Resort obrony zrezygnował z zakupu wartego prawie 800 mln zł okrętu, a kolejna państwowa stocznia ma poważne kłopoty. Winien wirus.
Ratownik miał kosztować prawie 800 mln zł i w razie wypadku służyć pomocą okrętom podwodnym. Dlaczego go nie będzie? „W związku z przedłużającym się procesem realizacji i zadeklarowanym przez wykonawcę wzrostem kosztów umowy na zaprojektowanie i budowę okrętu ratowniczego Ratownik Inspektorat Uzbrojenia odstąpił od realizacji kontraktu” – wyjaśniał przed weekendem mjr Krzysztof Płatek, rzecznik prasowy Inspektoratu Uzbrojenia, portalowi Dziennikzbrojny.pl. Oficer tłumaczył, że „mając na uwadze obecną sytuację w kraju i na świecie oraz jej możliwy wpływ na budżet resortu obrony narodowej, prowadzone są analizy w zakresie możliwości finansowych zabezpieczenia bieżących i przyszłych potrzeb Sił Zbrojnych RP”.
Choć oficjalnym powodem decyzji jest przedłużenie realizacji, to trudno nie łączyć tego także z mniejszym, niż planowano wcześniej, budżetem resortu obrony. Nie podjęto jeszcze decyzji o nowelizacji budżetu, ale oczekiwanie, że będzie on taki sam jak przed wybuchem epidemii, jest nierealistyczne. Prawdopodobne jest to, że będzie mniejszy o miliardy złotych.
– Według komunikatu Inspektoratu Uzbrojenia nie rezygnujemy z zakupu, tylko go odsuwamy. Ale wszystkie programy morskie są odkładane w czasie. Marynarka od dawna zmierza w złą stronę – stwierdza w rozmowie z DGP kontradmirał Mirosław Mordel, były inspektor marynarki, który został usunięty ze stanowiska po tym, jak krytykował zbyt opieszałe tempo nabywania sprzętu dla wojskowych marynarzy. – Nikt nie ma odwagi głośno powiedzieć, że nie stać nas na okręty podwodne. Utrzymujemy na siłę to, co jest, czyli stare okręty Kobben, a one powinny być wycofane ze względu na wiek i stan techniczny – dodaje były wojskowy. Obecnie w służbie są dwa okręty typu Kobben, które zostały wyprodukowane w latach 60. i większy od nich ORP „Orzeł”, który ma już prawie 40 lat. Kobbeny miały pełnić funkcję pomostową, czyli służyć przez krótki czas, do pozyskania nowych okrętów. Mimo że Norwegia przekazała nam je na początku XXI w., to do dziś nawet nie ma umowy na nowe okręty. Za to teraz resort obrony mówi o „pozyskaniu zdolności pomostowych” ze Szwecji.
Brak poważnych zamówień na nowe okręty z resortu obrony przekłada się na kondycję państwowych stoczni. W budowę okrętu Ratownik miała być zaangażowana m.in. stocznia remontowa Nauta, której sytuacja finansowa jest fatalna – spółka wystąpiła już do sądu z wnioskiem o restrukturyzację. Jej strata za lata 2018–2019 wyniosła ok. 100 mln zł. W marcu w jej obronie protestowali przed KPRM związkowcy z Solidarności. Na początku kwietnia odwołano wiceprezesa. Nauta jest częścią Grupy MARS Shipyards & Offshore, którą tworzą trzy spółki z sektora stoczniowego oraz produkcji offshore: ST3 Offshore (Szczecin) i Stocznia Remontowa Nauta (Trójmiasto) oraz Energomontaż-Północ Gdynia (EPG), a także biuro konstrukcyjno-projektowe MARS Design & Solutions. Upadłość ST3 Offshore sąd ogłosił na początku miesiąca, a o jej wcześniejszych problemach z wypłatami dla pracowników informowaliśmy na naszych łamach. Te spółki pośrednio są powiązane z Polską Grupą Zbrojeniową, która jeszcze kilka lat temu miała tworzyć mocną „nogę stoczniową”. Z tych planów nic nie wyszło.
Wzmocnieniem Marynarki Wojennej mógł być zakup używanych fregat Adelaide z Australii, który był już w dużej mierze dogadany. By podpisać porozumienie, na Antypody wybrał się nawet prezydent Andrzej Duda, ale w ostatniej chwili działacze PiS ze Szczecina, m.in. minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk, zakup zablokowali. Dziś Marynarka nie może liczyć ani na nowe, ani na używane okręty. Fregaty z Australii kupiło w końcu Chile, które w ostatnich dniach oficjalnie je przejęło w Sydney.