Deklaracja prezydenta Donalda Trumpa o zamiarze wycofania Stanów Zjednoczonych z porozumień o całkowitej likwidacji rakiet balistycznych klasy ziemia – ziemia pośredniego (IRBM) oraz średniego (MRBM) zasięgu wywołały w Moskwie burzę, choć nie można powiedzieć, aby rosyjskie władze były zaskoczone takim obrotem spraw.
Chodzi nie tylko o deklarację wyjścia z zawartego jeszcze w 1987 r. przez Michaiła Gorbaczowa i Ronalda Reagana porozumienia, ale również o to, że Waszyngton oskarżył przy okazji Rosję o uporczywe, trwające latami i zaplanowane łamanie traktatów. W oficjalnej wypowiedzi rosyjskiego MSZ, której udzielił wiceminister Siergiej Riabkow, padają słowa o amerykańskim szantażu. Przede wszystkim dlatego, że deklaracja Trumpa jest zapowiedzią wyjścia z umów, „o ile Stany Zjednoczone i Rosja nie zawrą nowego porozumienia”. Rosyjski polityk zapowiedział, że „jeżeli Stany Zjednoczone będą nadal w jednostronnym trybie wychodzić z rozmaitego rodzaju umów, porozumień i mechanizmów (…), to nam nie pozostanie nic innego jak podjąć kroki odwetowe, w tym i o charakterze wojskowym”. Przy okazji Moskwa zarzuciła Waszyngtonowi uprawianie „topornej” polityki międzynarodowej. Dodatkowo ze strony Rosji pojawił się argument, że sam Waszyngton łamie porozumienia, budując w Polsce i Rumunii instalacje umożliwiające przystosowanie ich do wykorzystania pocisków zabronionych traktatami.
Niedawna wypowiedź Władimira Putina – w trakcie jubileuszowej konferencji Klubu Wałdajskiego w Soczi – w której zapowiadał on, że Rosja nie użyje jako pierwsza broni nuklearnej (ale jeśli zostanie zaatakowana, zniszczy przeciwnika), może świadczyć, że Moskwa wiedziała o planach Waszyngtonu i starała się ustawić dyskusję.
Reklama
Wypowiedzi Donalda Trumpa o konieczności modernizacji amerykańskiego potencjału nuklearnego, a tym bardziej opublikowana w lutym tego roku przez Pentagon doktryna nuklearna, nie pozostawiają wątpliwości – USA dążyć będą w najbliższych latach do wprowadzenia na wyposażenie nowych rodzajów broni (głowice atomowe o niewielkiej mocy) i będą gotowe podjąć nowy wyścig zbrojeń.
Arsenał nuklearny jest w rozumieniu rosyjskich elit ostateczną i żelazną gwarancją utrzymania suwerenności państwa. Wprost traktują o tym wszystkie dokumenty strategiczne – począwszy od najnowszej doktryny wojennej, po doktrynę polityki zagranicznej. Dziesiątki oficjalnych wypowiedzi potwierdzają ugruntowaną w Rosji opinię, że tylko dzięki siłom jądrowym, za czasów jelcynowskiej smuty, kraj uniknął przekształcenia w surowcowy protektorat Zachodu. Trudno wyobrazić sobie, że w efekcie amerykańskiej presji Moskwa zgodzi się na jakąś formułę nowego porozumienia i obustronnej redukcji arsenału. Tym bardziej że już od pewnego czasu rosyjscy analitycy zwracają uwagę, że formuła bilateralna nie odpowiada realiom świata, w którym istnieje wiele centrów siły. W tym państwa dysponujące bronią jądrową. Rozwiązaniem, zdaniem Moskwy, mogłoby być zawarcie porozumienia o charakterze wielostronnym, obejmującym udział w nim innych państw nuklearnych (Chiny, Indie, Pakistan, Izrael). Przy czym od roku 2016, czyli od daty opublikowania nowej rosyjskiej doktryny polityki zagranicznej, wiadomo, że umowy, które Waszyngton zamierza wypowiedzieć, nie należą do najważniejszych z rosyjskiego punktu widzenia. Nie zostały w tym dokumencie nawet wspomniane. Rosyjscy eksperci zwracają uwagę również na to, że w 2021 r. wygasa obowiązujące porozumienie w sprawie ograniczenia strategicznych arsenałów nuklearnych, a od połowy 2020 r. Stany Zjednoczone przystępują do realizacji wartego ponad bilion dolarów programu modernizacji swych sił jądrowych.

Reklama
Zarówno w oficjalnych wypowiedziach rosyjskich polityków, z Władimirem Putinem na czele, jak i w dość zgodnej opinii środowiska eksperckiego pojawia się teza, iż Rosja nie może dać się wciągnąć w nowy wyścig zbrojeń. Przede wszystkim z tego powodu, że jej gospodarka może nie wytrzymać presji. Z militarnego punktu widzenia nie jest to zresztą konieczne, bo Rosja, dysponując takimi rodzajami uzbrojenia, jakie ma i zamierza w najbliższym czasie produkować, może się czuć bezpiecznie. Ponadto obecna formuła „zimnej wojny” różni się tym od poprzedniej, że nie będzie u jej kresu zwycięskiego państwa. Idzie o to, aby nadchodzący czas przetrwać w możliwie najlepszej kondycji, nie ponosząc zbędnych nakładów i niepotrzebnego ryzyka. Jak napisał niedawno Sergiej Karaganow w artykule traktującym o Rosji w rywalizacji z USA, Moskwie potrzebna będzie w najbliższych latach – w związku z amerykańską polityką – „strategiczna cierpliwość”. Co ciekawe, w środowisku rosyjskich ekspertów da się zauważyć przeświadczenie, że eskalacja napięcia związanego z uzbrojeniem nuklearnym może w perspektywie doprowadzić do przesilenia, którego efekty z rosyjskiego punktu widzenia mogą okazać się korzystne. Trochę jak w przypadku kryzysu kubańskiego w 1962 r., który przezwyciężony umożliwił rozpoczęcie rozmów i zawarcie na początku lat 70. poważnych traktatów rozbrojeniowych.
Rosjanie są też przekonani, że powrót Waszyngtonu do polityki zbrojeń nuklearnych wywoła sprzeciw po stronie europejskich sojuszników Stanów Zjednoczonych. Ich zdaniem wystąpi zjawisko obserwowane już w latach 80. ubiegłego wieku w trakcie masowych protestów w państwach Zachodu, głównie w Niemczech, przeciw dyslokacji rakiet Pershing. I na tym odnowieniu poczucia zagrożenia w pacyfistycznie nastrojonych zachodnich krajach może grać Moskwa, bo to osłabia oś atlantycką i samą Unię, prowadząc do pęknięcia nie tylko między stolicami starych członków Unii a Stanami Zjednoczonymi, ale również powstania nowych szczelin między państwami naszego regionu a Berlinem i Paryżem.
W dłuższej perspektywie Rosja może wrócić – mówił niedawno premier Dmitrij Miedwiediew – do lansowania starej koncepcji wspólnej strefy bezpieczeństwa od Lizbony do Władywostoku. Można się zatem w najbliższych tygodniach spodziewać płynących z Moskwy propozycji nowych porozumień rozbrojeniowych. Ale najpierw, aby ta polityka mogła osiągnąć zamierzony efekt, konieczne będzie eskalowanie napięcia, narastanie poczucia zagrożenia i ryzyka wybuchu konfliktu na wielką skalę.
W krótkiej perspektywie możemy się spodziewać co najmniej kilku agresywnych posunięć ze strony Rosji. Będą one formułą „zarządzania konfrontacją”, eskalowania napięcia, budowania atmosfery zagrożenia. Rosja nie ograniczy swych programów zbrojeniowych (znajdujący się w Dumie projekt budżetu wskazuje na wzrost wydatków na resorty siłowe) oraz nie będzie skłonna do ustępstw w sferach konfliktu. Wydaje się, że może wykonać też kilka spektakularnych ruchów na polu dyplomatycznym. Od jakiegoś czasu w Moskwie mówi się o opuszczeniu przez Rosję Rady Europy czy ostatecznym pogrzebaniu formatu Rosja – NATO. Pierwsze kroki celem eskalowania poczucia zagrożenia możemy już obserwować – niedawno brytyjskie media poinformowały o tym, że latem tego roku Rosja przebudowała i zmodernizowała system umocnień i bunkrów atomowych w obwodzie kaliningradzkim.