30 tys. mniej zgonów i milion mniej przypadków chorych na COVID-19 w pierwszej połowie tego roku – tylu śmierci i zakażonych uda się uniknąć dzięki obostrzeniom wprowadzonym podczas trzeciej fali epidemii.
Matematycy z ICM Uniwersytetu Warszawskiego wyliczyli, jak zamknięcie przekłada się na rozwój epidemii. Z ich analizy wynika, że od stycznia do czerwca 2021 r. liczba zgonów z powodu koronawirusa może wynieść 125 tys. Gdyby nie było żadnych ograniczeń, tych zgonów mogłoby być 155 tys., zaś liczba chorych o milion większa. I to tych odnotowanych w oficjalnych statystykach (realnie można mówić nawet o kilku milionach).
Jak ta wiedza wpłynie na wprowadzenie obostrzeń, które ma dziś ogłosić rząd? Wczoraj premier Mateusz Morawiecki zapowiadał, że obowiązywać będą przez tydzień przed Świętami Wielkanocnymi i tydzień po nich. – To doprowadzi do zduszenia trzeciej fali pandemii – stwierdził szef rządu. Jak wynika z naszych ustaleń, raczej nie wchodzi w grę zupełny lockdown. Pod naciskiem biznesu również Niemcy wycofali się z całkowitego zamknięcia państwa.
W rządzie jeszcze do wczoraj trwały dyskusje, w jaki sposób zaostrzyć obostrzenia pandemiczne w związku ze wzbierającą trzecią falą COVID-19. W rozmowach przewijały się trzy scenariusze. Pierwszy zakłada po prostu zaostrzenie zasad na dwa tygodnie w całej Polsce. Drugi, skrajny wariant to zupełny lockdown. Trzeci model nawiązywałby do rozwiązań niemieckich, czyli zaostrzenia obostrzeń i wprowadzenia lockdownu (lub ograniczania w przemieszczaniu się) tylko na czas nadchodzących świąt (to rozwiązanie, z którego Niemcy właśnie się wycofują).
Spór dotyczy tego, na ile zaostrzać politykę pandemiczną, skoro – jak wynika z modeli – nie będzie to już miało wpływu na wysokość trzeciej fali. Z tego punktu widzenia w KPRM pojawia się pogląd, że wprowadzenie ostrych restrykcji nie ma sensu, tym bardziej że oznacza to jeszcze większe konsekwencje dla gospodarki.
– Przykładowo: zakaz przemieszczania się nie jest skuteczny. Może więc być tylko zalecenie jak z okresu bożonarodzeniowego. To wtedy zadziałało, na sylwestra przecież był względny spokój na ulicach – przekonuje nasze źródło.
Nawet zwolennicy twardego lockdownu w otoczeniu premiera Morawieckiego przyznają, że może być problem z powrotem do tego, czego doświadczyliśmy w kwietniu zeszłego roku. – Obawa jest taka, że Polacy nie zaakceptują drugiego zamknięcia. Pojawi się więcej „wolnościowców” protestujących na ulicach i chodzących bez maseczek – dodaje rozmówca DGP.
Jednakże resort zdrowia chciałby jak najszybciej zminimalizować zdrowotne skutki wirusa i nie dopuścić do przepełnienia szpitali. Na dziś potencjał łóżkowy w szpitalach to ok. 40 tys. Zajętych jest 26,5 tys. na 35,4 tys., ale na dłuższą metę to może okazać się niewystarczające, bo zaktualizowany model matematyków z ICM UW przewiduje, że 8 kwietnia liczba osób wymagających hospitalizacji osiągnie 46,6 tys. Resort zdrowia mówi na razie o 37 tys. miejsc, które mogą być gotowe dla chorych.
– Nowe obostrzenia mogą mieć wpływ na skalę spadku liczby zakażeń. A to przekłada się na liczbę hospitalizacji. Warto więc rozważyć obostrzenia, które spowodują bardziej strome schodzenie z tej fali – dodaje nasz rozmówca z rządu.
Dowodem na to, że restrykcje mają sens, jest także wskaźnik R, który pokazuje, ile osób zakaża jeden chory. Największy spadek widać w województwie warmińsko-mazurskim, w którym najszybciej wprowadzono ograniczenia. Obecnie wskaźnik ten jest najniższy w Polsce i wynosi 1. W całej Polsce wskaźnik R wynosi 1,18. Najwyżej jest w woj. opolskim, świętokrzyskim oraz wielkopolskim, prawie 1,27.
Sytuacja poprawi się na początku maja. Wówczas liczba przypadków się unormuje i będzie wystarczająca liczba miejsc w szpitalach. Prognozy ICM UW przewidują, że szczyt trzeciej fali przypadnie na początek kwietnia – wtedy średniotygodniowa dzienna liczba zachorowań osiągnie 34,2 tys. przypadków.
Po 5 kwietnia powinna być widoczna tendencja spadkowa i z końcem miesiąca powinniśmy odnotować średniotygodniowo 18,2 tys. dziennych przypadków.
Taka perspektywa powoduje, że niektórzy w rządzie zaczynają snuć optymistyczne scenariusze. Minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek wczoraj w Polskim Radiu zasugerował, że w kwietniu klasy I–III wrócą do szkoły, a w maju nawet jest szansa, że reszta dzieci, choćby w trybie hybrydowym, wróci do tradycyjnej nauki.
Na razie wkraczamy w najtrudniejszy moment trzeciej fali. Wczoraj Ministerstwo Zdrowia poinformowało o 29 978 stwierdzonych przypadkach zakażenia koronawirusem. To rekord w całym okresie pandemii.
Po 5 kwietnia średniotygodniowo będzie 18,2 tys. przypadków COVID-19
Maleje ryzyko lockdownu w najbardziej radykalnej wersji. W rządzie pojawiło się przekonanie, że na taki krok może być już za późno.
Matematycy z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Uniwersytetu Warszawskiego (ICM UW) wyliczyli, że w pierwszym półroczu 2021 r. liczba dodatkowych zgonów może sięgnąć 125 tys. Gdyby nie było żadnych ograniczeń, musielibyśmy się liczyć ze 155 tys. przypadków śmiertelnych, a chorych byłoby o milion więcej. Mimo tych wniosków zdaniem analityków współpracujących z rządem obecnie wprowadzenie twardego lockdownu niewiele już da. Bo w pierwszych dniach kwietnia i tak będziemy świadkami szczytu pandemii, który „jest już zaprogramowany” i na którego wysokość nie mamy teraz wpływu. Wówczas średniotygodniowa liczba dziennych zachorowań przekroczy 34 tys.
W obliczu tych danych w otoczeniu premiera Mateusza Morawieckiego pojawił się pogląd, że wprowadzenie bardzo ostrych restrykcji nie będzie miało sensu i jest spóźnione. Tym bardziej że oznacza jeszcze dotkliwsze konsekwencje dla gospodarki. Wczoraj z takich rozwiązań – pod wpływem lobby przedsiębiorców – wycofali się Niemcy. Górę może jednak wziąć pogląd, że lepiej obostrzenia wprowadzić, niż za kilka tygodni żałować, że się ich zaniechało. Wciąż więc wchodzi w grę zamknięcie sklepów budowlanych, przedszkoli i żłobków, zmniejszenie limitów klientów w sklepach czy ograniczenia w przemieszczaniu się.
Równocześnie rząd pracuje nad rozwiązaniami, które złagodzą gospodarcze skutki epidemii. Wśród pomysłów jest np. bon żywnościowy czy obniżka VAT w gastronomii do 5 proc. Jednym ze scenariuszy jest pomoc przy obniżce czynszów: wynajmujący mieliby zostać do tego przymuszeni.