Zmiany w systemie emerytalnym to temat, wokół którego będzie się ogniskować kampania przed wyborami do parlamentu. A to dlatego, że obiecali je główni oponenci w rozstrzygniętych właśnie wyborach prezydenckich. Ustępujący prezydent Bronisław Komorowski zaproponował możliwość przejścia na emeryturę bez względu na wiek po 40 latach opłacania składek. Kancelaria Prezydenta opracowała nawet dokładny projekt przepisów, ale wczoraj – nieoczekiwanie – wycofała go z konsultacji społecznych. Prezydent obwarował swoją główną propozycję wieloma dodatkowymi warunkami.

Z nowego rozwiązania miały korzystać tylko osoby, które zaczęły pracować przed ukończeniem 20. roku życia. Wynikało to z faktu, że nowe przepisy są adresowane do pracowników, którzy z dużym prawdopodobieństwem pracowali fizycznie, a więc ich dalsze oczekiwane trwanie życia w zdrowiu byłoby krótsze niż osób z wyższym wykształceniem. Dodatkowy warunek: prawo do świadczenia bez względu na wiek miało być uzależnione od tego, czy zainteresowany zgromadził na kontach w ZUS i OFE środki umożliwiające wypłatę świadczenia w wysokości 130 proc. najniższej emerytury. Dodatkowo ubiegający się o takie świadczenie musiałby zakończyć działalność gospodarczą albo rozwiązać stosunek pracy.

Konkurencyjny pomysł Andrzeja Dudy był bardziej radykalny. Prezydent elekt zapowiadał odwrócenie reformy wieku emerytalnego. O ile plan Bronisława Komorowskiego obwarowano wieloma warunkami, by uniknąć kolejnych wydatków budżetowych, o tyle ponowne obniżenie wieku zgłaszane przez Dudę kosztowałoby krocie; według wyliczeń MF dopłaty do systemu przez kolejne 45 lat przekroczyłyby ponad 1,4 bln zł. Nie ma więc pewności, czy pomysł się utrzyma, tym bardziej że porozumienie, jakie kandydat PiS podpisał ze związkami zawodowymi, wspomina głównie o stażu pracy uprawniającym do przechodzenia na emeryturę bez względu na wiek.

Nawet jeśli obniżenie wieku znajdzie się w konkretnym projekcie ustawy, to i tak jest małoprawdopodobne, by uchwalił je obecny Sejm. I nie chodzi nawet o to, że większość ma w nim koalicja PO–PSL (która podwyższyła wiek emerytalny), lecz o brak czasu. Duda obejmie urząd 6 sierpnia, wybory do Sejmu mają się odbyć w październiku. Na proces legislacyjny zostałyby dwa, trzy miesiące.

W kampanii Duda ostro licytował w jeszcze jednej sprawie: podniesienia kwoty wolnej do 8 tys. zł rocznie (dziś wynosi ona 3091 zł). Projekt może podzielić los planów emerytalnych prezydenta elekta (poczeka na nowy Sejm). W scenariuszu, w którym wygra PiS, na wejście w życie zmian poczekamy do 2017 r. Jeśli ich nie wygra, propozycje wylądują w koszu. Łatwo będzie to uzasadnić: brak pieniędzy i obowiązująca reguła wydatkowa, która – nawiązując do bieżącej koniunktury w gospodarce – ustala sztywny limit wydatków.

– Obietnice z pewnością będą składać obie strony, ale do ich realizacji będzie bardzo daleko. Co prawda niebawem zostanie zdjęta z Polski procedura nadmiernego deficytu, ale nie jest to decyzja dana raz na zawsze. Przywrócenie procedury ze względu na rozluźnienie polityki budżetowej może skutkować zablokowaniem unijnego finansowania. Realnie patrząc, mamy mało miejsca na tak gruntowne zmiany, jak obniżenie wieku emerytalnego czy zwiększenie kwoty wolnej – mówi ekonomista Raiffeisen Polbank Michał Burek.

Ale zarówno emerytalne, jak i podatkowe zapowiedzi Dudy stawiają pod ścianą rząd, który nie będzie mógł ich zignorować w toku kampanii wyborczej. Scenariusz pierwszy: przejęcie emerytalnego projektu prezydenta Komorowskiego i możliwie szybkie uchwalenie go. Scenariusz drugi: rządowa ucieczka do przodu, czyli przedstawienie swoich pomysłów podatkowych już teraz, aby Sejm miał czas na ich przyjęcie, np. wprowadzenie degresywnej kwoty wolnej czy radykalne zwiększenie kosztów uzyskania przychodów. Ale tu jest haczyk: jeśli rząd podejmie tę grę, powinien uwzględnić skutki zmian w przyszłorocznym budżecie. Jego projekt będzie musiał przyjąć do końca września, czyli jeszcze przed wyborami do Sejmu.