W tym kontekście forma, w której odwołał spotkanie w Singapurze z Kim Dzong Unem, była zaskakująca. Twitterowy producent kontentu napisał najprawdziwszy list. Na papierze. Z pieczątkami i zamaszystym podpisem. Jak w czasach Marka Aureliusza albo domniemanej korespondencji między Kozakami zaporoskimi i sułtanem. Co prawda prezydent USA nie nazywa w nim Kim Dzong Una niechrzczonym łbem i nie odwołuje się do argumentu „całowania w d...ę”. Mimo to analogowa forma godnie wpisuje się w tradycję dokumentowania wielkich wydarzeń. Widzimy w niej polityka, którego nie sposób dostrzec w ograniczonych do 280 znaków aforyzmach.

„Drogi panie przewodniczący. Bardzo doceniamy Wasz czas, cierpliwość i wysiłek (...). Z przykrością stwierdzam, że w związku z olbrzymim gniewem i otwartą wrogością wyrażoną przez Pana w  ostatnim wystąpieniu, mam wrażenie, że niewłaściwe jest, aby do tego, od dawna planowanego spotkania, doszło” – zaczyna Trump. „Mówił Pan o Waszych zdolnościach atomowych, ale nasze są tak ogromne i silne, że modlę się do Boga, aby nigdy nie musiały zostać użyte (...). Z niecierpliwością czekam na spotkanie z Panem pewnego dnia (...). Jeśli zmieni Pan zdanie, proszę się nie wahać i zadzwonić do mnie lub napisać (...). Z wyrazami szacunku Donald Trump” – czytamy.

W liście nie mogło zabraknąć trumpizmów – słynnej hiperboli z emocjonalnymi: „cudowne” (wonderful) i „niesamowite” (tremendous), które stały się nieaktualne, zanim list trafił do adresata. W  tym miksie familiarno-mieszczańskiej uprzejmości, patosu, klimatu ostateczności i niezbyt przekonujących gróźb zawiera się cały Donald Trump. Polityk, którego słowa, jak pisał Jochen Bittner z „Die Zeit”, są rozpuszczone w kwasie i nikt nie jest w stanie poznać ich realnej wartości.

Treść listu Trumpa do Kim Dzong Una telewizja NBC ujawniła 24 maja. Niecałe dwa dni później prezydent powrócił na Twitter, by napisać, że miał „bardzo produktywne rozmowy z Koreą Północną na temat przywrócenia spotkania, które – jeśli do niego dojdzie – najpewniej odbędzie się w Singapurze 12 czerwca”. W ciągu dwóch dni w relacjach między Waszyngtonem i Pjongjangiem sytuacja najpierw zmieniła się o 180 stopni, by chwilę później wrócić do punktu wyjścia.

Do 12 czerwca zostały jeszcze ponad dwa tygodnie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z Trumpem, można się spodziewać jeszcze kilku równie zaskakujących zwrotów. „Wkrótce dowiemy się, do czego to wszystko prowadzi (...), miejmy nadzieję, że do dobrobytu i pokoju” – zapewniał 25 maja prezydent. Na koniec znów odwołajmy się do klasyka: „Czas (i talent) pokaże”.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna