie głosować. To o tyle zrozumiałe, że wyborcy opozycji liczą się z wygraną Andrzeja Dudy, więc nie chcą brać udziału w kolejnej porażce. Druga grupa poparła Kosiniaka, a trzecia to ci, którzy wsparli Hołownię. W efekcie w sondażu Kantaru Kidawa wylądowała w okolicach Krzysztofa Bosaka. To był szok, ale sytuacja od tej pory się nie zmieniła.

Jeśli KO zaczęłaby kampanię, obudziła polityczne emocje, to notowania Kidawy nie poszłyby w górę?

Wyborcy mogą już do niej nie wrócić, bo zmienił się obraz politycznej sceny. Mamy dwóch kandydatów walczących o pozycję wicelidera – Władysława Kosiniaka-Kamysza i Szymona Hołownię.

Za Kosiniakiem-Kamyszem stoi aparat partyjny, wyrazista żona, duża konwencja. A co stoi za Hołownią, który z początku wydawał się celebryckim kandydatem?

Mamy dwóch Szymonów Hołowniów w tych wyborach. Pierwszy to Hołownia, którego obserwowaliśmy od lutego do marca – prezenter TVN, mąż pilotki, trochę „fajnopolacki”, prezentujący pomysł na szczęśliwą, liberalną Polskę. Potem Hołownia zniknął na jakieś dwa tygodnie i powrócił jako zupełnie nowy kandydat. Pojawił się Hołownia-kaznodzieja, nauczyciel. Kandydat, który szuka nie tylko wyborców, ale i wyznawców. Wiele energii zainwestował w internet. Oglądając jego materiały, można mieć wrażenie uczestnictwa w kazaniach. To ciekawy zabieg, bo rola Kościoła jest w naszym społeczeństwie szczególna, nawet jeśli ktoś się od niego odżegnuje. A to czyni wyborców podatnymi na takie strategie. W dodatku czas pandemii powoduje, że ludzie z jednej strony szukają opieki władzy świeckiej, która ich obroni przed fizycznym zagrożeniem, ale z drugiej – poszukują pośrednika w kontakcie z siłą wyższą. Niekoniecznie to musi być kapłan, a w pewien sposób tę emocję zagospodarował Szymon Hołownia. Jego wystąpienia czy też „kazania” mają podobny format. Dlaczego to ważne? Większość Polaków kiedyś w swoim życiu była w kościele, dlatego łatwo przyjmują ten schemat, widząc podobieństwa, nawet podświadomie. Istotne jest też to, że Polska zamknięta jest w dialogu, o którym kiedyś napisał Mikołaj Rej – czyli rozmowie między panem, wójtem a plebanem. Także te wybory odbywają się w tym paradygmacie. Mamy „pana”, czyli urzędującego prezydenta, mamy „plebana” zagospodarowującego sferę duchową, czyli Hołownię. Brakuje nam jeszcze wyraźnego „wójta”. W naturalny sposób – bo kojarzy się z wsią – nasuwa się do tej roli lider ludowców. Ale to niekoniecznie ten przypadek.

Jakie cechy powinien mieć zatem taki wójt?

Wójta cechuje zdrowy rozsądek, prostolinijność i brak związków z elitami lub władzą. Dotychczas byli nim Paweł Kukiz czy Andrzej Lepper.

A co z lewicą?

Ona ma problem, który nazywa się „Szymon Hołownia”. On skutecznie zabiera głosy lewicy i Robertowi Biedroniowi. Większość wyborców Hołowni, bo ponad 70 proc., to kobiety z formacji liberalno-lewicowej i liberalno-konserwatywnej. Lewica z Biedroniem ma ten sam problem, co Koalicja Obywatelska z Kidawą-Błońską – Biedroń po prostu ciągnie swoją formację w dół. Hołownia przyciągnął wyborców post-palikotowych. Oni poszli za Hołownią, kompletnie nie bacząc na jego poglądy, zostali przez niego uwiedzeni potrzebą, którą on zaspokaja.

Który kandydat najlepiej zdyskontował temat pandemii?

Hołownia. On najlepiej obsłużył emocje, na które było zapotrzebowanie.

Zrobił to lepiej niż Kosiniak-Kamysz, który przecież też wyraźnie urósł w sondażach?

Myślę, że tak. Lider PSL zebrał z rynku już wszystko, co mógł i ma nikłe szanse na odebranie wyborców Andrzejowi Dudzie. Natomiast Hołownia wciąż może kilka punktów uzbierać kosztem Kidawy-Błońskiej i Biedronia.

Czy w takim razie to są jeszcze wybory prezydenckie, czy wstęp do nowego rozdania politycznego?

Częściowe odpowiedzi uzyskamy w dwóch momentach. Pierwszym będzie ustalenie terminu wyborów. Jeśli odbędą się 23 maja, to duże szanse Andrzeja Dudy na rozstrzygnięcie w I turze przekreślą wariant większych przetasowań. Bo to będzie oznaczać porażkę opozycji jako całości. W sierpniu wygrana Dudy w I turze wydaje się być niemożliwa. Dojdzie do II tury, a jej wynik nie jest prosty do przewidzenia. Nie wykluczałbym nawet, że nie będzie reelekcji Andrzeja Dudy. Kandydat opozycji, który wejdzie do II tury i być może zostanie prezydentem, będzie nadawał ton całej opozycji. Na dziś wydaje się, że nie będzie to Kidawa-Błońska. A to oznaczałoby sporą przebudowę sceny politycznej. Przy czym jeśli będzie to Kosiniak-Kamysz, przebudowa ta będzie nieco mniejsza niż gdyby to miał być Hołownia. Wtedy byłaby to zmiana co najmniej tak duża jak budowa PO na gruzach Unii Wolności. Należy się spodziewać, że po takich wyborach Szymon Hołownia zacząłby budować własne stronnictwo polityczne. I myślę, że osób, które wówczas zgłoszą się do niego ze swoim politycznym listem motywacyjnym i CV, będzie całkiem sporo.