Nie ma takiej sfery życia, na którą nie będzie oddziaływała polityka neutralności klimatycznej.
Reklama
Magazyn DGP 15 listopada 2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Czy po wyborach polskie władze mają pomysł na nowe otwarcie w stosunkach z Brukselą?
Niedawna zmiana władz Unii Europejskiej jest z pewnością korzystna dla odświeżenia relacji, ale kwestie personalne nie są najważniejsze. W polityce wszystko zazwyczaj dzieje się powoli: po tych czterech latach polskie racje w kluczowych dla nas obszarach – takich jak wspólny rynek, obronność, migracje i budżet – są w końcu rozumiane lepiej, wszyscy godzą się z tym, że nowy konsensus europejski musi uwzględniać porozumienie z Warszawą.
Ale te cztery lata to nieustanny spór z Brukselą o praworządność, który nadal nie został rozwiązany. Czy ta sytuacja może mieć wpływ na to, jak Wspólnota potraktuje nasze oczekiwania w kwestiach polityki energetycznej czy klimatycznej?
Rozbieżności interesów rozwojowych między Polską a niektórymi krajami starej UE nie są niczym nowym, one były widoczne, gdy wchodziliśmy do Unii – a więc do różnic w podejściu do polityki energetycznej oraz klimatycznej doszłoby bez względu na spór dotyczący praworządności. Ten spór jest dla nas wyzwaniem, ale politykę trzeba umieć uprawiać również w niesprzyjających warunkach. Nie mieliśmy bardzo złych doświadczeń z całą odchodzącą Komisją Europejską, ale za to nowa szefowa KE Ursula von der Leyen ma dobry kontakt z premierem Mateuszem Morawieckim. A to ważne, bo mamy do rozwiązania liczne trudne sprawy, więc bez zrozumienia swoich racji trudno wyobrazić sobie współpracę. Takim wyzwaniem jest przede wszystkim polityka klimatyczna.
Pierwszym testem będzie zielony ład dla Europy, w który ma zostać wpisane wsparcie dla naszej transformacji energetycznej. Z Brukseli dochodzą jednak głosy, że nie dostaniemy na to dodatkowych pieniędzy, tylko że zostaną one przerzucone z polityki spójności.
Jeżeli ktoś uważa, że można w ten sposób zbudować kompromis wokół neutralności klimatycznej, którą UE ma osiągnąć w 2050 r., to się grubo myli. To skrajna naiwność.
Ale to nie jest tylko decyzja urzędników, lecz także krajów członkowskich – te nie chcą więcej płacić do wspólnego budżetu.
Państwa jeszcze nie podjęły decyzji w tej sprawie. To powód, dla którego portal Politico wskazał premiera Morawieckiego jako jedną z pięciu najważniejszych osób w UE w rozgrywce o neutralność klimatyczną. Oprócz niego są to: wiceszef KE Frans Timmermans, prezes Europejskiego Banku Inwestycyjnego Werner Hoyer, duński minister energii Dan Jørgensen oraz szef komisji środowiska w europarlamencie Pascal Canfin. Ocena Politico dobrze pokazuje stan gry przed grudniowym szczytem Wspólnoty. Warto w tym miejscu przypomnieć konkluzje czerwcowego szczytu Wspólnoty, bo choć nie zgodziliśmy się na zobowiązanie do neutralności klimatycznej w 2050 r., to wpisaliśmy do nich swoje postulaty. Ważne dla nas jest uznanie zróżnicowanej sytuacji państw członkowskich w realizacji celu. Jest tam także zapis o ochronie konkurencyjności gospodarki europejskiej jako istotnym czynniku kształtowania ostatecznej decyzji – chodzi o kwestię śladu węglowego w państwach konkurujących z UE. Wpisaliśmy do konkluzji także konieczność sprawiedliwego charakteru transformacji oraz swobodę kształtowania miksu energii. To są cztery elementy, które są podstawą do znalezienia porozumienia.
Jednak już raz sprzeciwiliśmy się neutralności klimatycznej.
Premier nie mówił nigdy, że oponuje przeciw celowi neutralności klimatycznej jako takiemu. Musimy mieć jednak gwarancje, że ta polityka będzie zbieżna z naszymi interesami. Polska jako praktycznie jedyny kraj w Europie Środkowej i Wschodniej nie ma żadnego zasobu energii nuklearnej, która staje się jednym z głównych środków kompensowania skutków transformacji energetycznej. Poza tym neutralność to nie jest tylko kwestia energii. Ona dotyczy życia społecznego – warunkuje to, w jaki sposób będziemy używać transportu, jak będziemy mieszkać czy jak się będziemy odżywiać. Taka decyzja musi być poparta bardzo poważną analizą. Musimy mieć własny scenariusz neutralności klimatycznej.
Czego dotyczy istota sporu?
Podziału obciążeń. Chodzi o takie ich rozłożenie, by zostało ono uznane za sprawiedliwe, proporcjonalne i politycznie akceptowalne. Grudniowy szczyt powinien określić ramy mechanizmu kompensacyjnego i sprecyzować podział obciążeń. Realizacja planu na 2030 r. pokazuje, że łatwo jest wyznaczać cel, lecz trudno go zrealizować. Jeśli chodzi o ograniczenie emisji w sektorze non-ETS (rolnictwo, transport czy gospodarka odpadami – red.), cel osiągną jedynie trzy z 28 państw. A wypracowanie rozwiązań w kwestii neutralności klimatycznej jest tym trudniejsze, że nie ma sprawdzonego modelu, który spełniałby kryteria sprawiedliwości, konkurencyjności i uznania zróżnicowanej sytuacji państw.
Czy pomysł cła klimatycznego ma szanse na wejście w życie, by nie opłacało się przenosić produkcji poza UE?
Jako kraj graniczny Wspólnoty z dużym udziałem produkcji przemysłowej w PKB jesteśmy żywotnie zainteresowani rozwiązaniami chroniącymi naszą gospodarkę. Mamy przemysł stalowy, produkcję szkła, cementu czy papieru, więc nie ma sensu przyjmowanie rozwiązań, które sprawią, że biznes przeniesie się na Białoruś czy Ukrainę. Ten nasz argument jest już dobrze rozumiany w UE. Nawet w tych krajach, w których jest duże poparcie dla działań na rzecz klimatu, panuje przekonanie, że polityka klimatyczna nie może prowadzić do przenoszenia produkcji poza UE i tym samym społecznego buntu.
Ale jednocześnie w wyborach europejskich wezbrała zielona fala. Może to świadczyć o tym, że wyborcy chcą, by Unia sprostała klimatycznemu wyzwaniu. Ale czy cena tych działań musi być wysoka?
Neutralność klimatyczna będzie kosztowna. Poniesienie tak wielkich wydatków może być uzasadnione, tego nie wykluczamy. Ale nie możemy doprowadzić do sytuacji, w której koszty działań będą wyższe w krajach uboższych, a niższe w bogatych – niektóre proponowane rozwiązania miałyby taki właśnie skutek, stąd tak duże napięcie podczas negocjacji. Już ETS, system handlu uprawnieniami do emisji CO2, nie bierze pod uwagę zamożności krajów czy wielkości konsumpcji.
A czy Polacy są gotowi ponieść koszty osiągnięcia neutralności klimatycznej?
Nasza społeczna świadomość dotycząca środowiska i klimatu jest głębsza niż kiedykolwiek wcześniej. Nikt na poważnie nie podważa celowości działań, które zmierzają do obniżenia śladu klimatycznego działalności człowieka. Pytania dotyczą tego, jak to zrobić, by chronić najbardziej narażone państwa, grupy społeczne i branże. To nie tylko energetyka. Dobrym przykładem są standardy mieszkalnictwa, które z powodu komunistycznych zaszłości są u nas dwa razy gorsze niż na Zachodzie. Uznanie, że w mieszkalnictwie mielibyśmy dokonywać podobnych redukcji emisji jak państwa Zachodu, byłoby absurdalne. Podobnie z transportem. Nasza wysoka emisyjność wynika z odziedziczonego chronicznego niedorozwoju standardów transportowych. Nie da się mieszkańców Rzeszowa przekonać do tego, by zmienili swoje potrzeby i przyzwyczajenia komunikacyjne w równym stopniu jak mieszkańcy Hagi. Nie mówiąc już o oczywistościach, jak stosunek ceny samochodu elektrycznego do przeciętnego dochodu rodziny w Holandii czy Bułgarii. Scenariusz identyczny dla Hagi, Sofii i Warszawy jest politycznie absurdalny.
To jak znaleźć kompromis?
To dziś najtrudniejsze wyzwanie przed UE, bo nie ma takiej sfery życia, na którą nie będzie oddziaływała polityka neutralności klimatycznej.
A jakie są inne wyzwania stojące przed UE i Polską? W 2014 r. wydawało się, że silne będą tendencje federalistyczne oraz że Unia będzie się rozszerzać. Ale Wspólnota właśnie odmówiła dwóm krajom perspektywy rozszerzenia.
Diametralnie zmieniły się warunki polityczne i dlatego obecne negocjacje wieloletnich ram finansowych są najtrudniejsze w historii. Mamy spójne stanowisko Europy Środkowo-Wschodniej, która rozumie, że nowe cele wymagają dodatkowych pieniędzy. Jesteśmy gotowi na dyskusję o nowych środkach własnych czy podniesieniu składki. A z drugiej strony mamy bardzo niespójne stanowisko niektórych starych krajów Wspólnoty, które nie chcą łożyć więcej, ale za to stawiają przed UE nowe zadania. To z ich strony niekonsekwencja, bo nie da się tworzyć ambitnego projektu, jakim jest Unia Europejska, bez zapewnienia środków finansowych. Tych samych starych państw dotyczy kryzys polityki rozszerzeniowej. One często odwołują się do podmiotowości strategicznej UE, a kiedy przychodzi do decyzji strategicznie ważnej, jaką byłoby otwarcie negocjacji członkowskich z Albanią i Macedonią Północną, słyszymy: nie. Nie da się stworzyć efektywnie działającej Unii bez pieniędzy i nie da się uczynić ze Wspólnoty globalnego gracza, jeśli nie będzie miała ona zdolności do rozszerzenia czy prowadzenia polityki sąsiedztwa. To głębokie pęknięcie w myśleniu niektórych stolic, które stoją za tym ostatnim kryzysem.
Co oznaczają kłopoty z podmiotowością i rozszerzaniem UE?
Porażki jak ta ostatnia powodują, że świat odbiera sygnał: Unia słabnie, Unia się zapada. To zła wiadomość, także dla nas. Ale wielkim paradoksem tej sytuacji jest to, że my jesteśmy czasem rozliczani z europejskości przez państwa, które naprawdę prowadzą w tej sprawie ściśle antyeuropejską politykę.
Unijna dyplomacja poniosła w ostatnim czasie kilka innych porażek: miała problemy z zajęciem stanowiska wobec Wenezueli, obserwowaliśmy bezwład w sprawie inwazji tureckiej w północnej Syrii i bezskuteczne mediacje w sprawie tranzytu rosyjskiego gazu przez Ukrainę. Czy Unia Europejska ma jeszcze decydujący głos na świecie?
Nigdy go nie miała. Chciała go posiadać, poszukiwała spójnego stanowiska krajów członkowskich, ale nawet w czasach, kiedy kolizje interesów nie były tak silne jak dziś, to się nie udawało. Nie oczekujmy za wiele. Unia mogłaby działać bardziej energicznie, jednak pod warunkiem że stolice będą tego chciały. We wszystkich istotnych wydarzeniach ostatnich 20 lat działały koalicje chętnych.
Sankcje wobec Rosji to była odpowiedź stanowcza i jednoznaczna.
To nie była odpowiedź agresywna, raczej wyważona, którą do tej pory udaje się utrzymywać. Trudno było sobie wyobrazić inny scenariusz w tamtym czasie, ale rzeczywiście jest to przykład pozytywny. Co do rozwoju wypadków w okolicach naszych granic zewnętrznych, to zawsze działały koalicje chętnych, czasami pod flagą UE lub z błogosławieństwem Brukseli. To jest europejska rzeczywistość i nic w tej sprawie się raczej nie zmieni.
Czy Rosja nie staje się poważnym rywalem dla UE? W 2014 r. utrącono drogę do członkostwa Ukrainy, teraz Kreml sięga po kraje bałkańskie, zapraszając je do Unii Euroazjatyckiej.
Moskwa doprowadzała do sytuacji kryzysowych i decydowała się na działania zaczepne, czasami wręcz wojnę, wobec każdego państwa, które wyrażało chęć zbliżenia ze Wspólnotą. Nawet taki miękki projekt jak Partnerstwo Wschodnie spowodował natychmiastową reakcję Kremla. To jest jednak wypierane przez bardzo wiele unijnych stolic, które tradycyjnie nigdy nie chciały przyznać, że Rosja ma złe intencje wobec Europy.
To wypieranie doprowadzi do zniesienia sankcji?
Wydaje się, że dzisiaj nie, bo ktoś musiałby wziąć odpowiedzialność za ten krok. Chętnych nie ma nawet w tych stolicach, które są bardziej podatne na retorykę Moskwy, że przecież moglibyśmy wspaniale handlować. Tak naprawdę Rosja ma niewiele do zaoferowania i przestaje być atrakcyjnym partnerem handlowym. Ale ta tradycja myślenia politycznego nadal jest żywa w Europie. Myślenia, które Europę Środkową zawsze kosztowało podmiotowość.
Motorem rozwoju Wspólnoty miała być wspólna waluta. Jak ten projekt może wyglądać w okresie, w który wchodzimy – czyli spowolnienia gospodarczego?
Euro, zamiast stać się podstawą rozwoju i integracji, nasiliło różnice interesów poszczególnych państw. Polityczne założenie było takie, że wspólna waluta przyspieszy proces integracji za sprawą wyrównania poziomu rozwoju we wszystkich państwach członkowskich strefy. Europejczycy używający wspólnej waluty mieli się czuć silnie powiązani ze sobą, zaś na poziomie pragmatycznym mówiono, że kraje, które przystąpią do wspólnej waluty, będą miały coraz bardziej zbieżne wskaźniki makroekonomiczne. Tak się nie stało. Jeśli porówna się wskaźniki gospodarek niemieckiej, francuskiej i włoskiej z 1999 r. i dzisiaj, to widać spory rozjazd.
Czy za moment znowu nie wrócimy do rozmowy o trwałości tej waluty?
Niewykluczone. Wspólna waluta sprowokowała bunt polityczny i wzmocniła te partie, które dziś przyprawiają Brukselę o ból głowy. Mieliśmy już kilka fal buntu przeciwko euro. Pierwszą, po ostatnim kryzysie finansowym, wywołały ugrupowania lewicowe na Południu, które zarzucały pozostałym krajom eurostrefy, że zostawiają je na lodzie, każą ciąć emerytury i oddawać pieniądze bankom i funduszom inwestycyjnym. Że tuczą się na cudzej krzywdzie. Z jednej strony byli Grecy, którym trudno było zrozumieć, dlaczego nagle mają mieć ograniczony dostęp do gotówki. Z drugiej Niemcy, którzy widzieli w tym sprawiedliwość, a w przejęciu odpowiedzialności za zadłużenie strefy euro i uwspólnotowieniu długu dostrzegli ryzyko utraty własnych oszczędności. Obie strony mają swoje racje, które ilustrują wewnętrzne sprzeczności unii walutowej.
A kolejna fala buntu?
Pojawiła się właśnie wtedy, gdy EBC zdecydował się na luzowanie ilościowe, druk pieniądza, i państwa zaczęły budować mechanizmy gwarancji i stabilizacji. Wtedy partie buntu zaczęły pojawiać się na Północy. Budowały własną siłę na przekonaniu, że Południe chce zabrać im pieniądze. Niemiecka AfD przekonywała, że już za moment oszczędności nas, sytych mieszczan, będą warte połowę i nie będzie już wakacji w ciepłych krajach ani kolejnego mercedesa. Bo unijni biurokraci chcą budować proces europejski i dla niego zrobią wszystko, nawet zaryzykują nasze pieniądze, przerzucając je na Południe w nieskończoność.
Czeka nas kolejna fala buntu?
Poprzednie nie zostały wygaszone, więc szef EBC będzie miał przed sobą spore wyzwanie. Dotychczasowy szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi postawił na luzowanie polityki pieniężnej – i ludzie to kupili. Ale to druk pieniądza. Czy można je drukować w nieskończoność w warunkach braku pełnej wspólnoty politycznej? W warunkach, w których nawet redystrybucja na poziomie 1 proc. PKB w unijnym budżecie budzi tak skrajne emocje?
Czy to dobra strategia, by mówić o tym, że się bogacimy i nie potrzebujemy już transferów z UE? Być może pomogłyby nam one w momencie spowolnienia gospodarki.
Polska najgłośniej w całej UE mówi, że polityka spójności ma wciąż istotną rolę do odegrania. Podkreślamy korzyści płynące z polityki spójności dla wszystkich, nie tylko dla nas. Te pieniądze są widoczne w PKB płatników i bilansach firm z całej Wspólnoty. Jednak w debacie krajowej borykamy się ze spadkiem narracji po pierwszych latach wejścia do UE, kiedy mierzono nasz sukces cwaniackimi, klientelistycznymi frazesami o „skubaniu brukselki”.
Czyli sprowadzamy to do tego, ilu fryzjerów da się wyszkolić z jednego programu unijnego.
Rozumiem, że to jest najbardziej obrazowe i najbardziej trafia do wyobraźni. Ludzie widzą plac zabaw, pływalnię, nową drogę. Korzyści płynących z udziału we wspólnym rynku tak się nie da opowiedzieć, chociaż to z niego Polska ma największe zyski związane z integracją. I właśnie o tym trzeba było mówić od początku.
Ale pokochaliśmy Unię za pieniądze.
Sens naszej obecności w UE jest znacznie poważniejszy, gospodarczo wynika z udziału w rynku wewnętrznym i Polacy to rozumieją. Warszawa kiedyś będzie płatnikiem netto. To nieuchronne. A będzie to oznaczać, że staliśmy się krajem zasobnym, krajem utrwalonego sukcesu. Czy to ma podważyć sens polskiego członkostwa w UE?
To teraz rolą polityków, zwłaszcza partii rządzącej, jest wyjaśnienie tego ludziom.
Staram się to niuansować. Oczywiście budżet UE jest dla nas bardzo ważny, ale do tego nie można sprowadzać członkostwa. Po pierwsze to nieprawda – duże pieniądze są gdzie indziej, po drugie – jest toksyczne dla naszego związku z Unią. To sugeruje, że nie jesteśmy partnerem, tylko klientem. Niektórzy w UE to zresztą umiejętnie wykorzystują, prezentując siebie jako płatników, a nas jako beneficjentów, którzy powinni odzywać się rzadziej. Jeśli będziemy tak ze sobą rozmawiać, to do niczego dobrego nas to nie doprowadzi. Ten podział to europejski populizm. Prawda jest taka, że budżet UE realizuje cele unijne, które są korzystne dla całego obszaru wspólnego rynku. Kraje i firmy korzystają na wymianie handlowej z Europą Środkową w skali przewyższającej ich wpłaty. Korzystają też na realizacji projektów, które są realizowane na otwartym rynku zamówień publicznych. To jest transakcja obopólnie korzystna i w tym sensie wszyscy w UE jesteśmy beneficjentami budżetu i wspólnego rynku.