W 2007 r. Jarosław Kaczyński spowodował szybsze wybory i wtedy na osiem lat stracił władzę.

Ale wtedy sytuacja była zupełnie inna. Wówczas Platforma Obywatelska była świetnie zarządzaną partią z dobrymi strukturami, z pieniędzmi i pomysłami na kampanię wyborczą i władzę. Miała rozpoznawalnego lidera, którego przywództwo nie było w żaden sposób kwestionowane. Lewica też wciąż była dość silna, choć oczywiście nie tak jak 10 lat wcześniej. Wtedy Jarosław Kaczyński rozwiązał Sejm z poparciem opozycji m.in. dlatego, że prowadził w sondażach. Jednak po debacie Kaczyński – Tusk pojawiła się zmiana w sondażach. Wiadomo, jakie podczas tamtej kampanii PiS popełniono błędy.

Dziś opozycja jest w rozsypce. Nie wiadomo, czy Koalicja Obywatelska jest w stanie prowadzić spójną kampanię, co z Rafałem Trzaskowskim. Nie wiadomo, czy Szymon Hołownia ma jeszcze parę i energię, a wiadomo, że nie ma pieniędzy. Nie wiadomo też, w jakiej sytuacji jest PSL, bo wynik Władysława Kosiniaka-Kamysza w wyborach prezydenckich był daleko poniżej oczekiwań. A to, co się dzieje na lewicy, to jest po prostu żart. To idealny moment do tego, by wywrócić polityczny stolik.

Ale miało być trzy lata spokoju do wyborów, a tymczasem w koalicji kolejny wielki kryzys, który politycy Zjednoczonej Prawicy sami sobie zafundowali. Wcześniej mieliśmy m.in. ustawę o IPN. Powinniśmy do tego przywyknąć, bo to po prostu taki styl rządzenia, zarządzanie poprzez kryzys?

Na obecną sytuację składają się trzy elementy. Pierwszy to odpowiedzialność polityczna premiera Mateusza Morawieckiego i premiera Jacka Sasina, a co za tym idzie – ustawa zdejmująca z nich odpowiedzialność za wybory kopertowe.

…które kosztowały 70 mln zł.

Drugim elementem jest wyrównywanie rachunku krzywd przez kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości. Duża liczba kryzysów wizerunkowych prawicy w ostatnich latach wzięła się z nadmiernej czy nie do końca przemyślanej aktywności polityków Solidarnej Polski (SP). To w jakimś stopniu narażało na szwank wizerunek PiS i zmuszało rząd do naprawiania sytuacja.

Innym przypadkiem jest Porozumienie, które głosami Jarosława Gowina i jego współpracowników uniemożliwiło przeprowadzenie wyborów prezydenckich w planowanym terminie. Takie są motywacje, jeśli chodzi o tu i teraz.

A ten trzeci element?

Jeśli spojrzymy na przyszłość, widzę to tak: wierchuszka PiS to głównie politycy starsi, często dawny zakon PC. Mamy trochę popularnych polityków średniego pokolenia, z których duża część przeniosła się do Brukseli. Za to u konkurencji na prawicy są młode wilki, nieźle wykształcone i wygadane. To nie tylko Patryk Jaki, ale też np. minister Michał Woś i wielu innych. Z punktu widzenia interesu jutra, czyli wyborów 2023 r., mogą być dla tych starszych, nieco już zmęczonych życiem polityków, silną konkurencją. Ostatni rok pokazał, że politycy SP są bardzo zdeterminowani do tego, by budować własną podmiotowość jako silnych liderów przyszłości. I to niekoniecznie podoba się Jarosławowi Kaczyńskiemu i Mateuszowi Morawieckiemu, dla którego pokoleniowo konkurentem jest Zbigniew Ziobro.

Dlaczego do konfliktu dochodzi akurat teraz?

Bo teraz można dokonać błyskawicznej zmiany na politycznej szachownicy. Sondaże dla PiS są doskonałe, a opozycja w rozsypce. Bo nawet jeśli teraz mają 40 proc., a ich konkurencja w sumie więcej: po 10, 15 czy 20 proc. poparcia, to PiS w systemie D’Hondta może uzyskać większość w Sejmie. Nawet dalej może mieć własny rząd. A w ostateczności z kimś się dogadać – np. z Polskim Stronnictwem Ludowym.

I zyskiem dla PiS będzie to, że na ich listach nie będzie ani Ziobry, ani Gowina, ani ich ludzi.

Na dziś ani Ziobro, ani Gowin nie są w stanie zrobić samodzielnie wyniku, który pozwoli im na przekroczenie progu wyborczego. A to oznacza, że te młode wilki wypadną z Sejmu i będą musiały znaleźć sobie inne zajęcia – za cztery lata może ich już w polityce nie być.

Ta obecna sytuacja to nie jest zarządzenie poprzez kryzys, ale przeprowadzona z zimną krwią polityczna kalkulacja obliczona na to, żeby PiS nie miał problemu z konkurencją za trzy lata.

Bo bez wyborów mogę sobie wyobrazić scenariusz np. wytoczenia dział przeciwko Morawieckiemu. Mamy wyrok WSA, który jasno mówi o tym, że premier złamał prawo. W tej sprawie Ziobro może zlecić postępowanie prokuratorskie. I nagle pojawi się kilku młodych polityków Solidarnej Polski, który powiedzą, że powinniśmy mieć wysokie standardy i Morawiecki nie powinien być premierem, bo przecież ma postępowanie prokuratorskie.

Nawet gdyby tak nie zrobili, to mają trzy lata na budowanie własnej pozycji – ich kompetencje medialne są na dużo wyższym poziomie niż dużej części polityków PiS. Ta młodzież rozumie i lubi media. Z wzajemnością. Tak jak Zbigniew Ziobro 15 lat temu, gdy kreował swój wizerunek sprawiedliwego szeryfa. Teraz najbliżsi współpracownicy idą w jego ślady. A z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego czy Mateusza Morawieckiego to nie jest komfortowa sytuacja, gdy popularność zdobywają „nie nasi”, którzy w dodatku walczą o ten sam elektorat.