20. rocznica wejścia Polski do Unii Europejskiej przypadła w szczególnym momencie: trwająca kampania do Parlamentu Europejskiego sprawiła, że trudno było świętować w atmosferze radości. Nietrudno zrozumieć więc tych, którzy z nostalgią wspominają czasy przedakcesyjne. Wtedy dołączenie do UE (oraz NATO) było kluczowym celem naszej polityki zagranicznej. Celem, co do którego istniała powszechna zgoda.

Warto przypomnieć, że mijające lata przysłoniły rzeczywisty obraz czasu wejścia do Wspólnoty. Klimat ponadpartyjnej sztafety nie trwał długo – dokładnie 20 lat temu atmosfera wokół UE nie była odmienna od obecnej. Pierwsze fundamentalne spory o to, jakiej Unii chcemy i jakie w niej miejsce zajmować, rozpoczęły się, zanim jeszcze uzyskaliśmy formalne członkostwo we Wspólnocie.

Konwent Europejski w lipcu 2003 r., na niecały rok przed naszym wejściem do Unii, zaprezentował projekt traktatu konstytucyjnego dla Europy, który miał dostosować Wspólnotę do wielkiego rozszerzenia (UE wkrótce powiększyła się o 10 państw). Ale czekała nas niemiła niespodzianka, gdyż okazało się, że ma nastąpić zmiana sposobu głosowania w Radzie UE: z systemu nicejskiego – opartego na głosach ważonych, na system podwójnej większości – uwzględniający liczbę państw i liczbę ludności. Jeśli to rozwiązanie zostałoby przyjęte, bylibyśmy jednym z największych przegranych, bo traktat nicejski z 2001 r. przyznawał nam mocną pozycję w Radzie. Propozycja przejścia na system podwójnej większości była przez wielu odbierana jako swego rodzaju kara ze strony Niemiec oraz Francji, bo Warszawa – w przeciwieństwie do nich – bezkrytycznie poparła amerykańską inwazję na Irak.

Rząd SLD uważał, że sam projekt traktatu jest zasadniczo dobry, choć opowiadał się za zmianą systemu głosowania. Ówczesna prawicowa opozycja była o wiele bardziej krytyczna wobec propozycji Konwentu Europejskiego. Ale tym, co łączyło wszystkie ugrupowania, było poparcie dla walki o utrzymanie w Radzie UE głosów ważonych. Nawet proeuropejska Platforma Obywatelska zagrzewała do walki o to ówczesnego szefa MSZ Włodzimierza Cimoszewicza. To wtedy przecież padło słynne hasło Jana Rokity: „Nicea albo śmierć”.

Mając silne wsparcie w parlamencie, rząd SLD w grudniu 2003 r. podczas szczytu UE zawetował porozumienie dotyczące kluczowych spraw zawartych w projekcie traktatu, co spotkało się z uznaniem opozycji. Okres względnej współpracy między władzą a opozycją szybko się jednak skończył. Pod wpływem nacisków zarówno z zewnątrz, jak i z wewnątrz, w tym prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, rząd zaczął wysyłać do Brukseli sygnały chęci zawarcia kompromisu. W kwietniu 2004 r., tuż przed wejściem Polski do UE, już otwarcie komunikowano otwartość na zmianę sposobu głosowania w zamian za alternatywne korzyści. Dla opozycji perspektywa otrzymania przez Polskę możliwości zastosowania na korzystnych zasadach mniejszości blokującej była jednak dalece niewystarczająca. PO i PiS zaczęły oskarżać gabinet SLD o dezercję.

W październiku 2004 r. traktat konstytucyjny został podpisany przez premiera Belkę. Ale nie wszedł w życie, bo lipcu 2005 r. Holendrzy i Francuzi odrzucili go w referendach, co spowodowało, że planowane głosowanie w Polsce anulowano.

Po dwóch latach temat zmiany traktatowej UE powrócił. Po niewielkich zmianach Niemcy, przewodzące wtedy Radzie, zaproponowały projekt traktatu rewizyjnego (zwanego później lizbońskim), wobec którego rządzący PiS zareagował krytycznie. I ponownie kluczową kwestią był system głosowania oparty na podwójnej większości. PiS, zdając sobie sprawę, że system nicejski jest nie do utrzymania, zaproponował system pierwiastkowy, który ograniczał przewagę najbardziej ludnych państw UE. PO i PSL wsparły rząd, ale – co ciekawe – nie SLD. Mimo że cztery lata wcześniej Sojusz sam wetował podobne zmiany, to w 2007 r. uznał, że powinien wpisać się w narrację europejskiego mainstreamu.

I tym razem Polsce nie udało się przeforsować pomysłu. Brak sojuszników sprawił, że negocjujący na szczycie RE w czerwcu 2007 r. prezydent Lech Kaczyński zgodził się na system podwójnej większości, choć z pewnymi odstępstwami od reguły. Prezentował to jako sukces, ale była to dobra mina do złej gry. PiS był więc w podobnej sytuacji co SLD, które przystępowało do negocjacji nad traktatem konstytucyjnym z asertywną postawą, ale uległo i było zmuszone porażkę przedstawiać jako sukces.

Efekty negocjacji krytykowała PO – uważała, że Polska nic nie osiągnęła. Ale pomimo porażki Platforma uważała, że nowy traktat jest Unii potrzebny, i zachęcała do jego akceptacji. O ile jeszcze w 2005 r. stanowisko PO było krytyczne, o tyle dwa lata później na skutek skrętu w stronę euroentuzjastyczną i narastającemu zwarciu z PiS Platforma w pełni utożsamiała się w traktatem rewizyjnym.

Co ciekawe, najbardziej krytyczna wobec nowego traktatu była koalicyjna LPR. Drugi koalicjant, Samoobrona, powielała narrację PiS. Ale stanowisko tych ugrupowań nie miało już dużego znaczenia, bo kilka tygodni po szczycie koalicja się rozpadła i zostały rozpisane nowe wybory. W wyniku przejęcia władzy przez PO i PSL, to rząd Donalda Tuska na ostatniej prostej przygotowywał podpisanie dokumentu, które nastąpiło w grudniu 2007 r. Traktat ratyfikowano w marcu 2008 r. i dziś stanowi on ustrojowy fundament UE.

Przy okazji sporu o traktaty ujawnił się rozdźwięk, który będzie mieć fundamentalne znaczenie dla wszystkich innych podziałów dotyczących UE: chodzi o stosunek do hierarchii we Wspólnocie. Dość szybko po uzyskaniu członkostwa Polska, ale także inne kraje, zorientowała się, że motorem rozwojowym Unii jest francusko-niemiecki duet mający siłę wymuszania na innych własnych rozwiązań. O ile strategia działania PO (a także SLD oraz PSL) polegała na przyłączeniu się do najsilniejszych w zamian za niewielkie ustępstwa, o tyle strategia PiS (i innych prawicowych formacji) opierała się na szukaniu równowagi wobec dominacji Berlina oraz Paryża; w tym celu starano się współdziałać z innymi państwami Europy Środkowo-Wschodniej oraz współpracować z Wielką Brytanią.

Co ważne, podział ten miał konsekwencje nie tylko dla relacji z Berlinem, lecz także wpływał na stanowiska Warszawy w innych unijnych kwestiach. Spór o to, jak UE winna zareagować na kryzys lat 2008–2009 oraz późniejszy krach strefy euro, wpisywał się w spór o pozycję Berlina we Wspólnocie. Rząd PO-PSL wsparł Niemcy w zacieśnianiu mocno restrykcyjnej unijnej kontroli nad politykami gospodarczymi państw Południa, z kolei PiS stanął po stronie Grecji oraz Włoch, które przekonywały, że ich problemy wynikają ze złej konstrukcji strefy euro, która nadmiernie promuje niemiecki eksport.

Ta różnica w podejściu wynikała nie tyle z rozbieżności oceny wspólnoty interesów polsko-niemieckich, co potencjału Polski. Na najgłębszym poziomie stanowisko euroentuzjastów z PO wynikało z założenia braku podstaw do prowadzenia skutecznej polityki równowagi, co wymuszało strategię przyłączania się do najsilniejszych. Co ważne, spór ten okazał się być bardzo trwały – trwa do dziś.

Stosunek do przywództwa Berlina oraz Paryża w dużej mierze ujawnił jeszcze jeden podział – o wizję UE i miejsce w niej Polski. Z perspektywy 20 lat można odnotować trzy główne stanowiska.

Pierwsze – nurt euroentuzjastyczny, reprezentowany przez lewicę, a od 2007 r. także przez PO, PSL, Ruch Palikota czy Polskę 2050. Pozytywnie ocenia on poziom integracji europejskiej i jest otwarty na jej pogłębienie, uznając, że sama idea integracji jest wartością samą w sobie wartą politycznej pielęgnacji. UE uważa za wielką szansę rozwojową, a relacje między państwami ocenia w kategorii współpracy. Uznaje tożsamość europejską za równoległą do polskiej, dlatego uważa, że kategoria interesów narodowych powinna być równoważona dbaniem o interesy ogólnoeuropejskie. Nurt ten zakłada, że dotychczasowy bilans Polski we Wspólnocie jest bardzo pozytywny i nie widzi rażących niesprawiedliwości w dystrybucji władzy i zasobów. Co więcej, uważa, że niezależnie od problemów UE należy komunikować w sposób pozytywny, aby przekonywać nieprzekonanych.

Drugie – nurt eurorealistyczny, który reprezentował PiS, ale także PSL i PO do 2007 r., Samoobrona po 2004 r. oraz Kukiz’15. Popierał obecność Polski w UE, lecz był krytyczny wobec wielu aspektów integracji. Uważał, że tożsamość narodowa winna być albo wyraźnie dominująca nad europejską, albo w ogóle ta druga nie występuje. Dlatego interes Wspólnoty sprowadzano do najmniejszego wspólnego mianownika interesu państw członkowskich. Zgoda na pogłębienie integracji była punktowa i dopuszczano ją tylko wtedy, kiedy wyraźnie miała służyć polskim interesom. UE traktował jako rozwojową szansę, ale wskazywał liczne wyzwania, którym należy stawiać czoła. UE traktowano nie jako sojusz dla współpracy, ale przede wszystkim dostrzegano rywalizację. Ograniczone zaufanie wykazywano wobec innych państw i wspólnotowych instytucji, które były podatne na wpływy najsilniejszych. Dlatego krytykowano unijny dyskurs, który tę rywalizację maskuje.

Trzecie – nurt eurosceptyczny, który reprezentowały LPR, Samoobrona do 2004 r., a także Konfederacja. O ile eurorealiści przekonywali, że „Unia tak, ale…”, o tyle eurosceptycy mówili Unii „nie”. Akcentowali koszty członkostwa, a UE opisywali językiem nie tyle wyzwania, co zagrożenia dla polskich interesów. Nie kreślili pożądanej wizji UE, ponieważ chcieli z niej wyjść. Należy przy tym podkreślić, że eurosceptycyzm (czy eurowrogość) nie zawsze wprost deklarował wolę polexitu. Najczęściej, mając na uwadze wysokie poparcie społeczeństwa dla członkostwa w UE, strategia polegała na intensywnej kontestacji z niejasno zarysowaną wizją wyjścia z Unii w przyszłości bądź zorganizowania referendum w tej sprawie.

Odmienne nurty podejścia do integracji europejskiej opisują poważne różnice, nie zmienia to faktu, iż w wielu sprawach stanowiska partii było zaskakująco zgodne. Ze względu na konieczność prezentacji przed elektoratem odmienności, współpraca nie była jednak nagłaśniana, ale miała miejsce i to w ważnych obszarach.

Po pierwsze, kluczowym obszarem zgody był priorytet uzyskania jak największych środków z UE, w tym na politykę spójności oraz rolnictwo. Wszystkie partie zdawały sobie sprawę z zapóźnień w obszarze infrastruktury i konieczności wsparcia rolników. Dlatego spory dotyczyły tego, czy efekty negocjacji były satysfakcjonujące, a nie samych priorytetów negocjacyjnych.

Po drugie, wbrew oskarżeniom o sprzyjaniu Rosji istniał realny konsensus co do tego, aby UE nie prowadziła polityki wschodniej w modelu „Russia first”. Choć stanowiska wygłaszano różnym tonem, powszechna była zgoda, że UE powinna przyciągać Ukrainę oraz inne państwa byłego ZSRR, nawet za cenę sporu z Kremlem. Dlatego kolejne rządy popierały realizację programu Partnerstwo Wschodnie oraz oferty członkostwa w Unii.

Po trzecie, wszystkie ugrupowania chciały, aby relacje transatlantyckie były jak najlepsze, bo są one podstawą polskiego bezpieczeństwa. Obecna współpraca prezydenta Andrzeja Dudy z premierem Tuskiem i szefem MSZ Radosławem Sikorskim wpisuje się więc w długą tradycję promowania współpracy UE z USA, aby Warszawa nie była zmuszona wybierać między mamą i tatą.

Po czwarte, obszarem zgody była polityka bezpieczeństwa energetycznego. Wszystkie stronnictwa zabiegały bądź popierały to, aby temat ten uczynić priorytetem polityki energetycznej Brukseli. Zabiegały (bezskutecznie), aby UE zahamowała budowę gazociągów NS1 i NS2, chciały (skutecznie), aby Bruksela wprowadziła regulacje wymuszające solidarność na wypadek kryzysów oraz wspierała dywersyfikację dostaw, szczególnie gazu z Rosji.

Po piąte, partie zabiegały o to, aby hamować ambicje klimatyczne UE, zdając sobie sprawę z negatywnych konsekwencji dla gospodarki. W czasach rządu PiS dyskurs euroentuzjastów stopniowo się zmieniał na bardziej otwarty na unijną politykę klimatyczną, ale przejęcie władzy przez KO, Trzecią Drogę i Lewicę jasno pokazało, że krytyka PiS była taktyczna, a realia to polityka w dużej mierze kontynuacji i zaciągania hamulca. Obecnie krytyka wobec Zielonego Ładu i poparcie dla korekt również mają charakter ponadpartyjny.

Po szóste, wojna w Ukrainie spowodowała, że panuje powszechna zgoda także na silniejsze zaangażowanie UE w tematyce bezpieczeństwa. Nie chodzi tylko o wsparcie finansowe czy militarne Kijowa, ale także o rozbudowę europejskiego przemysłu zbrojeniowego.

20 lat obecności Polski w Unii Europejskiej to fundamentalne batalie o traktaty, bo to one definiują ustrojowy szkielet UE. Temperatura sporu dotyczącego obecnie proponowanych zmian w traktatach zapewne będzie również wysoka i także będzie rodziła ostre podziały i emocje.

Należy jednak pamiętać, że na tle innych państw zakres współpracy polskich partii wcale nie był mały. Tym, co smuci, jest fakt, że pomimo tej współpracy tak często nie udawało się osiągnąć zamierzonych celów. Dwie dekady Polski w UE to jednak czas wzrostu naszych zasobów materialnych, przybyło nam także doświadczenia. Oby zapracowały one na to, aby kolejne dwie dekady były nie tyle bardziej konsensualne, ale przede wszystkim skuteczniejsze. ©Ⓟ

Autor jest dyrektorem Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego