Reklama
BBC popełnia błąd relacją o księciu Filipie w stylu północnokoreańskim” – napisał na Twitterze Chris Mullin, były poseł Partii Pracy. Ten wpis pojawił się 10 kwietnia, dzień po śmierci męża królowej Elżbiety II. Stacja zdjęła z anteny programy, m.in. bardzo popularny kulinarny show „Master Chef” oraz tasiemiec „EastEnders”, by przez kilka dni niemal 24 godziny na dobę omawiać jego życie i śmierć. Widzowie oraz słuchacze mieli np. zachwycać się tym, że książę Edynburga zaplanował własny pogrzeb – i to w najmniejszych szczegółach. Według jego wskazówek zmodyfikowano Land Rovera Defendera, który przewoził trumnę z jego ciałem (otwarta laweta), wybrał kolor auta (wojskowa zieleń) i nawet gumowe „nóżki” trumny.
W efekcie tych relacji brytyjski publiczny nadawca otrzymał rekordowe w swojej historii 109 741 zażaleń. Ludziom nie podobało się, że relacja o śmierci księcia jest na wszystkich kanałach, zamiast na jednym, dla zainteresowanych, i że wyparła nawet to, co najpilniejsze, czyli informacje o pandemii. BBC musiała w rezultacie stworzyć specjalny formularz do składania zażaleń na stronie internetowej, by publiczność mogła dać upust niezadowoleniu. Ale inne media nie pozostawały w tyle za BBC. „The Times” wspominał, że osobisty krawiec księcia zachwycał się kilka lat wcześniej, że Filipowi w ciągu kilku dekad przybyły w pasie tylko 3 cale. Nawet niechętny monarchii lewicowy „Guardian” miał czarno-białą okładkę i aż trzynaście stron poświęcił zmarłemu.
Wszystko to pokazało, jak bardzo skostniałe są brytyjskie media i jak skoncentrowane na starszym odbiorcy. Jakby nie zauważały, że wielkimi krokami idzie nowe.
Kozioł ofiarny

Reklama
Badania opinii publicznej, które w tym roku przeprowadził YouGov, pokazują, że poparcie dla monarchii, choć nadal wysokie, bo wynoszące średnio 61 proc., jest tym niższe, im młodszy wiek ankietowanych. Wśród Brytyjczyków powyżej 65. roku życia sięga 81 proc., lecz wśród dorosłych poniżej 24 lat tylko 31 proc., podczas gdy jeszcze dwa lata temu było to 46 proc. – Monarchia powinna zostać zniesiona i zastąpiona przez demokratycznie wybieraną głowę państwa – przekonuje Melissa Wee, 18-letnia maturzystka z Londynu, która od jesieni będzie studiować media cyfrowe na uniwersytecie w Leeds. Zdanie to podziela już 41 proc. młodych Brytyjczyków (26 proc. dwa lata temu).
Młodzi są wychowywani w coraz bardziej równościowej ideologii, a więc snobizm i skostniałość rodziny królewskiej i tego, co ją otacza, mogą ich tylko irytować. Zmarły książę Filip był doskonałym przykładem klasowej wyższości, która musi wydawać się dziwna Brytyjczykom uczonym w szkołach szacunku dla mniejszości, włączania osób niepełnosprawnych w życie społeczne oraz celebrujących co roku Tydzień Historii Czarnoskórych. W szkołach wyznaniowych naucza się religii, ale uczy się również religioznawstwa. Dzieci ze szkół anglikańskich mają obowiązkowe wycieczki do synagog i meczetów, poznają tradycję żydowską i muzułmańskie prawdy wiary. Protesty Black Lives Matter, które wybuchły w USA w zeszłym roku, bardzo szybko rozprzestrzeniły się także w Wielkiej Brytanii. W oknach wielu domów wciąż wiszą symbole akcji „Black Lives Matter”, tak jak w czasie referendum brexitowego wisiały kartki z napisem „Remain” (Pozostańmy).
W księgarni Foyles w Londynie na półce z książkami na temat rodziny królewskiej wśród ok. 70 pozycji można znaleźć antologię dowcipów księcia Filipa sporządzoną przez Karen Dolby („The Wicked Wit of Prince Philip”). Oto próbka. W 2002 r. piętnastoletni kadet Stephen Menary, który stracił wzrok w ataku bombowym IRA, został zaproszony na uroczyste sadzenie drzewek w Hyde Parku. Królowa zapytała go, czy cokolwiek widzi, co Filip skomentował głośno: „Chyba niewiele, sądząc po tym, jaki założył krawat”. Z kolei kobiecie, której dwóch synów zginęło w pożarze w 1998 r., powiedział, że alarmy przeciwpożarowe „to dopust boży; mamy jeden w łazience i włącza się od pary, kiedy biorę prysznic”. Nie stronił też od żartów z innych kultur. W 2003 r. podczas wizyty w Nigerii, gdy zobaczył prezydenta Oluseguna Obasanjo w narodowym stroju, powiedział: „Wygląda pan, jakby był gotowy do spania”.
Brytyjskie media są uniżone wobec królowej oraz książęcej pary Williama i Kate, za to Harry i Meghan, którzy w marcu 2020 r. zrezygnowali z pełnienia oficjalnych funkcji w rodzinie królewskiej, są przedstawiani w jak najgorszym świetle. Nie ma dnia, by nie informowano o nowym skandalu, w który mają być zamieszani. Ostatnio pisano, że nie spytali królowej, czy mogą dać córce imię Lilibet, co jest zdrobnieniem od Elizabeth. Popularny prezenter telewizyjny Pierce Morgan wydał Meghan prywatną wojnę, podobno z osobistej zemsty za to, że choć raz spędziła z nim urocze dwie godziny w pubie, to gdy tylko poznała księcia Harry’ego, zerwała z nim znajomość. Kalumnie, jakie Morgan rzuca na jej temat, stały się niemal codziennym punktem medialnego cyklu.
Harry i Meghan są też bez przerwy przeciwstawiani Williamowi i Kate. Media nie mogą wybaczyć Harry’emu, że związał się z pyskatą Amerykanką i wybrał wolność w słonecznej Kalifornii, zaś Williama kochają za to, że płodzi kolejne aniołki z dobrze ułożoną Angielką. Kate cieszy się wizerunkiem słodkiej żony i cudownej matki, której nie skalał żaden skandal. Od czasu do czasu podejmuje próbę stania się też królową ludzkich serc (tak była nazywana księżna Diana, matka Williama i Harry’ego), jak wtedy, gdy zjawiła się na czuwaniu zorganizowanym po tragicznej śmierci Sary Everard, 33-latki zgwałconej i zamordowanej w Londynie w marcu tego roku przez policjanta. Kate jednak działa ostrożnie, a media chronią jej wizerunek. Zapewne z tego powodu rzucają się na Meghan – potrzebny jest im spór w rodzinie królewskiej i ciemnoskóra, niezależna Amerykanka jest doskonałym kozłem ofiarnym.
Ta nagonka też nie bierze pod uwagę sympatii młodych. – W sporze między nimi a rodziną królewską ja i moi znajomi jesteśmy po stronie Meghan i Harry’ego. Ich historia pokazała, że w pałacu Buckingham panuje zinstytucjonalizowany rasizm. Jak moglibyśmy popierać taką instytucję? – mówi Wee.
Obojętność
Dawanie tabloidom tematów oraz dostarczanie rozrywki wydaje się dziś głównym zajęciem rodziny królewskiej. Ale ten spektakl kosztuje; i z roku na rok staje się coraz droższy. – Windsorowie przejadają co roku miliony wyjęte z kieszeni podatników – przekonuje Graham Smith, szef organizacji Republic, prowadzącej kampanię na rzecz zniesienia monarchii w Wielkiej Brytanii. W 2020 r. podatnicy wydali 69,4 mln funtów na utrzymanie królowej i jej rodziny. To o dwa miliony więcej niż w poprzednim roku i aż o 22 mln więcej niż dwa lata wcześniej.
W dyskusjach o monarchii często pojawia się argument, że jej utrzymanie jednak się opłaca. – Monarchia daje nam miękką siłę wpływu oraz przyciąga inwestorów. Ludzie zrobią wiele, żeby spotkać się z królową – mówi Michael, 46-letni finansista z Londynu. Wspomina czasy, kiedy Elżbieta II podróżowała po świecie jachtem Britannia. – Na pokładzie odbywały się kolacje, podczas nich często rozmawiano o handlu. Handel jest w wielkim stopniu sprawą kontaktów osobistych – dodaje. Jego zdaniem monarchia jest szczególnie ważna po brexicie. – Znaczenie Wielkiej Brytanii siłą rzeczy spadło. Bez monarchii staniemy się krajem drugiej, a nawet trzeciej kategorii – tłumaczy.
Miles Taylor, profesor historii nowożytnej na Uniwersytecie w Yorku, autor książki „Empress: Queen Victoria and India” (Cesarzowa: Królowa Wiktoria i Indie), inaczej widzi bilans strat i zysków. – Utrzymanie rodziny królewskiej kosztuje nas co roku straszne pieniądze, ale zyski, np. dla gospodarki, wcale nie są oczywiste. Owszem, przyjeżdżają turyści, by zrobić sobie zdjęcie przed pałacem Buckingham. Ale do Luwru i Wersalu też przyjeżdżają, choć nikt w nich nie mieszka – mówi. Smith mu wtóruje: – Nie ma żadnego dowodu, że monarchia przyciąga pieniądze i że turystyka by ucierpiała, gdybyśmy przestali mieć królową lub króla. A poza tym, jaki kraj pisze konstytucję, biorąc od uwagę turystykę?
Turystyczne argumenty nie budzą entuzjazmu młodych. – Mamy poczucie, że monarchia to głównie atrakcja dla Amerykanów. Przyjeżdżają i od razu chcą zobaczyć pałac Buckingham. Nas, londyńczyków, monarchia w ogóle nie interesuje – mówi Wee. Ona urodziła się w Londynie, ale jej rodzice pochodzą z Singapuru. – Czuję się w związku z tym może trochę mniej Brytyjką, ale z tego, co wiem, wszyscy moi znajomi myślą tak samo jak ja, również ci o całkowicie angielskich korzeniach – dodaje. 30 proc. badanych przez You Gov w wieku 18–24 lat deklaruje chęć zniesienia monarchii, a 36 proc. obojętność wobec niej. W grupach powyżej 50 lat obojętnych jest tylko 6 proc.
Kolejna kwestia to znaczenie symboliczne monarchii. – Brytyjczyk pochodzenia pakistańskiego oraz Anglik z krwi i kości tak samo kłaniają się królowej. Symbole monarchii jednoczą ludzi, którzy przez to nie mają pokusy wejścia w prawdziwy nacjonalizm. Wystarczy im patriotyzm, machanie flagą, celebrowanie urodzin królowej – wyjaśnia Michael. Ale ocena, kiedy patriotyzm przestaje być niewinny, też jest kwestią pokoleniową. – Monarchia budzi w ludziach patriotyczne uczucia, które mi się nie podobają, bo są bliskie nacjonalizmowi – mówi Wee.
Referendum
Choć monarcha nie ma prawa wtrącać się do polityki, to jest w niej wykorzystywany. – Nie znamy opinii królowej na temat brexitu, przypuszczamy, że nie była to kwestia, która bardzo ją poruszała, ale np. wiemy, że jest przeciwna niepodległości Szkocji. Swego czasu było w prasie wiele przecieków na ten temat – mówi Miles Taylor.
Nawet gdy monarcha się nie wypowiada, uważany jest przez rojalistów za siłę stabilizującą i ograniczającą ekstremizmy. – W XVII w., kiedy w Wielkiej Brytanii powstała monarchia konstytucyjna, taki ustrój był nowoczesny. Miała być wentylem, dzięki któremu na Wyspach nie dojdzie do absolutystycznego despotyzmu, takiego jak w katolickich krajach na kontynencie. Był to znak naszej nowoczesności. Ale od tego czasu minęło prawie 400 lat i dziś jest znakiem tradycjonalizmu – mówi Taylor. – Jesteśmy zafiksowani na punkcie monarchii, bo nadal nie mamy konstytucji. Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wreszcie ją napisać – dodaje.
Pozycja monarchy w Wielkiej Brytanii jest paradoksem. Z jednej strony ma się nie wtrącać do polityki. Twórcy serialu „The Crown” dawali do zrozumienia, że królowa Elżbieta II próbowała kwestionować decyzje Margaret Thatcher, co skończyło się dla niej upokorzeniem. Ale z drugiej strony monarcha ma sporo kompetencji, z których sam nie ma prawa skorzystać. – Daje to rządowi niesłychaną siłę, bo władza ta przechodzi po prostu na premiera. W marcu 2017 r. Theresa May chciała rozpocząć proces wychodzenia z Unii Europejskiej bez głosowania za brexitem w parlamencie, używając instytucji prerogatywy królewskiej. W 2019 r. Boris Johnson próbował zawiesić parlament, by uciąć debaty na temat brexitu: użył argumentu, że nie musi konsultować się z izbą, wystarczy, że dostanie zgodę monarchy. To fikcja konstytucyjna. Naprawdę czas coś z tym zrobić – mówi Taylor. Zgadza się z tym Smith. – Monarchia jest niezgodna z wartościami demokratycznymi. Rząd Wielkiej Brytanii jest jednym z najsilniejszych wśród państw demokratycznych. Nie ma wystarczającego systemu, który by go powstrzymywał i ograniczał.
Ale wszystkim tym debatom towarzyszy siła inercji społeczeństwa. – Monarchia konstytucyjna nie jest systemem, który bym wymyśliła, gdybym zaczynała od zera. Ale ponieważ nie zaczynamy od zera, myślę, że działa w miarę dobrze. Jeśli ktoś chce radykalnie zmienić sposób, w jaki działa nasze społeczeństwo, są znacznie lepsze cele niż monarchia, takie jak nierówności, niedofinansowanie sektora publicznego i korupcja w mediach – mówi Cecilia, 45-letnia szefowa firmy cateringowej z Londynu.
Jak mogłoby dojść do zniesienia monarchii? – To proste. Może to przegłosować parlament zwyczajną większością głosów: 50 proc. plus 1 – mówi Graham Smith. Ale w Wielkiej Brytanii przeważają obecnie torysi, których zwolennicy w 86 proc. nadal popierają monarchię, w porównaniu z 55 proc. wyborców Partii Pracy. Laburzyści są tak słabi, że nie wydaje się, żeby mieli wkrótce wrócić do rządów. – Ale wiele może się zmienić, gdy królem zostanie Karol, który ma znacznie mniejsze poparcie społeczne niż jego matka. Jeśli odmieni się nastawienie społeczeństwa, możliwe jest rozpisanie referendum. Jak wiemy od czasu plebiscytu brexitowego, można w ten sposób przegłosować zmianę, omijając parlament – mówi Smith. Taylor uważa jednak, że sprawa jest bardziej skomplikowana. Najpierw parlament musiałby zgodzić się na referendum w sprawie istnienia monarchii, tak jak musiał zgodzić się na referendum brexitowe. A poza tym – mówi – jest jeszcze Izba Lordów, która z pewnością stałaby na straży monarchii. Wiele mówi też przykład Australii. Tamtejsza opinia publiczna i premierzy od dawna deklarują chęć wyjścia z Brytyjskiej Wspólnoty Narodów (Commonwealth), a gdy przychodzi czas decyzji, nie udaje się tego przegłosować w referendum. Monarchia trwa.