statystyki

Kalinowski: Małżeństwo jest małżeństwem, ja na inną formułę się nie godzę [WYWIAD Rigamonti]

autor: Magdalena Rigamonti26.04.2019, 07:23; Aktualizacja: 26.04.2019, 07:24
Kiedy w 2001 r. wszedłem do rządu Leszka Millera, wiedziałem, że negocjacje unijne, szczególnie te dotyczące rolnictwa, będą trudne.

Kiedy w 2001 r. wszedłem do rządu Leszka Millera, wiedziałem, że negocjacje unijne, szczególnie te dotyczące rolnictwa, będą trudne.źródło: Dziennik Gazeta Prawna
autor zdjęcia: Maksymilian Rigamonti

To Tadeuszowi Mazowieckiemu zawdzięczam udział w negocjacjach unijnych. Zdziwił się, że nie ma mnie w składzie delegacji, powiedział: „Ale jak to, przecież rolnictwo jest ważne i w sensie finansowym, i w politycznym”. Rozumiał, że w referendum unijnym wieś też musi wziąć udział - mówi Jarosław Kalinowski polityk PSL, były minister rolnictwa w rządach Włodzimierza Cimoszewicza i Leszka Millera, poseł do Parlamentu Europejskiego.

Ma pan świnie?

Syn ma w chlewni 20 świń matek w cyklu zamkniętym.

Czyli cały czas rodzą.

Rodzą, a młode wychowywane są do tucznika. W ramach UE dopłaca się też do tego, żeby nie ginęły rodzime rasy świń. My mamy rasę puławską.

Sto złotych na każdą z nich pan dostanie.

Jeśli nawiązuje pani do obietnic Jarosława Kaczyńskiego, to niestety nie jest to takie proste. Przecież wiadomo, że prezes PiS nie wiedział, o czym mówi, kiedy ogłaszał dopłaty do krów i świń. Ktoś musiał mu ten pomysł podsunąć. Zrobił to zresztą bardzo niechlujnie. Przecież my już dawno wynegocjowaliśmy dopłaty do krów i do młodszych grup wiekowych bydła od 300 do 380 zł za sztukę – w sumie do pierwszych 40 sztuk w każdej oborze. A to, co zaproponował prezes Kaczyński, dotyczy tylko zwierząt chowanych ekologicznie, a więc 1–2 proc. gospodarstw.

Ale PR-owo to Jarosław Kaczyński znokautował PSL, prawda?

Nie uważam tak. Rolnicy są świadomi, że od dawna dostają dopłaty do bydła. Jarosław Kaczyński bardziej się ośmieszył niż znokautował kogokolwiek, bo kiedy ludzie usłyszeli, że po 500 zł na każde dziecko, prezes chce dawać 500 plus na każdą krowę, to pomyśleli, że w tym PiS to powariowali.

Ile dotacji unijnych przyjął pan przez te 15 lat?

Nie robiłem takich obliczeń, ale wiem, ile rocznie uzyskuję z dopłat bezpośrednich. Mam 18 ha, syn drugie tyle. Ponadto dzierżawimy ziemię. W sumie uprawiamy prawie 80 ha. Zazwyczaj liczy się dopłaty hektarowe, a te w Polsce otrzymuje właściciel gruntu, a nie rolnik, który dzierżawiąc, uprawia ziemię.

Dopłaty są niższe niż w Europie Zachodniej.

Ale niewiele niższe. Przecież w obecnej perspektywie podnieśliśmy te dopłaty do średniej europejskiej. Mamy 250 euro na hektar, Niemcy i Francuzi niewiele więcej (270–280 euro). Trzeba też pamiętać, że płatności obszarowe nie są jedynymi, z jakich mogą korzystać polscy rolnicy. Za poprzedni rok, łącznie z płatnościami związanymi z produkcją, dostałem ok. 25 tys. zł.

Nie wszyscy sobie zdają sprawę, że to o wiele więcej niż było proponowane naszym rolnikom w negocjacjach akcesyjnych. Punktem wyjścia było 25 proc. kwoty dopłat.

Kiedy w 2001 r. wszedłem do rządu Leszka Millera, wiedziałem, że negocjacje unijne, szczególnie te dotyczące rolnictwa, będą trudne. Moje szczęście polegało na tym, że miałem wokół siebie ekspertów, doskonałych fachowców – wielu z nich zdobywało doświadczenie na zachodnich uczelniach, jak Czesław Siekierski, Jerzy Plewa i inni. Gdy jeździłem do Brukseli na spotkania 10 ministrów rolnictwa z krajów kandydujących z Franzem Fischlerem, komisarzem ds. rolnictwa w UE, to dzięki tym doradcom byłem świetnie przygotowany. Pamiętam, jak Fischler złożył raport podpisany przez wybitnego francuskiego profesora, że 25-procentowe dopłaty bezpośrednie są wystarczające dla Polski, że to znakomita oferta i olbrzymi wzrost dochodów dla polskich rolników. I w tym momencie ja przedłożyłem nasz raport przygotowany przez uczniów tego profesora. Nasi eksperci cieszyli się tam ogromnym poważaniem i dzięki nim druga strona wyrabiała sobie opinie o nas, o Polsce. Proszę pamiętać, że po wyborach, po odejściu premiera Jerzego Buzka, po sformowaniu rządu premiera Millera byliśmy na ostatnim miejscu spośród państw kandydujących, jeśli chodzi o zamknięte obszary negocjacyjne. Jednym z nich był budżet. Na trzy czy cztery miesiące przed posiedzeniem Rady Europejskiej w Kopenhadze w grudniu 2002 r. Polska nie zamierzała zmieniać swojego stanowiska w tej sprawie opracowanego jeszcze za rządów premiera Buzka. Na mój wniosek zostało ono jednak zaktualizowane. Skoro mieliśmy płacić składkę adekwatną do naszego dochodu, a w zamian uzyskiwać tylko 25-procentowe dopłaty bezpośrednie, to poczuliśmy się oszukani. Trzeba było dalej negocjować. Nie wszyscy się z tym zgadzali. Pamiętam, że na posiedzeniu rządu było w tej sprawie wielkie spięcie.

Z premierem Millerem?

Też. Posiedzenie Rady Ministrów to nie tylko ministrowie, lecz także duża grupa innych ludzi. Miller, doświadczony polityk, przy tak wielu świadkach nie chciał nic rozstrzygać. Zarządził przerwę. W składzie konstytucyjnym udaliśmy się do jego gabinetu. A tam głosowanie – kto jest za propozycją Kalinowskiego, żeby zmieniać nasze stanowisko w sprawie budżetu. Trzech ministrów było przeciwko. Inni za. Niebawem, 13 grudnia 2002 r., podczas negocjacji ze stroną unijną, stanęło na 55 proc. dopłat bezpośrednich. Pamiętam, że kiedy rozmawiałem z rolnikami i powtarzałem im te liczby: 25 proc. podwyższyliśmy do 55 proc., że osiągnięcie tego pułapu zajęło siedem, a nie dziesięć lat, to tylko kiwali głowami...


Pozostało jeszcze 80% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (9)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie